Słodki obłęd - rozdział 5
Weronika
Nie
do końca wiedziałam, jak się ubrać. Byłam już wcześniej na kilku koncertach,
ale nigdy w ramach randki. W końcu pożyczyłam sukienkę w kwiaty od Magdy i
wygrzebałam z szafy martensy, których nie nosiłam odkąd skończyłam liceum. Zrobiłam
też mocniejszy niż zwykle makijaż.
Z Filipem umówiłam się w metrze. Gdy wysiadłam
z pociągu, czekał już na mnie na stacji. Miał na sobie spraną koszulkę The
Clash i uśmiechnęłam się pod nosem na ten widok. Jego czarne spodnie z dziurami
i skórzane buty za kostkę tylko utwierdziły mnie w tym, że odpowiednio się ubrałam.
–
Wyglądasz… wow – skomentował Filip z uznaniem i poczułam, że się rumienię.
Wystarczyło tylko tyle.
–
Dzięki – odpowiedziałam, uśmiechając się i chwyciłam go pod rękę. – Twój brat
wie, że mnie ze sobą zabierasz?
–
Tak, był u mnie dzisiaj rano i nie może się doczekać, aż cię pozna – oznajmił
lekkim tonem, ale poczułam jak mój żołądek ściska się z nerwów. Wątpiłam, że
Filip stresowałby się tak przed poznaniem Magdy. Miałam wrażenie, że mało co go
peszy. Emanował dzisiaj pewnością siebie, której zdecydowanie mu zazdrościłam.
–
Czuję teraz presję – przyznałam szczerze.
–
Artur już cię lubi, odkąd tylko dowiedział się, że pieczesz – zapewnił mnie ze
śmiechem.
–
Cholera, mogłam zrobić babeczki w ramach wkupnego – powiedziałam to
żartobliwie, ale w rzeczywistości nie byłby to taki głupi pomysł. Jeśli Artur
był takim łasuchem jak jego brat, z miejsca zarobiłabym jakieś ekstra punkty.
–
Spokojnie, jeszcze nie raz zdążysz to nadrobić – odparł Filip i znaczenie tych
słów dotarło do mnie z opóźnieniem. Planował już kolejne spotkania i musiałam
przyznać, że ja też. Znaliśmy się ledwo kilka dni, a już teraz odczuwałam ten
dziwny, niewytłumaczalny rodzaj pewności, że to może być to. Że to może być
facet, w którym mogłabym się zakochać.
Exodus
okazał się być całkiem sporym lokalem, większym niż sobie to wyobrażałam. W
środku było też zdecydowanie więcej ludzi, niż się spodziewałam. Większość
stolików zostało już zajętych, coraz więcej osób gromadziło się pod sceną,
szczególnie dziewczyn. Filip poprowadził mnie za sobą w stronę baru, za którym
dwóch chłopaków uwijało się jak w ukropie. Myślałam, że będziemy czekać dłuższą
chwilę, jednak jeden z nich od razu do nas podszedł. Moją uwagę od razu
przykuły tatuaże na jego rękach, ale w tym świetle nie byłam w stanie ich
rozczytać. Filip przedstawił mi go jako Kubę.
–
Co dla ciebie? – zapytał Kuba z uśmiechem, który z pewnością zapewniał mu
niezłe napiwki ze stroni płci pięknej.
–
Coś owocowego i niezbyt mocnego.
–
Ok, zrobię ci drinka, którego lubi moja dziewczyna – odpowiedział.
–
Będzie Iga? – wtrącił Filip. Domyśliłam się, że Iga musiała być dziewczyną
Kuby.
–
Już jest, siedzi z Dominiką. – Kiwnął głową w stronę stolika, przy której siedziały
dwie dziewczyny. Brunetka i blondynka. Ta pierwsza jakby wyczuła, że o nich
mowa, bo odwróciła się i posłała buziaka w stronę Kuby, na co jej towarzyszka
przewróciła oczami.
Dopiero
teraz zrozumiałam, w co się wpakowałam. Nastawiłam się na poznanie Artura, ale
zupełnie nie pomyślałam, z jaką ilością nowych ludzi będę musiała się zmierzyć.
Przez moment poczułam się przytłoczona. Na szczęście Filip zaprowadził nas do
pustego stolika dla dwóch osób. Mieliśmy stąd widok na scenę.
–
Długo znasz Kubę? – zaciekawiłam się.
–
Odkąd tu pracuje, czyli jakieś dwa albo trzy lata… Mam wrażenie, że jest tu od
zawsze.
Zaczęłam bawić się słomką w swoim
drinku.
–
Muszę ci się do czegoś przyznać… – zaczęłam, zerkając na Filipa. – Na początku
trochę spanikowałam, że tak szybko chcesz mnie wciągnąć do swojego świata –
powiedziałam, rozglądając się po barze. – Znajomi, brat…
Filip
nerwowo przeczesał włosy.
–
To była mocno spontaniczna propozycja – przyznał. – Przez moment nawet
zastanawiałem się, czy cię nie wystraszyłem i rzeczywiście się pojawisz.
–
Przemknęło mi to przez myśl – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. W ciągu dnia
miałam moment paniki. Wygrała jednak ciekawość i chęć ponownego spotkania się z
Filipem.
–
Cieszę się, że jednak postanowiłaś przyjść.
Oczy
Filipa w tym świetle były jak płynna czekolada. Mimo speszenia, nie mogłam
oderwać od nich wzroku. Przeszkodziło mi dopiero chrząknięcie, które usłyszałam
z boku i gdy spojrzałam w stronę, z którego doszedł dźwięk, nie miałam
wątpliwości, że patrzyłam właśnie na Artura. W przeciwieństwie do młodszego
brata miał jasne włosy, wydawał się nieco wyższy i bardziej umięśniony, jednak
żaden nie wyrzekłby się pokrewieństwa z drugim. Miałam pewność, że u nich uroda
jest cechą rodzinną.
–
Weronika, prawda? – zwrócił się do mnie Artur po wymienieniu powitań z bratem, a
jego głos był jednocześnie słodki jak miód i głęboki jak ocean. Jeśli Filip
miejscami mnie onieśmielał, to Artur zmieniał mnie w jąkającą się galaretę, co
uświadomiłam sobie, gdy w pierwszej chwili z mojego gardła wydobył się bliżej
nieokreślony dźwięk. Z zażenowania miałam ochotę zapaść się pod ziemię. W
pierwszej chwili myślałam, że chodziło o to, że jest przystojny, ale Filip pod
tym względem niczym mu nie ustępował. Młodszy z braci jednak wywoływał we mnie
zupełnie inne uczucia, które nie miały nic wspólnego ze stresem jako takim.
Wiedziałam już, że nawet przelotny, zupełnie niewinny dotyk Filipa sprawiał, że
mrowiła mnie skóra.
–
Cześć – udało mi się wydukać i uniosłam się z krzesła, żeby uścisnąć jego dłoń.
– Artur, zgadza się?
–
Jesteśmy aż tak podobni? – zaśmiał się gardłowo i wymienił spojrzenia z Filipem,
który tylko wzruszył ramionami.
–
Aż tak – przyznałam, sięgając po swojego drinka.
–
Zostaniecie chwilę po koncercie? Robert urwie mi łeb, jeśli za dwie minuty nie
wyjdziemy na scenę.
–
Zostaniemy – odpowiedzieliśmy zgodnie z moim towarzyszem i wymieniliśmy
spojrzenia. Uśmiech Filipa sięgał oczu.
–
Chcesz iść pod scenę, czy wolisz zostać tutaj? – zapytał jeszcze, gdy jego brat zdążył się
już od nas oddalić.
–
Chyba wolę zostać tutaj – przyznałam i upiłam łyk swojego drinka. Był smaczny i
owocowy, dokładnie tak jak lubiłam. – Przychodzisz na wszystkie koncerty brata?
– Staram się –
westchnął. – Obiecałem mu już wcześniej, że dzisiaj wpadnę.
– Rozumiem –
odpowiedziałam i posłałam mu szczery uśmiech, bo przez moment wyglądał, jakby
czuł się winny, że mnie zaprosił. Dobrze jednak było wiedzieć, że Filip
dotrzymuje słowa danego bratu. Gdybym obiecała coś Magdzie, też nie chciałabym
jej rozczarować. – Całe wieki nie byłam na koncercie, więc w sumie dobrze się
składa. – Wzruszyłam ramionami i rysy Filipa zmiękły, jakby moje słowa
przyniosły mu ulgę.
Ze sceny
dobiegły mnie dźwięki strojonej gitary elektrycznej i odwróciłam głowę. Artur
stał na scenie z pochyloną głową i trącał palcami struny. Punktowe światła
oświetlały tylko jedną stronę jego twarzy. W tym konkretnym momencie bracia
wydawali mi się zupełnie różni. Jak ogień i woda.
Repertuar Sins
& Secrets, bo tak nazywał się zespół Artura, był mieszanką coverów i
autorskich piosenek. Jak zdradził mi w międzyczasie Filip, część tekstów
napisał Kuba stojący za barem. Kilka coverowanych kawałków rozpoznałam, ale
niektórych nie kojarzyłam w ogóle. Wtedy zwykle z pomocą przychodził Filip. W
przerwach między jedną a drugą piosenką prowadziliśmy krótkie rozmowy i w
pewnym momencie przyłapałam się na tym, że naprawdę dobrze się bawię, choć z
pewnością nie była to typowa randka.
Koncert
finalnie trwał trochę ponad czterdzieści minut i po nim posiedzieliśmy w barze
jeszcze drugie tyle. Artur przy dłuższej rozmowie wydawał mi się już mniej
onieśmielający. Przysiadł się do nas, choć z początku obawiałam się, że będzie próbował
nas wciągnąć do swojej grupki znajomych, którzy teraz tłoczyli się w jednej
loży. Pasował mi taki układ.
Rozmawialiśmy
o muzyce, a w końcu także o plakatach Filipa, które wisiały w Exodusie, w tym
jak się okazało, jeden tkwił nad stolikiem przy którym siedzieliśmy. Młodszy z
braci wydawał się nieco speszony, gdy starszy opowiadał o jego pracach z dumą. Ja
za to byłam szczerze zafascynowana Filipem, choć przyznawałam to przed samą
sobą z trudem. Dotychczas nie wierzyłam, że można poznać kogoś i niemal z
miejsca dojść do wniosku, że to ta właściwa osoba. Do teraz, choć w głębi duszy
czułam też strach przed rozczarowaniem.
Gdy
wychodziliśmy z baru, Filip nalegał, żeby mnie odwieźć. Sam mieszkał dosłownie
dwie ulice od Exodusu. Wtedy zorientowałam się, że planował to od samego
początku i z pewnością dlatego przez cały wieczór sączył piwo bezalkoholowe. Nie
zdradziłam się jednak ze swoimi podejrzeniami i przylgnęłam do jego ramienia,
gdy mijaliśmy grupkę nieco podpitych legionistów. No tak, był dzisiaj mecz z Wisłą.
Już miałam na końcu języka, że jestem za Legią, ale na szczęście nas nie zaczepili.
–
Lubisz piłkę nożną? – zapytałam z ciekawości, gdy oddaliśmy się już znacznie od
kiboli.
–
Czasem oglądam mecze, ale bardziej dla towarzystwa – przyznał. – Jakieś
mistrzostwa świata i tego typu rzeczy, choć kibicowanie polskiej reprezentacji
zakrawa o masochizm. A ty?
–
Wiem, kiedy jest spalony – zaśmiałam się. – Zdarza mi się oglądać coś z tatą,
ale to tyle. Moja siostra bardziej się wkręciła i gra nawet w szkolnej
drużynie.
Filip
zagwizdał z uznaniem.
–
No nieźle.
Gdy
doszliśmy do jego samochodu, zawahałam się.
–
Na pewno chcesz tracić czas, żeby odwieźć mnie aż na Włochy? – zapytałam.
–
Werka, to mniej niż dwadzieścia minut w jedną stronę, a komunikacją o tej porze
tłukłabyś się do domu prawie godzinę – odpowiedział. – Wsiadaj.
Otworzyłam
usta, żeby jeszcze zaprotestować, ale zaraz je zamknęłam, gdy Filip posłał mi
spojrzenie, które mówiło mi, że dla niego nie było tu pola do dyskusji. Westchnęłam
w kapitulacji i wsiadłam do jego volvo. Gdy tylko odpalił silnik, z głośników popłynęło
The Reckoning Within Temptation i
uśmiechnęłam się pod nosem. W schowku w samochodzie trzymałam całą ich
dyskografię. Kolejny punkt dla Filipa.
Nie
za wiele rozmawialiśmy w drodze powrotnej, jeśli nie licząc kilku wskazówek,
których udzieliłam Filipowi w kwestii dojazdu na miejsce. Kusiło mnie
pokierować go nieco dłuższą drogą, żeby spędzić z nim jeszcze trochę czasu, ale
z trudem się przed tym powstrzymałam. Ten wieczór musiał się kiedyś skończyć,
czy tego chciałam, czy nie.
Gdy
zatrzymaliśmy się pod moim domem, z rozczarowaniem zerknęłam na światło palące
się w salonie. Rodzice lub Magda z pewnością słyszeli samochód Filipa parkujący
na podjeździe i wiedziałam, że jeśli nie wejdę zaraz do domu, zaraz będą
czatować pod drzwiami.
–
Dzięki za podwózkę – zwróciłam się do Filipa i nachyliłam się, żeby pocałować go
w policzek, ale akurat obrócił głowę i wargami musnęłam kącik jego ust. Uderzyła
mnie fala gorąca i cofnęłam się tak gwałtownie, że uderzyłam łokciem o deskę
rozdzielczą. Z trudem zdusiłam w sobie jęk, zapadając się w fotelu pasażera.
Nakryłam dłońmi ciepłe z zażenowania policzki i potrzebowałam chwili, zanim
odważyłam się choćby zerknąć na Filipa.
–
Nie ma za co – odpowiedział i gdy spojrzałam w jego stronę, przyglądał mi się z
szelmowskim uśmiechem.
Z
głośników leciało właśnie Firelight i wymieniliśmy ze sobą spojrzenia.
When all the days go by a firelight
We'll never fade out in the night
And we are estranged, we're drawn to
the flame
We are like fire to the rain
Isn't it strange that love is in the
way?[1]
Przełknęłam
ślinę i chwyciłam za klamkę.
–
Powinnam już iść – odezwałam się.
Filip
skinął głową i wysiadłam z auta. Miałam już zatrzasnąć za sobą drzwi, kiedy
zatrzymał mnie jego głos:
–
Weronika, zaczekaj!
Gdy
pochyliłam się, opierając dłoń na dachu samochodu, zauważyłam, że wychylił się
w moją stronę ze swojego fotela.
–
Kiedy się zobaczymy? – zapytał.
Mimowolnie
uśmiechnęłam się na to pytanie.
–
Wkrótce – obiecałam.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz