California Boy - Rozdział 1
Danny
Mój oddech się rwał, a tętno
szalało, gdy rozbrzmiała syrena kończąca mecz. Wygraliśmy. Powinienem czuć
euforię, ale przede wszystkim czułem zmęczenie, choć wiedziałem, że w końcu
przyjdzie też satysfakcja. I kolejne punkty w tabeli, których rozpaczliwie
potrzebowaliśmy, żeby móc w ogóle marzyć o play offach.
Wśród radosnych okrzyków naszych
kibiców i skandowania zeszliśmy z lodu i powlekliśmy się do szatni, gdzie
czekała nas jeszcze seria wywiadów pomeczowych, nim mogliśmy wreszcie wziąć
prysznic i przebrać się w zwykłe ciuchy. Kiedyś zupełnie inaczej wyobrażałem
sobie bycie graczem jednej z drużyn NHL. Od dziecka dużo trenowałem i w
zasadzie nie znałem innego życia. Hokej dyktował tempo mojego życia, odkąd
pamiętałem. Przez ostatnie miesiące dowiedziałem się jednak więcej o swoich
słabościach niż kiedykolwiek wcześniej. W tym samym momencie zmęczenie zaczęło
być moim wiernym towarzyszem. Zdążyliśmy się nieźle zaprzyjaźnić.
Wrzuciłem swoje rzeczy do torby i
zarzuciłem ją na ramię. Łóżko. Tego dzisiaj najbardziej potrzebowałem.
– Ej, Danny! – zawołał jeden z
naszych bramkarzy Griffin Burton.
– Co? – zapytałem z cichym
westchnieniem. Padałem z nóg.
– Idziemy do pubu. Idziesz z
nami? – Griff posłał mi krzywy grymas, który miał być uśmiechem.
– W sumie... – Łóżko, powtórzyłem
w myślach. Marzyłem o łóżku. Jednak to byłby kolejny raz, kiedy bym spasował i
odpuścił wyjście z chłopakami. Wciąż byłem nowy. To mój pierwszy sezon w NHL.
Mimo wszystko potrzebowałem przyjaciół.
– No dalej, nie daj się prosić. –
Nie przestawał nalegać.
– Och, no dobra. – Poddałem się w
końcu.
– No i to mi się podoba, California
Boy. – Burton wyszczerzył zęby w uśmiechu, a trzeba było przyznać, jedną z
dwójek miał nadal krzywą po uderzeniu w szczękę sprzed paru tygodni. Wyglądał
przez to nieco zabawnie.
California Boy. Zawsze California
Boy. Zyskałem ten pseudonim,
gdy po studiach przeszedłem na drafcie i trafiłem do Minnesota Lions, jednej z drużyn
NHL. To było spełnienie moich marzeń. Granie jako prawoskrzydłowy z zespołem
takim jak ten to największa nagroda, jaką można dostać od losu. Poza
odmrażaniem sobie tyłka w Minnesocie. Pochodziłem z Los Angeles, ale prawie pół
życia spędziłem u dziadków w Saskatoon, więc byłem mniej więcej przyzwyczajony
do zimna. Jednak Kalifornia plus mój wygląd – ciemnoblond włosy, niebieskie
oczy, opalona skóra i uroda surfera – z tych powodów częściej słyszałem swój
pseudonim niż imię.
– Danny McGregor, nasza gwiazda!
– zawołał na przywitanie właściciel baru, Brandon Caine. – Ta bramka pod
koniec... Nieźle, dzieciaku. – Poklepał mnie po plecach.
– Dzięki, Brand – zdołałem
wykrztusić. Nie czułem się zbyt dobrze w centrum uwagi. Na lodowisku odczuwałem
to nieco mniej. Robiłem to, co do mnie należało.
– Zaraz powiem kuchni, żeby
szykowała cztery steki dla naszych zwycięzców. – Z tymi słowami Brandon odszedł
od naszego stolika, zostawiając nas samych.
Na samą myśl o jedzeniu żołądek
mi się skręcał, tak głodny byłem. Do play offów zostały dwa miesiące, więc
trener tym bardziej nas cisnął, żebyśmy do nich przeszli. Jak na razie wszystko
wskazywało na to, że może się nam udać i mieliśmy dobrą passę, ale hokej to
nieprzewidywalny sport. W jednej chwili wygrywasz trzy mecze, żeby przegrać
cztery następne i zakończyć sezon z hukiem. Jednak zamierzałem dać z siebie
wszystko i wiedziałem, że każdy z chłopaków zrobi to samo. Nieważne, jak
zmęczeni czasem byliśmy. Nie zrażały nas ani długie godziny treningu na
siłowni, ani wieki spędzone na lodzie. Dopóki byliśmy w stanie utrzymać się na
nogach, graliśmy.
– Ja pierdolę, ale zimno – zaklął
Rory, nasz kapitan, wpychając się na miejsce obok mnie.
Rory urodził się na Florydzie i
mimo tego, że grał w hokeja od dziecka, wciąż męczyły go tutejsze mrozy.
Kolejny, który cierpiał podobnie jak ja. Mieliśmy jeszcze jednego chłopaka z
Arizony, ale Clay mieszkał w Saint Paul pół swojego życia i zdążył się
przyzwyczaić. Oprócz nas trzech, w drużynie było jeszcze pięciu Amerykanów,
dwóch Rosjan, jeden Fin, a reszta to już Kanadyjczycy.
– Strasznie jęczysz, kapitanie –
zaśmiał się Sasha, siadając po drugiej stronie, obok Ariego.
– A gdzie Ivan? – zapytałem. –
Mówił, że też przyjdzie i tylko jego jeszcze nie ma.
– Trener go zatrzymał – wyjaśnił Sasha.
Rory zmarszczył jasne brwi.
– Mam nadzieję, że nie chodzi o
jego kontuzję. Jeśli znowu mu się odnowiło...
– Luz, stary. Aleksandrov tak
łatwo się nie da – odezwał się Griffin.
– Oby. Bo teraz ostatnie czego
nam trzeba, to utrata takiego napastnika. Zresztą chyba nikt się lepiej nie
zgrywa z naszym California Boy – odpowiedział Rory spiętym głosem.
Westchnąłem w duchu.
Rzeczywiście, z Ivanem obaj byliśmy świeżakami i dobrze nam się razem grało.
Kibice i komentatorzy nazywali nas cud duetem, bo razem zdobyliśmy już trochę
punktów. Ja grałem na prawym skrzydle, Ivan na lewym, a Rory był środkowym i zwykle
trener ustawiał nas na jednej zmianie.
– O wilku mowa. – Griff kiwnął w
stronę wejścia, a którym właśnie pojawił się Aleksandrov.
– Grasz? – upewnił się Rory, gdy Ivan
podszedł do naszego stolika.
– Gram – odparł z uśmiechem i
przystawił sobie krzesło.
Przybiliśmy piątkę i poprosiliśmy
Brandona o jeszcze dwa steki.
– Jakaś laska się na ciebie gapi,
od kiedy tylko weszliśmy, Danny – odezwał się Rory, gdy już kończyliśmy jeść.
Trochę nam to zajęło. Fani drużyny co jakiś czas podchodzili do naszego stolika,
żeby się przywitać i pogratulować wygranej. W końcu siedzieliśmy w barze
sportowym.
– Mówisz? – Uniosłem pytająco
jedną brew i upiłem łyk swojego piwa. Jedno piwo. Na więcej sobie podczas
sezonu nie pozwalałem.
– Mówię. Powiedz mu, Ivan.
Ivan dyskretnie zerknął w stronę,
w którą patrzył Sasha i skinął głową.
– Gapi się jak nic – potwierdził,
śmiejąc się pod nosem.
– I na pewno na mnie?
– Bankowo.
Odwróciłem się lekko w lewo i mój
wzrok spotkał najbardziej niezwykłe oczy, jakie w życiu widziałem. Nawet stąd
mogłem powiedzieć, że ich odcień był nietypowy. Na początku myślałem, że są
niebieskie, ale codziennie w lustrze widziałem swoje niebieskie oczy i
wiedziałem, że różniły się od tamtych. Moja siostra powiedziałaby, że są
fiołkowe. Lśniące, niemal fioletowe oczy okolone długimi, ciemnymi rzęsami. Ich
właścicielka miała kruczoczarne włosy, które sięgały poniżej jej łokci opartych
o stolik, porcelanowo białą cerę i czerwone usta w kształcie serca rozciągnięte
w sugestywnym półuśmiechu. Gdy otrząsnąłem z pierwszego szoku, posłałem jej
lekki uśmiech, a jej natychmiast się poszerzył, po czym zachichotała,
zakrywając usta dłonią. Jej śmiech był lekko zachrypnięty, podejrzewam, że
podobnie jak jej głos, gdy mówiła. Żeby nie gapić się na nią ostentacyjnie,
zwróciłem się znowu w stronę moich kumpli z drużyny.
– Krasiwa – skomentował Sasha.
– Piękna – potwierdziłem,
chłodząc gardło kolejnym łykiem bud lighta.
– I co? Będziesz tak siedział jak
kołek? – prychnął Ari.
– Play offy za dwa miesiące.
Muszę się skupić na grze, a nie na randkach – przypomniałem.
– A ten znowu swoje – mruknął
Sasha. – Zeschniesz nam tu, Danny.
Pokręciłem głową.
– Tak mi jest dobrze.
– To była świetna bramka,
California Boy. – Nagle usłyszałem kobiecy głos tuż koło swojego ucha i
uniosłem głowę, żeby znów spotkać fiołkowe oczy, tym razem z bliska.
– Dzięki...
– Lizzy – podpowiedziała z
uśmiechem. – Lizzy Farrell. – Wyciągnęła rękę w moją stronę, a ja uścisnąłem
ją.
– Danny McGregor.
Zachichotała.
– Wiem, kim jesteś. – Mrugnęła i
poczułem jej krwistoczerwone paznokcie muskające wnętrze mojej dłoni, a potem
coś jak zwitek papieru. Puszczając moją rękę, zwinęła moje palce w pięść i
wyprostowała się, łaskocząc moje ramię swoimi włosami.
– Miłego wieczoru, chłopaki – z
tymi słowami odwróciła się na pięcie i wróciła do swojego stolika, kołysząc
biodrami i wprawiając w ruch czarną spódniczkę, która omiatała jej szczupłe uda
z każdym krokiem.
– Widzisz? Nie chciałeś ruszyć
dupy, to sama przyszła – zaśmiał się Rory.
– Zamknij się – warknąłem.
– Dała mu numer – odezwał się
Ivan.
– Żartujesz – parsknął Griff.
Otworzyłem dłoń i rozwinąłem
starannie złożony zwitek. Był na nim rząd cyfr i jej starannie wykaligrafowane
imię.
– Nie żartuje. – Pomachałem mu
karteczką przed nosem i schowałem ją do kieszeni.
– Jak się do niej nie odezwiesz,
to powieszę ci łyżwy pod sufitem – zagroził mi Sasha.
– Jakby to był pierwszy raz –
roześmiałem się i pokręciłem głową.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz