California Boy - Rozdział 3

Lizzy

            Tina siedziała na moim łóżku, popijając wino. Kieliszek chybotał się w jej palcach. Wypiła już za dużo i to kieliszek temu. Nie potrzebowała wiele, by być na rauszu. Mogłam być pewna, że nie za wiele zapamięta z dzisiejszego wieczoru. Jedno musiałam jej jednak przyznać – nawet po zbyt dużej ilości alkoholu i zbyt krótkiej sukience, siedziała wciąż jak dama.

            – On na serio zabrał cię tylko na spacer? – upewniła się chyba po raz setny.

            Westchnęłam i tylko skinęłam twierdząco głową.

            – Jesteś nienormalna – stwierdziła. – Naprawdę cię tym urzekł?

            Roześmiałam się i ostatni raz zerknęłam w lustro, zanim odwróciłam się do przyjaciółki.

            – Tak, naprawdę – przyznałam. – I czy nie my wszystkie jesteśmy choć odrobinę nienormalne?

            Moje własne słowa odbiły się echem i zadźwięczały w głowie. W ustach poczułam kwaśny smak żółci.

            – Możliwe. – Wzruszyła ramionami i podniosła na mnie wzrok znad ekranu telefonu. Zmarszczyła brwi, lustrując wzrokiem moją sylwetkę i zrobiła kwaśną minę. – Nie zakładasz sukienki?

            – Nie – odparłam krótko, strzepując niewidzialne pyłki z bluzki. – Wiesz, że nie.

            Nigdy nie zakładałam sukienek do klubu. Po prostu nie i koniec.

            – Masz świetne nogi – skomentowała.

            – Na szczęście w spodniach też je widać – mruknęłam, ściskając mocniej włosy spięte w wysoki kucyk. – Możemy się już zbierać?

            Tina zerknęła na swój już pusty kieliszek po winie, odłożyła go na bok i skinęła głową. Wstała z łóżka z zaskakującą gracją, jak na ilość alkoholu, którą w siebie wlała. Dwudzieste pierwsze urodziny obchodziłam ledwo miesiąc temu i od tamtej chwili przyjaciółka próbowała mnie gdzieś wyciągnąć przynajmniej raz w tygodniu. Na wszelki wypadek nie chodziłyśmy do miejsc, do których wcześniej wchodziłyśmy na fałszywe dowody przez pierwsze lata studiów.

Dzisiejszą noc miałyśmy spędzić w jednym w klubów w Minneapolis, co oznaczało mniej więcej godzinę jazdy w jedną i w drugą stronę. Podobną drogę codziennie pokonywałam na uczelnię. Dziadek namawiał mnie na studia w Duluth, na Labovitz, ale potrzebowałam choć odrobiny samodzielności. Jedynym minusem St. Paul była odległość od Rochester. Wolałabym mieszkać jak najdalej od rodzinnego miasta. Jeśli jednak nie chciałam zostać ani w Rochester, ani przeprowadzić się do Duluth, a wciąż pozostać w Minnesocie, wybór miałam dosyć ograniczony. Moja matka nie miała pojęcia, gdzie mieszkałam, a to liczyło się dla mnie najbardziej.

Powietrze na zewnątrz było mroźne. Wkradało się pod mój płaszcz i przenikało do szpiku kości. Najpierw kolejka, potem autobus. W zasadzie nie wiedziałam, po co to robiłam. Wcale nie lubiłam chodzić na imprezy. Nie nadawałam się do tego. Nie czerpałam z nich przyjemności. Nie cieszyłam się tym. Tańczyłam w rytm muzyki, ale nic nie czułam. W tle mogłoby lecieć cokolwiek i nic by się dla mnie nie zmieniło. Nie dawało mi to ulgi. Nie oczyszczało głowy. Wręcz przeciwnie. Gdy nie rozpraszała mnie paplanina Tiny i słyszałam tylko muzykę, zostawałam sama ze swoimi myślami, stojąc w środku tłumu. I wbrew pozorom nie było to kojące.

W klubie nie byłyśmy nawet dwóch godzin, kiedy Tina zostawiła mnie samą, zbyt zajęta flirtowaniem z facetem, którego poznała przy barze. Siedziałam więc w loży i znudzona obserwowałam tłum. Planowałam zrobić jak zwykle – odczekać jeszcze trochę i się ulotnić. Zaczęłam bawić się telefonem dla zabicia czasu i zrobiłam zdjęcie parkietu. Światła na fotografii zastygły w miejscu, zostawiając tańczących w wiecznym półmroku. Pod wpływem impulsu wysłałam ją Danny’emu. Było późno, więc nie spodziewałam się żadnej odpowiedzi. Nadeszła jednak po kilku minutach.

Danny: Gdzie jesteś?

Zawahałam się tylko przez moment, zanim wysłałam mu adres klubu. Nad jego kolejnym pytaniem zastanawiałam się nieco dłużej.

Danny: Chcesz, żebym przyjechał?

Minął przynajmniej kwadrans, zanim odpisałam krótkie „tak”.

Danny: Będę za pół godziny.

Na początku nie wierzyłam, że się pojawi. Potem zaczęłam się obawiać odwrotnego scenariusza. Co jeśli rzeczywiście przyjdzie? Ta pierwsza opcja wydawała mi się zdecydowanie łatwiejsza, choć jednocześnie napełniała mnie goryczą. Minuty trwały całą wieczność, gdy odliczałam te pół godziny. Jeśli się nie pojawi, po prostu wrócę do domu. Nic się nie zmieni. Widziałam go ledwo dwa razy. To tak nieznaczący ułamek życia, że za tydzień zdążę o nim zapomnieć. W tym momencie jednak telefon zawibrował mi w ręce. Danny.

Spotkałam się z nim przy barze. Kątem oka zauważyłam kilka osób patrzących w naszą stronę, co wcale mnie nie zdziwiło. W końcu nie był przypadkowym przystojniakiem, a hokeistą i to z miejscowej drużyny. Danny nachylił się w moją stronę i poczułam na uchu jego ciepły oddech.

– Chcesz tu zostać? – zapytał, starając się przekrzyczeć muzykę i cofnął się, żeby na mnie spojrzeć.

Potrząsnęłam stanowczo głową i pociągnęłam go za rękę w stronę szatni. Dziesięć minut później byliśmy już na zewnątrz i głęboko odetchnęłam rześkim powietrzem.

– Jesteś głodna?

Danny zaskoczył mnie tym pytaniem. W końcu była druga w nocy. Jednak fakt, byłam głodna.

– Umieram z głodu – przyznałam. – Niedaleko jest całodobowa knajpka ze świetnymi burgerami. Co ty na to?

Danny przez moment walczył z uśmiechem, ale w końcu się poddał. To był jeden z tych szczerych uśmiechów, które sięgały oczu. Chyba właśnie tym zwrócił moją uwagę tamtego wieczoru. Nie potrafiłam dostrzec w jego zachowaniu nic wymuszonego. Roztaczał wokół siebie urok, który trudno było zignorować.

– Brzmi świetnie – odparł. – Zaparkowałem niedaleko.

Poczułam jego dłoń w dole moich pleców, gdy prowadził nas do swojej wysłużonej toyoty. To było jednocześnie intymne i subtelne. Odrobinę zaborcze, ale nie za bardzo. Samochód nie zdążył się jeszcze wychłodzić, jednak Danny i tak od razu włączył ogrzewanie. Po pobycie w klubie byłam spocona i teraz niemal trzęsłam się z zimna. Wbiłam adres knajpy do nawigacji i przystawiłam zmarznięte dłonie do nawiewu. Chłopak włączył radio i z głośników popłynął głos Matthew z MISSIO. Musiałam przyznać, że ich muzyka nadawała się w sam raz do samochodu i zaraz też przekonałam się, że w szczególności do nocnej jazdy.

Byliśmy na miejscu w mniej niż kwadrans. Knajpa z zewnątrz wyglądała jak typowy przydrożny bar. Krzykliwy neon na zewnątrz, w środku stoliki przykryte kraciastymi obrusami skąpane w ostrym świetle jarzeniówek, a najbardziej dominującym zapachem był tłuszcz. Kiedyś znalazłam się tu zupełnym przypadkiem, gdy razem z koleżanką z roku do późna pracowałyśmy nad zadaniem zaliczeniowym.

Naszą kelnerką była Jolene, mniej więcej trzydziestoletnia latynoska o regularnych rysach. Uśmiechała się sympatycznie, mimo później pory. Zastanawiałam się, co czekało ją w domu… Dziecko śliczne jak ona? Narzeczony?

Z Dannym zamówiliśmy burgery. Bekon i ser. Do tego po szklance coli. To było tak zwyczajne, a jednocześnie wyjątkowe. Trudno nazwać to typową randką, bo nigdy takiej nie doświadczyłam. Wszystko, co tyczyło się Danny’ego, było dla mnie nowe i przez to dziwnie ekscytujące.

– Trochę mnie zaskoczyłeś tym, że przyjechałeś o tej porze – odezwałam się po dłuższej chwili milczenia. – Mam nadzieję, że nie będziesz przeze mnie niewyspany na treningu?

Usta Danny’ego drgnęły w uśmiechu i pokręcił głową

– Jutro mam wolne – odpowiedział. – Ale doceniam troskę.

– Gdy widzieliśmy się poprzednim razem, odniosłam wrażenie, że nie miewasz dni wolnych – odpowiedziałam, patrząc mu w oczy. Nie wyglądał na ani trochę speszonego.  – Tym bardziej doceniam, że znalazłeś dla mnie czas.

– W zasadzie uratowałaś mnie przed kolejnym meczem FIFY, więc to ja powinienem być wdzięczny – zaśmiał się. Naprawdę lubiłam jego śmiech. – Jak się znalazłaś w klubie w Minneapolis?

– Chciałabym odpowiedzieć, że to długa historia, ale w zasadzie to nie. Moja przyjaciółka mnie wyciągnęła.

Opowiedziałam mu o ostatnich eskapadach z Tiną i tym, że za cel wzięła sobie korzystanie z życia studenckiego ile się da. I że była to transakcja wymienna między nami. Ja chodziłam z nią do klubów, ona oglądała ze mną mecze i chodziła na wernisaże. Nie powiedziałam mu, czemu nie lubię chodzić do klubów. Już nie.

W tle leciała jedna z piosenek Devina Dawsona. Tina go uwielbiała i tym sposobem znałam chyba wszystkiego jego piosenki na pamięć, choć sama z siebie w ogóle nie słuchałam country. Mimowolnie zaczęłam wybijać palcami rytm do All on me.

– Moja siostra uwielbia ten kawałek. – Danny kiwnął głową w stronę szafy grającej. Tak, to był jeden z tych bardzo typowych barów, które wciąż ją posiadały. – Zobaczmy, co jeszcze mają. – Chłopak wstał od stolika i spojrzał na mnie wyczekująco, wyciągając rękę w moją stronę.

Wahałam się tylko przez chwilę, zanim chwyciłam jego dłoń i podeszliśmy do szafy grającej trzymając się za ręce. To był jeden z tych nowych modeli, z wbudowanym komputerem. Nie miały tego uroku, co te tradycyjne, na płyty winylowe, ale nadal widziałam w nich coś wyjątkowego. Danny sięgnął po portfel i wyciągnął z niego kilka drobniaków.

– Ty pierwsza. – Wsunął mi do ręki jedną z monet.

Przygryzając koniuszek języka zaczęłam przeglądać dostępne płyty. Cicho prychnęłam, widząc multum country. Właściciel z pewnością miał swój ulubiony gatunek. Skoro tak… Cóż, w takim razie niech będzie klasyk klasyków.

– Johnny Cash? – zaśmiał się Danny., słysząc pierwsze nuty Let there be country. – Czy tam jest coś poza country? – zapytał, nachylając się ponad moim ramieniem, żeby zerknąć na ekran i cicho jęknął.

– Ej, nie jest tak źle! – zaprotestowałam. – Patrz, są też The Beatles!

Danny wrzucił do maszyny kolejną ćwierćdolarówkę i skinął na mnie głową, żebym wybrała co chcę.

– To nie powinna być twoja kolej? – zdziwiłam się.

– Śmiało – ponaglił mnie. – Wiem, że chcesz.

Uśmiechnęłam się szeroko i wróciłam do przeglądania płyt. Wybrałam The Clash bez chwili wahania.

– Ciekawy wybór – stwierdził Danny z uznaniem i przez dłuższą chwilę po prostu patrzyliśmy na siebie. Przerwał nam dopiero dzwonek i zaraz po tym kelnerka wynurzyła się z zaplecza niosąc nasze zamówienie, więc szybko wróciliśmy do stolika.

– Wasza dwójka jest całkiem urocza – stwierdziła Jolene, stawiając przed nami talerze z burgerami. Dopiero w tym momencie poczułam, jak bardzo byłam głodna i jednocześnie zarumieniłam się na komentarz kelnerki. – Długo się spotykacie?

Na moment mnie zatkało. Danny zdążył jednak odpowiedzieć na pytanie, zanim odzyskałam rezon.

– Tak w zasadzie to widzimy się dopiero trzeci raz w życiu – odparł zgodnie z prawdą, nie patrząc na Jolene. Jego wzrok był skupiony na mnie i Danny znów się uśmiechał.

To było dopiero nasze trzecie, w zasadzie drugie spotkanie, a miałam wrażenie, że znam go już całą wieczność. Wcześniej w klubie nie miałam racji myśląc, że nie odczułabym jego zniknięcia z mojego życia. Ten uśmiech prześladowałby mnie do końca moich dni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Anna Bellon - blog autorski , Blogger