California Boy - Rozdział 2

 

Lizzy

               Tego dnia zerwałam się z ostatnich zajęć. Od powrotu do domu malowałam. Dla odmiany coś dla siebie. Przez ostatnie miesiące głównie pracowałam nad zamówieniami lub pracami zaliczeniowymi na studia. Do własnych prac brakowało mi zacięcia. Gdy już zrobiłam, co miałam zrobić, odkładałam pędzle na bok. Nie dawały mi już tej samej ulgi, co kiedyś. Już nie. Lubiłam jednak zapach farb olejnych. Uspokajał mnie. Przywoływał dobre wspomnienia.

               Wstawiłam zdjęcie z pierwszym szkicem na instagram. Prowadziłam go pod pseudonimem, nie pod własnym nazwiskiem. Łatwo być @2.20girl. Dużo łatwiej niż Lizzy Farrell.

               Co jakiś czas zerkałam na telefon, choć byłam przekonana, że Danny się nie odezwie. Ile dziewczyn dawało mu swój numer za każdym razem, gdy wychodził gdzieś z kolegami? Z pewnością nie byłam pierwsza, a tym bardziej jedyna. Odrywałam się od pracy przy każdym piknięciu telefonu, ale za każdym razem spotykał mnie zawód. W końcu wyniosłam go do kuchni, żeby się nie rozpraszać.

               Zapach farb był ostry i intensywny. Zawsze więc malowałam przy otwartych oknach, choć miejscami palce kostniały mi z zimna i zaczynały boleć. Ból był znajomy. Nie bałam się go. Ja i strach… Łączyła nas długa i burzliwa znajomość. Byliśmy jak starzy przyjaciele.

               Zrobiłam sobie przerwę dopiero, gdy poczułam głód. Wtedy sięgnęłam po telefon i zobaczyłam wiadomość z obcego numeru. Przyszła kwadrans temu. Danny. Proponował spacer. Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie kolacja, nie kawa… spacer. To brzmiało tak zwyczajnie, ale nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jakikolwiek facet zabrał mnie na zwykły spacer. Na dodatek w trzaskający mróz.

               Szybko wystukałam krótką odpowiedź i odłożyłam telefon na bok. Mieliśmy się spotkać pod Xcel Energy Center, zaraz po jego treningu. To oznaczało, że miałam jeszcze trochę czasu do zabicia. Normalnie napisałabym do Tiny, ale strach przed rozczarowaniem tłumił ekscytację. Podskórnie czułam, że to prawdopodobnie nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Chwila rozrywki dla nas oboje, może jakiś rodzaj odskoczni. Nic więcej.

***

Danny

Po treningu wrzuciłem torbę do bagażnika mojej toyoty i zacząłem się rozglądać. Lizzy chwilę temu dała mi znać, że jest już prawie na miejscu. W końcu ją dostrzegłem i ruszyłem w jej kierunku, żeby spotkać się z nią w połowie drogi.

Długie włosy zaplotła dzisiaj w warkocz, który odznaczał się na szarym, zimowym płaszczu. Czerwone usta ledwo wystawały znad szalika, ale widziałem, że się uśmiechała. Jej oczy w świetle ulicznych latarni miały jeszcze bardziej nietypowy kolor, niż minionego wieczoru w knajpie.

– Cześć – przywitałem się z nią, a ona odpowiedziała to samo, stając na palcach, żeby cmoknąć mnie w policzek.

Opadła z powrotem na pięty i zaśmiała się dźwięcznie. Potarła palcami mój policzek.

– Przepraszam. Oznaczyłam cię.

Roześmiałem się.

– Nie szkodzi, Lizzy.

Kącik jej ust drgnął do góry i przełożyła swoje szczupłe ramię przez moje, splatając je ze sobą.

– Więc, Danny... Jak jest w Kaliforni?

Rozejrzałem się po zaśnieżonych ulicach Saint Paul i wypaliłem pierwsze, co mi przyszło do głowy.

– Ciepło. – Na głos zabrzmiało to dużo gorzej niż w mojej głowie.

Lizzy posłała mi pobłażliwy uśmiech i pokręciła głową z niedowierzaniem.

– I tylko tyle?

– No nie... – zacząłem niepewnie i odchrząknąłem. – Ale najbardziej tęsknię za tym ciepłem. I za oceanem.

– Jesteś z samego wybrzeża? – zapytała, choć po jej minie zgadywałem, że doskonale znała odpowiedź na to pytanie.

– Konkretnie z Los Angeles – potwierdziłem.

– I przywiało cię aż tutaj? Do zimnej Minnesoty?

Wzruszyłem ramionami. Padło na Minnesotę, ale mogłem wylądować gdziekolwiek indziej. Całe studia trener powtarzał nam, by się nie przywiązywać i jeśli uda nam się załapać do ligi, iść tam, gdzie nas będą chcieli. Mogłem się uważać za szczęściarza wychodząc na lód w barwach Lwów i w chwilach zwątpienia, kurczowo łapałem się tej myśli. Nie wszyscy moi koledzy z drużyny uniwersyteckiej dostali taką szansę.

– Gdy coś lub kogoś kochasz, jesteś w stanie wiele poświęcić – odpowiedziałem prosto. – Odmrażanie sobie tutaj tyłka to niezbyt duża cena.

– Od zawsze wiedziałeś, że chcesz grać w hokeja?

Często słyszałem to pytanie. Od dziennikarzy, od nowo poznanych ludzi… Miałem już wyuczoną odpowiedź, ale tym razem zacząłem się zastanawiać. Czy rzeczywiście od samego początku wiedziałem, że hokej to jest to? Nie do końca. Zwyczajnie nie znałem nic innego, bo pierwszy raz założyłem łyżwy, gdy miałem jakieś cztery lata.

– Nie powiedziałbym, że od zawsze – przyznałem szczerze. – Mając ojca hokeistę, chyba nie do końca miałem wybór, przynajmniej na początku.

Zmarszczyła zadarty nos w zastanowieniu, jakby próbowała sobie coś przypomnieć.

– Na jakiej pozycji grał twój tata? – zapytała w końcu.

– Był bramkarzem – odparłem z dumą. Naprawdę byłem dumny z mojego taty. Był nie tylko całkiem dobrym rodzicem i mentorem, ale też genialnym sportowcem.

– Więc macie to we krwi?

Skinąłem głową.

– A jak jest z tobą, Lizzy? Czym się zajmujesz?

Czerwone wargi Lizzy rozciągnęły się w niepewnym uśmiechu, gdy na mnie spojrzała. Przez moment wpatrywałem się w nie jak zahipnotyzowany.

– Studiuję grafikę. Moja mama jest malarką.

– A tata? – wypaliłem, zanim zdążyłem się ugryźć w język. Z pewnością nie pominęła go bez powodu. Czasem jednak miałem poziom wyczucia godny pięciolatka.

– To długa historia – odpowiedziała wymijająco.

Zmieszałem się.

– Przepraszam, że zapytałem.

– Nie szkodzi. – Potrząsnęła głową i ścisnęła mocniej moje ramię, ale odwróciła wzrok.

Odchrząknąłem, żeby zyskać na czasie.

– Więc... Skąd u ciebie zainteresowanie hokejem?

Na twarzy Lizzy pojawił się cień ulgi. Uśmiechnęła się szeroko, zerkając w moim kierunku.

– Gdy byłam mała, często spędzałam weekendy u moich dziadków, a mój dziadek kocha hokej. Potem to już siła przyzwyczajenia. Pewnie rozumiesz, o co chodzi.

– Rozumiem – potwierdziłem. – Więc uważasz. że moja bramka była świetna? – Uśmiechnąłem się zawadiacko.

– Och, ktoś musi połechtać twoje ego? – zaśmiała się. – To naprawdę było widowiskowe, Danny. Można uprawiać jakiś sport i być po prostu dobrym, ale gdy robisz coś z sercem... To widać.

– Nie uważasz, że tak samo jest ze wszystkim, co robimy?

Zamyśliła się chwilę, przekrzywiając głowę.

– Chyba masz rację.

– Nie masz tak, że lepiej ci coś wychodzi, gdy tworzysz coś, co ty sama chcesz robić, niż gdy robisz coś według narzuconego schematu?

– Całkiem możliwe, że tak, ale ostatnio maluję głównie na zamówienie. To mocno odtwórcze.

– Co na przykład? – zainteresowałem się.

– Głównie psy w kosmosie i tego typu rzeczy. Nie uwierzyłbyś, ile ludzi chce uwiecznić swojego pupila w dziwnych okolicznościach – parsknęła.

– Poważnie? Jest na to aż takie wzięcie? – Zmarszczyłem brwi w zdziwieniu. Musiałem o to zapytać Ivana. On wiedział o wielu dziwnych rzeczach, z których ja nie zdawałem sobie sprawy, zanim go poznałem.

– Od kilku miesięcy nie maluję w sumie nic innego, więc odpowiedź brzmi tak.

– Danny? – zapytała miękko Lizzy, kiedy zatrzymaliśmy się po kilku godzinach na powrót Xcel Energy Center.

– Tak?

– To był miły wieczór. Dziękuję.

– Nie ma sprawy, Lizzy – odparłem. – Jesteś pewna, że nie chcesz podwózki?

Potrząsnęła głową, musnęła chłodnymi wargami moją szczękę i wyszeptała pożegnanie.

– Do zobaczenia, California Boy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Anna Bellon - blog autorski , Blogger