Słodki obłęd - rozdział 6

Słodki obłęd - rozdział 6

 


Rozdział 6

Weronika

            Starałam się wejść do domu najciszej jak się dało, ale na niewiele się to zdało. Nie zdążyłam odwiesić kurtki, gdy dopadła mnie Magda i zasypała gradem pytań. Jednym z nich było to, czy już się całowaliśmy. Na powrót poczułam to przyjemne ciepło, które towarzyszyło mi w samochodzie.

            – Prawie… – zaczęłam, próbując jakoś opisać sytuację sprzed chwili. – Ale w zasadzie nie.

            Magda załamała ręce.

            – Jak to prawie?

            – No bo… Ja chciałam go pocałować w policzek, a on odwrócił głowę i no… stąd to prawie.

            – Werka! – jęknęła moja siostra, po czym zaraz parsknęła śmiechem. – To zdecydowanie mogło się przytrafić właśnie tobie. Chodź, zamówiliśmy pizzę.

            – Pizzę? – zapytałam podejrzliwie. Pizza była dla nas jedzeniem na pocieszenie. Zamawialiśmy ją ile razy w życiu któregoś z nas zdarzyło się coś złego lub po prostu miał zły dzień.

            – Nie byliśmy pewni jak pójdzie twoja dzisiejsza randka, bo tak się stresowałaś, więc zamówiliśmy tak awaryjnie… – przyznała Magda.

            Skinęłam głową. Mieli prawo tak myśleć. Szczególnie, że Filip był pierwszym facetem od kilku lat, z którym spotkałam się więcej niż raz, zanim zdążyłam spanikować. Dokładnie od pięciu.

            – W takim razie nie może się zmarnować – odpowiedziałam, przywołując na twarz uśmiech, choć przyszło mi to z trudem i chwyciłam siostrę za rękę. – Mam nadzieję, że zostawiliście mi trochę pepperoni? – dodałam głośniej, żeby rodzice usłyszeli i dobiegł mnie tubalny śmiech ojca.

            Poszłam za Magdą do salonu i usiadłam na fotelu naprzeciwko siostry. Od razu dorwałam się do jednego z trzech kawałków pepperoni, których jeszcze nie zdążyli zjeść.

            – Co oglądamy? – zapytałam między kęsami. Na ekranie telewizora wyświetlały się właśnie napisy końcowe.

            – A na co masz ochotę? – odezwała się mama, wycierając dłonie w serwetkę.

            – Możemy obejrzeć Czas na miłość? – zaproponowałam, a ona zawahała się przez moment, zanim skinęła głową.

            – Okej – zgodziła się i zaczęła szukać filmu na Netflixie.

            Wiedziałam, że jeśli chciałam czegoś prawdziwego z Filipem, musiałam się w końcu pożegnać z przeszłością, na każdy możliwy sposób. Nawet jeśli oznaczało to rozdrapanie starych ran.

***

            Następnego dnia od rana piekłam. Cieszyłam się, że mam się czym zająć, bo ubiegłej nocy prawie nie zmrużyłam oka. Nie jechałam dzisiaj do pracowni, bo świętowaliśmy wieczorem pięćdziesiąte urodziny taty. Musiałam upiec tort i naszykować mały słodki bufet. Na szczęście Magda zgłosiła się na ochotnika, bo sama nie ogarnęłabym tego w jeden dzień, nawet stercząc w kuchni od świtu. O ósmej studziły mi się już blaty z biszkoptu, ale czekała mnie jeszcze masa pracy.

            Po dziesiątej wstawiałam właśnie drugą blachę babeczek, gdy zadzwonił Filip. Odebrałam i włączyłam go na głośnik.

            – Halo?

            – Cześć, zastanawiałem się właśnie co robisz i czy mogę cię gdzieś porwać – oznajmił wprost swoje zamiary.

            – Dzisiaj nie dam rady… - westchnęłam, szczerze rozczarowana. – Z Magdą szykujemy słodkości na urodziny taty, więc nie prędko wyjdę z kuchni. Chyba że masz ochotę nam pomóc?  – wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język i nie byłam pewna, kogo bardziej zaszokowałam tą propozycją - siebie, czy Filipa, bo odpowiedziało mi przedłużające się milczenie. Magda, która była świadkiem całej rozmowy, wpatrywała się we mnie z wyrazem szoku na twarzy.

            – Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – zapytał w końcu. Serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Postanowiłam jednak nie tchórzyć.

            – Płacę w babeczkach – odpowiedziałam, skubiąc rąbek fartuszka.

            – Będę za pół godziny – obiecał, rozłączając się, zanim którekolwiek z nas zdążyło się wycofać. Odłożyłam telefon na bok i spojrzałam na zegarek.

            – Oszalałam, prawda? – zwróciłam się do Magdy, która wciąż nie odezwała się nawet słowem.

            – Odrobinę – zgodziła się i ścisnęła moje ramię. – Idź się ogarnąć, a ja przypilnuję babeczek.

            Przytaknęłam, odwiązując fartuszek. Gdy wstałam, przebrałam się jedynie z piżamy i umyłam zęby. Nawet nie rozczesałam włosów, tylko od razu spięłam je w kitkę. W zasadzie nie wyglądałam wiele bardziej wyjściowo niż tuż po przebudzeniu.

            – Okej, tak zrobię, dzięki. – Odetchnęłam głęboko, zerkając jeszcze raz na zegarek. Doprawdy oszalałam.

            – Werka, jeszcze jedno! – zawołała za mną siostra, gdy już wychodziłam z kuchni i obróciłam się przez ramię. – Ma naprawdę seksowny głos.

            Parsknęłam śmiechem, potrząsając głową, choć miała stuprocentową rację, czy tego chciałam, czy nie. Poszłam do swojego pokoju i nastawiłam w smartwatchu minutnik na kwadrans. Wolałam nie ryzykować. Od razu się przebrałam w sprane dżinsy i koszulkę, która dla odmiany nie miała plam z czekolady. Przypudrowałam twarz, umalowałam rzęsy, nałożyłam błyszczyk do ust i już miałam wyjść z łazienki dumna, że wyrobiłam w dziesięć minut, gdy dostrzegłam gniazdo na swojej głowie. Zdecydowanie powinnam się uczesać. I chociaż pościelić łóżko, choć szczerze wątpiłam, że Filip miałby zobaczyć mój pokój. Przynajmniej nie teraz. A może? Jęknęłam i uporządkowałam jeszcze bałagan na biurku. Tak w razie czego.

Zanim skończyłam, już dawno minął kwadrans i ledwo zeszłam na dół, gdy usłyszałam dźwięk silnika. Nie miałam wątpliwości, że to volvo Filipa. Przystanęłam przy schodach i musiałam zaczekać tylko krótką chwilę, zanim rozległ się dźwięk dzwonka. Wolnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi wejściowych, żeby nie wydało się, że czatowałam zaledwie kilka metrów od nich. Otworzyłam je i zobaczyłam w progu Filipa. A zaraz potem spojrzałam na jego koszulkę i parsknęłam śmiechem.

– Ta koszulka to przypadek? – zapytałam rozbawiona.

Nadruk z Krzykiem Muncha i napisem „Do not panic” były aż nazbyt wymowne, by być przypadkowe, co do tego nie miałam za bardzo wątpliwości.

– Nie, w zasadzie to nie – odpowiedział szczerze. – Pomyślałem, że nastroje mogą zrobić się nerwowe, skoro przed nami tyle pracy, a ja prawdopodobnie będę bardziej przeszkadzał niż pomagał. Powinienem cię wcześniej uprzedzić, że raz próbowałem upiec babeczki z gotowej mieszanki i mi nie wyszły?

– Mogłeś, ale skoro już tu jesteś… – Wzruszyłam ramionami i wpuściłam go do środka. – Jakoś damy sobie radę. Zobaczymy, co z ciebie będzie, Iskra.

Uśmiechnął się szeroko i nachylił się, żeby pocałować mnie policzek. Świeży, lekko ostry zapach jego wody po goleniu popieścił moje nozdrza i z miejsca przypomniał mi się wczorajszy wieczór. Wnętrze jego samochodu pachniało dokładnie tak samo.

W tle leciała playlista, którą Magda dla mnie stworzyła. Puszczałam ją, ile razy piekłam coś w domu. Moja siostra miała specyficzny gust muzyczny, było więc tam dosłownie wszystko. Od starych hitów w stylu Depeche Mode, przez In This Moment, aż po jakieś mniej znane zespoły. Gdy usłyszeliśmy początek Firelight Within Temptation, wymieliśmy z Filipem spojrzenia, zanim weszliśmy do kuchni. Magda podniosła na nas wzrok, ledwo przekroczyliśmy próg i uśmiechnęła się szeroko na widok Filipa. Byłam niemal pewna, że nigdy nie zareagowała tak na mnie.

– Magda, to jest właśnie Filip – przedstawiłam ich sobie, lekko zdenerwowana. Od pięciu lat nie przyprowadziłam do domu żadnego faceta, a tego znalazłam zaledwie kilka dni. – Filip, to moja młodsza siostra, Magda.

Magda automatycznie chciała uścisnąć jego wyciągniętą dłoń na powitanie, ale spojrzała na swoje dłonie umazane w cieście i zrezygnowała z tego pomysłu.

– Miło cię poznać, ale podawanie ci ręki to zły pomysł – zaśmiała się. – Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt przywiązany do tych ciuchów, bo nie obiecujemy, że wyjdziesz z tego czysty.

– W razie czego będę miał pamiątkę – stwierdził rozbawiony. – Jakieś zasady, których powinienem przestrzegać?

– Tylko jednej. – Siostra kiwnęła głową w moją stronę. – Ona rządzi.

Filip spojrzał na mnie i jego usta drgnęły w uśmiechu.

– Tak jest, prze pani – odpowiedział. – To co mam robić?

***

Filip

            Kuchnia nigdy nie była moim ulubionym miejscem w domu. Nauczyłem się gotować, gdy zamieszkałem sam, ale zazwyczaj były to mało skomplikowane dania, które nie zajmowały dużo czasu. Do pieczenia miałem kilka podejść, ale nie skłamałem mówiąc, że spieprzyłem nawet babeczki z gotowej mieszanki. Obserwowanie więc Weroniki przy pracy było dla mnie na swój sposób fascynujące. Łapałem się na tym, że zamiast robić to, o co mnie poprosiła, zdarzało mi się zagapić, na czym nawet zostałem kilka razy przyłapany. Wywoływało to jednak rumieńce na twarzy Werki i przez to jeszcze trudniej było mi oderwać od niej wzrok. Jak teraz. Odchrząknęła i podeszła do mnie, żeby sprawdzić konsystencje ganache’u, którego mieliśmy użyć jako dripa do tortu. Uczyłem się dzisiaj także wielu nowych słów.

            Zanurzyła łopatkę w masie i przez chwilę patrzyła jak spływa z powrotem do miski.

            – Jeszcze będą z ciebie ludzie – stwierdziła i nic nie mogłem na to poradzić, poczułem odrobinę dumy. – Chcesz mi pomóc z tynkowaniem tortu?

            Zrobiłem wielkie oczy i spojrzałem najpierw na Werkę, a potem na stos biszkoptów przełożonych dwoma rodzajami kremów oraz wiśniową frużeliną. Już teraz wyglądało to dobrze.

            – A czy można to w razie czego potem poprawić? – upewniłem się, a Weronika przytaknęła.

            – Chociaż spróbuj, ja w razie czego poprawię.

            Wzięła sobie dzisiaj za punkt honoru, żeby nauczyć mnie jak najwięcej i musiałem przyznać, nie oszczędzała mnie. Nie żebym miał coś przeciwko byciu wykorzystywanym przez Weronikę. Po wyciągnięciu jej do Exodusu uznawałem to za pewny rodzaj rewanżu z jej strony. Wciąż jednak nie spodziewałem się, że tak szybko poznam jej siostrę. Były do siebie podobne pod wieloma względami, ale to Magda okazała się być totalną gadułą. Przy pracy dużo żartowaliśmy i rozmawialiśmy na różne luźne tematy. A czasem też śpiewaliśmy, okropnie fałszując. Naszą wersję Strangelove Depeche Mode słyszało pewnie pół dzielnicy. Niestety nie odziedziczyłem nawet grama talentu, który posiadał mój starszy brat.

            Tynkowanie tortu. To nie mogło być chyba takie trudne, pomyślałem, biorąc do ręki szpatułkę do nakładania kremu. Nabrałem trochę, nałożyłem na wierzchni blat i zacząłem rozprowadzać pod czujnym okiem Weroniki. Lekko drżały mi ręce. Naprawdę chciałem zrobić to dobrze. Odetchnąłem głęboko dopiero, gdy się wyprostowałem i uznałem, że chyba już.

            – Całkiem nieźle jak na pierwszy raz – pochwaliła mnie, obracając deskę, na której stał tort. – Daj, poprawię w jednym miejscu, bo jest prześwit. – Wyciągnęła rękę po szpatułkę i musnęła palcami wnętrze mojej dłoni. Spojrzeliśmy na siebie i zaraz każde z nas skierowało wzrok w inną stronę, a Weronika poprawiła tynkowanie tortu. Kończyła właśnie dekorację, gdy usłyszeliśmy, że ktoś parkuje na podjeździe.

            – To moi rodzice. – Weronika zerknęła w stronę okna. – Możesz wyjść od strony ogrodu, jeśli chcesz – zwróciła się do mnie i zawahałem się tylko przez krótką chwilę. Jeśli chciałem od Weroniki czegoś więcej, jak tylko przelotnej znajomości, a podskórnie czułem, że to nie wchodziło w opcję, nie mogłem teraz tchórzyć. Czasem po prostu się wie, że to może być to.

            – Nie – zaprzeczyłem. – Pewnie i tak widzieli już mój samochód pod waszym domem.

            Przytaknęła i minęła może minuta, zanim rozległ się szczęk zamka w drzwiach. Po chwili w progu kuchni stanęli rodzice Weroniki obładowani zakupami, które zaraz z braku miejsca na blacie, odstawili na podłogę. Jej tata był postawnym mężczyzną o szerokich barkach. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, służył w straży pożarnej. Sam jego zawód budził we mnie pewien rodzaj respektu. Pani Adamczyk natomiast wydawała się być straszą wersją swojej młodszej córki. Weronika także odziedziczyła po niej sporo cech wyglądu, ale szare oczy miała po tacie.  

            Weronika wytarła ręce w ścierkę i przedstawiła mnie swoim rodzicom. Nie określała przy tym w żaden sposób charakteru naszej znajomości, przez co byłem skłonny przypuszczać, że musiała im wcześniej o mnie wspominać. Mile połechtało to moje ego.

            Uścisk dłoni pana Adamczyka był tak silny, jak się tego spodziewałem. Niemal miażdżył kości, ale nie dałem po sobie nic znać. Nie miałem wątpliwości, że miałbym przerąbane, jeśli skrzywdziłbym jego córkę, nawet jeśli w tym konkretny momencie się do mnie uśmiechał.

            – Filip, zostaniesz na obiad? – Mama Weroniki zupełnie zaskoczyła mnie tą propozycją. W zasadzie miałem w planach prędko się ewakuować. Wymieniłem spojrzenia z Werką, która nieznacznie skinęła głową na znak, że powinienem się zgodzić. Zrobiłem to więc.

            – Chętnie – odpowiedziałem.

            – Świetnie – odparła pani Adamczyk z uśmiechem. – Jak znam Nikę, nieźle cię wymęczyła przy tym wszystkim. – Wskazała na blat zastawiony górą słodkości.

            – Tylko odrobinę – zaśmiałem się.

            – Całkiem dobrze to zniosłeś – pochwaliła mnie, przelotnie dotykając mojego ramienia. – Co na obiad?

Słodki obłęd - rozdział 5

Słodki obłęd - rozdział 5

 


Weronika

            Nie do końca wiedziałam, jak się ubrać. Byłam już wcześniej na kilku koncertach, ale nigdy w ramach randki. W końcu pożyczyłam sukienkę w kwiaty od Magdy i wygrzebałam z szafy martensy, których nie nosiłam odkąd skończyłam liceum. Zrobiłam też mocniejszy niż zwykle makijaż.

             Z Filipem umówiłam się w metrze. Gdy wysiadłam z pociągu, czekał już na mnie na stacji. Miał na sobie spraną koszulkę The Clash i uśmiechnęłam się pod nosem na ten widok. Jego czarne spodnie z dziurami i skórzane buty za kostkę tylko utwierdziły mnie w tym, że odpowiednio się ubrałam.

            – Wyglądasz… wow – skomentował Filip z uznaniem i poczułam, że się rumienię. Wystarczyło tylko tyle.

            – Dzięki – odpowiedziałam, uśmiechając się i chwyciłam go pod rękę. – Twój brat wie, że mnie ze sobą zabierasz?

            – Tak, był u mnie dzisiaj rano i nie może się doczekać, aż cię pozna – oznajmił lekkim tonem, ale poczułam jak mój żołądek ściska się z nerwów. Wątpiłam, że Filip stresowałby się tak przed poznaniem Magdy. Miałam wrażenie, że mało co go peszy. Emanował dzisiaj pewnością siebie, której zdecydowanie mu zazdrościłam.

            – Czuję teraz presję – przyznałam szczerze.

            – Artur już cię lubi, odkąd tylko dowiedział się, że pieczesz – zapewnił mnie ze śmiechem.

            – Cholera, mogłam zrobić babeczki w ramach wkupnego – powiedziałam to żartobliwie, ale w rzeczywistości nie byłby to taki głupi pomysł. Jeśli Artur był takim łasuchem jak jego brat, z miejsca zarobiłabym jakieś ekstra punkty.

            – Spokojnie, jeszcze nie raz zdążysz to nadrobić – odparł Filip i znaczenie tych słów dotarło do mnie z opóźnieniem. Planował już kolejne spotkania i musiałam przyznać, że ja też. Znaliśmy się ledwo kilka dni, a już teraz odczuwałam ten dziwny, niewytłumaczalny rodzaj pewności, że to może być to. Że to może być facet, w którym mogłabym się zakochać.

            Exodus okazał się być całkiem sporym lokalem, większym niż sobie to wyobrażałam. W środku było też zdecydowanie więcej ludzi, niż się spodziewałam. Większość stolików zostało już zajętych, coraz więcej osób gromadziło się pod sceną, szczególnie dziewczyn. Filip poprowadził mnie za sobą w stronę baru, za którym dwóch chłopaków uwijało się jak w ukropie. Myślałam, że będziemy czekać dłuższą chwilę, jednak jeden z nich od razu do nas podszedł. Moją uwagę od razu przykuły tatuaże na jego rękach, ale w tym świetle nie byłam w stanie ich rozczytać. Filip przedstawił mi go jako Kubę.

            – Co dla ciebie? – zapytał Kuba z uśmiechem, który z pewnością zapewniał mu niezłe napiwki ze stroni płci pięknej.

            – Coś owocowego i niezbyt mocnego.

            – Ok, zrobię ci drinka, którego lubi moja dziewczyna – odpowiedział.

            – Będzie Iga? – wtrącił Filip. Domyśliłam się, że Iga musiała być dziewczyną Kuby.

            – Już jest, siedzi z Dominiką. – Kiwnął głową w stronę stolika, przy której siedziały dwie dziewczyny. Brunetka i blondynka. Ta pierwsza jakby wyczuła, że o nich mowa, bo odwróciła się i posłała buziaka w stronę Kuby, na co jej towarzyszka przewróciła oczami.

            Dopiero teraz zrozumiałam, w co się wpakowałam. Nastawiłam się na poznanie Artura, ale zupełnie nie pomyślałam, z jaką ilością nowych ludzi będę musiała się zmierzyć. Przez moment poczułam się przytłoczona. Na szczęście Filip zaprowadził nas do pustego stolika dla dwóch osób. Mieliśmy stąd widok na scenę.

            – Długo znasz Kubę? – zaciekawiłam się.

            – Odkąd tu pracuje, czyli jakieś dwa albo trzy lata… Mam wrażenie, że jest tu od zawsze.

            Zaczęłam bawić się słomką w swoim drinku.

            – Muszę ci się do czegoś przyznać… – zaczęłam, zerkając na Filipa. – Na początku trochę spanikowałam, że tak szybko chcesz mnie wciągnąć do swojego świata – powiedziałam, rozglądając się po barze. – Znajomi, brat…

            Filip nerwowo przeczesał włosy.

            – To była mocno spontaniczna propozycja – przyznał. – Przez moment nawet zastanawiałem się, czy cię nie wystraszyłem i rzeczywiście się pojawisz.

            – Przemknęło mi to przez myśl – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. W ciągu dnia miałam moment paniki. Wygrała jednak ciekawość i chęć ponownego spotkania się z Filipem.

            – Cieszę się, że jednak postanowiłaś przyjść.

            Oczy Filipa w tym świetle były jak płynna czekolada. Mimo speszenia, nie mogłam oderwać od nich wzroku. Przeszkodziło mi dopiero chrząknięcie, które usłyszałam z boku i gdy spojrzałam w stronę, z którego doszedł dźwięk, nie miałam wątpliwości, że patrzyłam właśnie na Artura. W przeciwieństwie do młodszego brata miał jasne włosy, wydawał się nieco wyższy i bardziej umięśniony, jednak żaden nie wyrzekłby się pokrewieństwa z drugim. Miałam pewność, że u nich uroda jest cechą rodzinną.

            – Weronika, prawda? – zwrócił się do mnie Artur po wymienieniu powitań z bratem, a jego głos był jednocześnie słodki jak miód i głęboki jak ocean. Jeśli Filip miejscami mnie onieśmielał, to Artur zmieniał mnie w jąkającą się galaretę, co uświadomiłam sobie, gdy w pierwszej chwili z mojego gardła wydobył się bliżej nieokreślony dźwięk. Z zażenowania miałam ochotę zapaść się pod ziemię. W pierwszej chwili myślałam, że chodziło o to, że jest przystojny, ale Filip pod tym względem niczym mu nie ustępował. Młodszy z braci jednak wywoływał we mnie zupełnie inne uczucia, które nie miały nic wspólnego ze stresem jako takim. Wiedziałam już, że nawet przelotny, zupełnie niewinny dotyk Filipa sprawiał, że mrowiła mnie skóra.

            – Cześć – udało mi się wydukać i uniosłam się z krzesła, żeby uścisnąć jego dłoń. – Artur, zgadza się?

            – Jesteśmy aż tak podobni? – zaśmiał się gardłowo i wymienił spojrzenia z Filipem, który tylko wzruszył ramionami.

            – Aż tak – przyznałam, sięgając po swojego drinka.

            – Zostaniecie chwilę po koncercie? Robert urwie mi łeb, jeśli za dwie minuty nie wyjdziemy na scenę.

            – Zostaniemy – odpowiedzieliśmy zgodnie z moim towarzyszem i wymieniliśmy spojrzenia. Uśmiech Filipa sięgał oczu.

            – Chcesz iść pod scenę, czy wolisz zostać tutaj?  – zapytał jeszcze, gdy jego brat zdążył się już od nas oddalić.

            – Chyba wolę zostać tutaj – przyznałam i upiłam łyk swojego drinka. Był smaczny i owocowy, dokładnie tak jak lubiłam. – Przychodzisz na wszystkie koncerty brata?

– Staram się – westchnął. – Obiecałem mu już wcześniej, że dzisiaj wpadnę.

– Rozumiem – odpowiedziałam i posłałam mu szczery uśmiech, bo przez moment wyglądał, jakby czuł się winny, że mnie zaprosił. Dobrze jednak było wiedzieć, że Filip dotrzymuje słowa danego bratu. Gdybym obiecała coś Magdzie, też nie chciałabym jej rozczarować. – Całe wieki nie byłam na koncercie, więc w sumie dobrze się składa. – Wzruszyłam ramionami i rysy Filipa zmiękły, jakby moje słowa przyniosły mu ulgę.

Ze sceny dobiegły mnie dźwięki strojonej gitary elektrycznej i odwróciłam głowę. Artur stał na scenie z pochyloną głową i trącał palcami struny. Punktowe światła oświetlały tylko jedną stronę jego twarzy. W tym konkretnym momencie bracia wydawali mi się zupełnie różni. Jak ogień i woda.

Repertuar Sins & Secrets, bo tak nazywał się zespół Artura, był mieszanką coverów i autorskich piosenek. Jak zdradził mi w międzyczasie Filip, część tekstów napisał Kuba stojący za barem. Kilka coverowanych kawałków rozpoznałam, ale niektórych nie kojarzyłam w ogóle. Wtedy zwykle z pomocą przychodził Filip. W przerwach między jedną a drugą piosenką prowadziliśmy krótkie rozmowy i w pewnym momencie przyłapałam się na tym, że naprawdę dobrze się bawię, choć z pewnością nie była to typowa randka.

            Koncert finalnie trwał trochę ponad czterdzieści minut i po nim posiedzieliśmy w barze jeszcze drugie tyle. Artur przy dłuższej rozmowie wydawał mi się już mniej onieśmielający. Przysiadł się do nas, choć z początku obawiałam się, że będzie próbował nas wciągnąć do swojej grupki znajomych, którzy teraz tłoczyli się w jednej loży. Pasował mi taki układ.

            Rozmawialiśmy o muzyce, a w końcu także o plakatach Filipa, które wisiały w Exodusie, w tym jak się okazało, jeden tkwił nad stolikiem przy którym siedzieliśmy. Młodszy z braci wydawał się nieco speszony, gdy starszy opowiadał o jego pracach z dumą. Ja za to byłam szczerze zafascynowana Filipem, choć przyznawałam to przed samą sobą z trudem. Dotychczas nie wierzyłam, że można poznać kogoś i niemal z miejsca dojść do wniosku, że to ta właściwa osoba. Do teraz, choć w głębi duszy czułam też strach przed rozczarowaniem.

            Gdy wychodziliśmy z baru, Filip nalegał, żeby mnie odwieźć. Sam mieszkał dosłownie dwie ulice od Exodusu. Wtedy zorientowałam się, że planował to od samego początku i z pewnością dlatego przez cały wieczór sączył piwo bezalkoholowe. Nie zdradziłam się jednak ze swoimi podejrzeniami i przylgnęłam do jego ramienia, gdy mijaliśmy grupkę nieco podpitych legionistów. No tak, był dzisiaj mecz z Wisłą. Już miałam na końcu języka, że jestem za Legią, ale na szczęście nas nie zaczepili.

            – Lubisz piłkę nożną? – zapytałam z ciekawości, gdy oddaliśmy się już znacznie od kiboli.

            – Czasem oglądam mecze, ale bardziej dla towarzystwa – przyznał. – Jakieś mistrzostwa świata i tego typu rzeczy, choć kibicowanie polskiej reprezentacji zakrawa o masochizm. A ty?

            – Wiem, kiedy jest spalony – zaśmiałam się. – Zdarza mi się oglądać coś z tatą, ale to tyle. Moja siostra bardziej się wkręciła i gra nawet w szkolnej drużynie.

            Filip zagwizdał z uznaniem.

            – No nieźle.

            Gdy doszliśmy do jego samochodu, zawahałam się.

            – Na pewno chcesz tracić czas, żeby odwieźć mnie aż na Włochy? – zapytałam.

            – Werka, to mniej niż dwadzieścia minut w jedną stronę, a komunikacją o tej porze tłukłabyś się do domu prawie godzinę – odpowiedział. – Wsiadaj.

            Otworzyłam usta, żeby jeszcze zaprotestować, ale zaraz je zamknęłam, gdy Filip posłał mi spojrzenie, które mówiło mi, że dla niego nie było tu pola do dyskusji. Westchnęłam w kapitulacji i wsiadłam do jego volvo. Gdy tylko odpalił silnik, z głośników popłynęło  The Reckoning Within Temptation i uśmiechnęłam się pod nosem. W schowku w samochodzie trzymałam całą ich dyskografię. Kolejny punkt dla Filipa.

            Nie za wiele rozmawialiśmy w drodze powrotnej, jeśli nie licząc kilku wskazówek, których udzieliłam Filipowi w kwestii dojazdu na miejsce. Kusiło mnie pokierować go nieco dłuższą drogą, żeby spędzić z nim jeszcze trochę czasu, ale z trudem się przed tym powstrzymałam. Ten wieczór musiał się kiedyś skończyć, czy tego chciałam, czy nie.

            Gdy zatrzymaliśmy się pod moim domem, z rozczarowaniem zerknęłam na światło palące się w salonie. Rodzice lub Magda z pewnością słyszeli samochód Filipa parkujący na podjeździe i wiedziałam, że jeśli nie wejdę zaraz do domu, zaraz będą czatować pod drzwiami.

            – Dzięki za podwózkę – zwróciłam się do Filipa i nachyliłam się, żeby pocałować go w policzek, ale akurat obrócił głowę i wargami musnęłam kącik jego ust. Uderzyła mnie fala gorąca i cofnęłam się tak gwałtownie, że uderzyłam łokciem o deskę rozdzielczą. Z trudem zdusiłam w sobie jęk, zapadając się w fotelu pasażera. Nakryłam dłońmi ciepłe z zażenowania policzki i potrzebowałam chwili, zanim odważyłam się choćby zerknąć na Filipa.

            – Nie ma za co – odpowiedział i gdy spojrzałam w jego stronę, przyglądał mi się z szelmowskim uśmiechem.

            Z głośników leciało właśnie Firelight i wymieniliśmy ze sobą spojrzenia.

When all the days go by a firelight

We'll never fade out in the night

And we are estranged, we're drawn to the flame

We are like fire to the rain

Isn't it strange that love is in the way?[1]

            Przełknęłam ślinę i chwyciłam za klamkę.

            – Powinnam już iść – odezwałam się.

            Filip skinął głową i wysiadłam z auta. Miałam już zatrzasnąć za sobą drzwi, kiedy zatrzymał mnie jego głos:

            – Weronika, zaczekaj!

            Gdy pochyliłam się, opierając dłoń na dachu samochodu, zauważyłam, że wychylił się w moją stronę ze swojego fotela.

            – Kiedy się zobaczymy? – zapytał.

            Mimowolnie uśmiechnęłam się na to pytanie.

            – Wkrótce – obiecałam.



[1] Within Tempatation Firelight

California Boy - Rozdział 3

California Boy - Rozdział 3

Lizzy

            Tina siedziała na moim łóżku, popijając wino. Kieliszek chybotał się w jej palcach. Wypiła już za dużo i to kieliszek temu. Nie potrzebowała wiele, by być na rauszu. Mogłam być pewna, że nie za wiele zapamięta z dzisiejszego wieczoru. Jedno musiałam jej jednak przyznać – nawet po zbyt dużej ilości alkoholu i zbyt krótkiej sukience, siedziała wciąż jak dama.

            – On na serio zabrał cię tylko na spacer? – upewniła się chyba po raz setny.

            Westchnęłam i tylko skinęłam twierdząco głową.

            – Jesteś nienormalna – stwierdziła. – Naprawdę cię tym urzekł?

            Roześmiałam się i ostatni raz zerknęłam w lustro, zanim odwróciłam się do przyjaciółki.

            – Tak, naprawdę – przyznałam. – I czy nie my wszystkie jesteśmy choć odrobinę nienormalne?

            Moje własne słowa odbiły się echem i zadźwięczały w głowie. W ustach poczułam kwaśny smak żółci.

            – Możliwe. – Wzruszyła ramionami i podniosła na mnie wzrok znad ekranu telefonu. Zmarszczyła brwi, lustrując wzrokiem moją sylwetkę i zrobiła kwaśną minę. – Nie zakładasz sukienki?

            – Nie – odparłam krótko, strzepując niewidzialne pyłki z bluzki. – Wiesz, że nie.

            Nigdy nie zakładałam sukienek do klubu. Po prostu nie i koniec.

            – Masz świetne nogi – skomentowała.

            – Na szczęście w spodniach też je widać – mruknęłam, ściskając mocniej włosy spięte w wysoki kucyk. – Możemy się już zbierać?

            Tina zerknęła na swój już pusty kieliszek po winie, odłożyła go na bok i skinęła głową. Wstała z łóżka z zaskakującą gracją, jak na ilość alkoholu, którą w siebie wlała. Dwudzieste pierwsze urodziny obchodziłam ledwo miesiąc temu i od tamtej chwili przyjaciółka próbowała mnie gdzieś wyciągnąć przynajmniej raz w tygodniu. Na wszelki wypadek nie chodziłyśmy do miejsc, do których wcześniej wchodziłyśmy na fałszywe dowody przez pierwsze lata studiów.

Dzisiejszą noc miałyśmy spędzić w jednym w klubów w Minneapolis, co oznaczało mniej więcej godzinę jazdy w jedną i w drugą stronę. Podobną drogę codziennie pokonywałam na uczelnię. Dziadek namawiał mnie na studia w Duluth, na Labovitz, ale potrzebowałam choć odrobiny samodzielności. Jedynym minusem St. Paul była odległość od Rochester. Wolałabym mieszkać jak najdalej od rodzinnego miasta. Jeśli jednak nie chciałam zostać ani w Rochester, ani przeprowadzić się do Duluth, a wciąż pozostać w Minnesocie, wybór miałam dosyć ograniczony. Moja matka nie miała pojęcia, gdzie mieszkałam, a to liczyło się dla mnie najbardziej.

Powietrze na zewnątrz było mroźne. Wkradało się pod mój płaszcz i przenikało do szpiku kości. Najpierw kolejka, potem autobus. W zasadzie nie wiedziałam, po co to robiłam. Wcale nie lubiłam chodzić na imprezy. Nie nadawałam się do tego. Nie czerpałam z nich przyjemności. Nie cieszyłam się tym. Tańczyłam w rytm muzyki, ale nic nie czułam. W tle mogłoby lecieć cokolwiek i nic by się dla mnie nie zmieniło. Nie dawało mi to ulgi. Nie oczyszczało głowy. Wręcz przeciwnie. Gdy nie rozpraszała mnie paplanina Tiny i słyszałam tylko muzykę, zostawałam sama ze swoimi myślami, stojąc w środku tłumu. I wbrew pozorom nie było to kojące.

W klubie nie byłyśmy nawet dwóch godzin, kiedy Tina zostawiła mnie samą, zbyt zajęta flirtowaniem z facetem, którego poznała przy barze. Siedziałam więc w loży i znudzona obserwowałam tłum. Planowałam zrobić jak zwykle – odczekać jeszcze trochę i się ulotnić. Zaczęłam bawić się telefonem dla zabicia czasu i zrobiłam zdjęcie parkietu. Światła na fotografii zastygły w miejscu, zostawiając tańczących w wiecznym półmroku. Pod wpływem impulsu wysłałam ją Danny’emu. Było późno, więc nie spodziewałam się żadnej odpowiedzi. Nadeszła jednak po kilku minutach.

Danny: Gdzie jesteś?

Zawahałam się tylko przez moment, zanim wysłałam mu adres klubu. Nad jego kolejnym pytaniem zastanawiałam się nieco dłużej.

Danny: Chcesz, żebym przyjechał?

Minął przynajmniej kwadrans, zanim odpisałam krótkie „tak”.

Danny: Będę za pół godziny.

Na początku nie wierzyłam, że się pojawi. Potem zaczęłam się obawiać odwrotnego scenariusza. Co jeśli rzeczywiście przyjdzie? Ta pierwsza opcja wydawała mi się zdecydowanie łatwiejsza, choć jednocześnie napełniała mnie goryczą. Minuty trwały całą wieczność, gdy odliczałam te pół godziny. Jeśli się nie pojawi, po prostu wrócę do domu. Nic się nie zmieni. Widziałam go ledwo dwa razy. To tak nieznaczący ułamek życia, że za tydzień zdążę o nim zapomnieć. W tym momencie jednak telefon zawibrował mi w ręce. Danny.

Spotkałam się z nim przy barze. Kątem oka zauważyłam kilka osób patrzących w naszą stronę, co wcale mnie nie zdziwiło. W końcu nie był przypadkowym przystojniakiem, a hokeistą i to z miejscowej drużyny. Danny nachylił się w moją stronę i poczułam na uchu jego ciepły oddech.

– Chcesz tu zostać? – zapytał, starając się przekrzyczeć muzykę i cofnął się, żeby na mnie spojrzeć.

Potrząsnęłam stanowczo głową i pociągnęłam go za rękę w stronę szatni. Dziesięć minut później byliśmy już na zewnątrz i głęboko odetchnęłam rześkim powietrzem.

– Jesteś głodna?

Danny zaskoczył mnie tym pytaniem. W końcu była druga w nocy. Jednak fakt, byłam głodna.

– Umieram z głodu – przyznałam. – Niedaleko jest całodobowa knajpka ze świetnymi burgerami. Co ty na to?

Danny przez moment walczył z uśmiechem, ale w końcu się poddał. To był jeden z tych szczerych uśmiechów, które sięgały oczu. Chyba właśnie tym zwrócił moją uwagę tamtego wieczoru. Nie potrafiłam dostrzec w jego zachowaniu nic wymuszonego. Roztaczał wokół siebie urok, który trudno było zignorować.

– Brzmi świetnie – odparł. – Zaparkowałem niedaleko.

Poczułam jego dłoń w dole moich pleców, gdy prowadził nas do swojej wysłużonej toyoty. To było jednocześnie intymne i subtelne. Odrobinę zaborcze, ale nie za bardzo. Samochód nie zdążył się jeszcze wychłodzić, jednak Danny i tak od razu włączył ogrzewanie. Po pobycie w klubie byłam spocona i teraz niemal trzęsłam się z zimna. Wbiłam adres knajpy do nawigacji i przystawiłam zmarznięte dłonie do nawiewu. Chłopak włączył radio i z głośników popłynął głos Matthew z MISSIO. Musiałam przyznać, że ich muzyka nadawała się w sam raz do samochodu i zaraz też przekonałam się, że w szczególności do nocnej jazdy.

Byliśmy na miejscu w mniej niż kwadrans. Knajpa z zewnątrz wyglądała jak typowy przydrożny bar. Krzykliwy neon na zewnątrz, w środku stoliki przykryte kraciastymi obrusami skąpane w ostrym świetle jarzeniówek, a najbardziej dominującym zapachem był tłuszcz. Kiedyś znalazłam się tu zupełnym przypadkiem, gdy razem z koleżanką z roku do późna pracowałyśmy nad zadaniem zaliczeniowym.

Naszą kelnerką była Jolene, mniej więcej trzydziestoletnia latynoska o regularnych rysach. Uśmiechała się sympatycznie, mimo później pory. Zastanawiałam się, co czekało ją w domu… Dziecko śliczne jak ona? Narzeczony?

Z Dannym zamówiliśmy burgery. Bekon i ser. Do tego po szklance coli. To było tak zwyczajne, a jednocześnie wyjątkowe. Trudno nazwać to typową randką, bo nigdy takiej nie doświadczyłam. Wszystko, co tyczyło się Danny’ego, było dla mnie nowe i przez to dziwnie ekscytujące.

– Trochę mnie zaskoczyłeś tym, że przyjechałeś o tej porze – odezwałam się po dłuższej chwili milczenia. – Mam nadzieję, że nie będziesz przeze mnie niewyspany na treningu?

Usta Danny’ego drgnęły w uśmiechu i pokręcił głową

– Jutro mam wolne – odpowiedział. – Ale doceniam troskę.

– Gdy widzieliśmy się poprzednim razem, odniosłam wrażenie, że nie miewasz dni wolnych – odpowiedziałam, patrząc mu w oczy. Nie wyglądał na ani trochę speszonego.  – Tym bardziej doceniam, że znalazłeś dla mnie czas.

– W zasadzie uratowałaś mnie przed kolejnym meczem FIFY, więc to ja powinienem być wdzięczny – zaśmiał się. Naprawdę lubiłam jego śmiech. – Jak się znalazłaś w klubie w Minneapolis?

– Chciałabym odpowiedzieć, że to długa historia, ale w zasadzie to nie. Moja przyjaciółka mnie wyciągnęła.

Opowiedziałam mu o ostatnich eskapadach z Tiną i tym, że za cel wzięła sobie korzystanie z życia studenckiego ile się da. I że była to transakcja wymienna między nami. Ja chodziłam z nią do klubów, ona oglądała ze mną mecze i chodziła na wernisaże. Nie powiedziałam mu, czemu nie lubię chodzić do klubów. Już nie.

W tle leciała jedna z piosenek Devina Dawsona. Tina go uwielbiała i tym sposobem znałam chyba wszystkiego jego piosenki na pamięć, choć sama z siebie w ogóle nie słuchałam country. Mimowolnie zaczęłam wybijać palcami rytm do All on me.

– Moja siostra uwielbia ten kawałek. – Danny kiwnął głową w stronę szafy grającej. Tak, to był jeden z tych bardzo typowych barów, które wciąż ją posiadały. – Zobaczmy, co jeszcze mają. – Chłopak wstał od stolika i spojrzał na mnie wyczekująco, wyciągając rękę w moją stronę.

Wahałam się tylko przez chwilę, zanim chwyciłam jego dłoń i podeszliśmy do szafy grającej trzymając się za ręce. To był jeden z tych nowych modeli, z wbudowanym komputerem. Nie miały tego uroku, co te tradycyjne, na płyty winylowe, ale nadal widziałam w nich coś wyjątkowego. Danny sięgnął po portfel i wyciągnął z niego kilka drobniaków.

– Ty pierwsza. – Wsunął mi do ręki jedną z monet.

Przygryzając koniuszek języka zaczęłam przeglądać dostępne płyty. Cicho prychnęłam, widząc multum country. Właściciel z pewnością miał swój ulubiony gatunek. Skoro tak… Cóż, w takim razie niech będzie klasyk klasyków.

– Johnny Cash? – zaśmiał się Danny., słysząc pierwsze nuty Let there be country. – Czy tam jest coś poza country? – zapytał, nachylając się ponad moim ramieniem, żeby zerknąć na ekran i cicho jęknął.

– Ej, nie jest tak źle! – zaprotestowałam. – Patrz, są też The Beatles!

Danny wrzucił do maszyny kolejną ćwierćdolarówkę i skinął na mnie głową, żebym wybrała co chcę.

– To nie powinna być twoja kolej? – zdziwiłam się.

– Śmiało – ponaglił mnie. – Wiem, że chcesz.

Uśmiechnęłam się szeroko i wróciłam do przeglądania płyt. Wybrałam The Clash bez chwili wahania.

– Ciekawy wybór – stwierdził Danny z uznaniem i przez dłuższą chwilę po prostu patrzyliśmy na siebie. Przerwał nam dopiero dzwonek i zaraz po tym kelnerka wynurzyła się z zaplecza niosąc nasze zamówienie, więc szybko wróciliśmy do stolika.

– Wasza dwójka jest całkiem urocza – stwierdziła Jolene, stawiając przed nami talerze z burgerami. Dopiero w tym momencie poczułam, jak bardzo byłam głodna i jednocześnie zarumieniłam się na komentarz kelnerki. – Długo się spotykacie?

Na moment mnie zatkało. Danny zdążył jednak odpowiedzieć na pytanie, zanim odzyskałam rezon.

– Tak w zasadzie to widzimy się dopiero trzeci raz w życiu – odparł zgodnie z prawdą, nie patrząc na Jolene. Jego wzrok był skupiony na mnie i Danny znów się uśmiechał.

To było dopiero nasze trzecie, w zasadzie drugie spotkanie, a miałam wrażenie, że znam go już całą wieczność. Wcześniej w klubie nie miałam racji myśląc, że nie odczułabym jego zniknięcia z mojego życia. Ten uśmiech prześladowałby mnie do końca moich dni.

California Boy - Rozdział 2

California Boy - Rozdział 2

 

Lizzy

               Tego dnia zerwałam się z ostatnich zajęć. Od powrotu do domu malowałam. Dla odmiany coś dla siebie. Przez ostatnie miesiące głównie pracowałam nad zamówieniami lub pracami zaliczeniowymi na studia. Do własnych prac brakowało mi zacięcia. Gdy już zrobiłam, co miałam zrobić, odkładałam pędzle na bok. Nie dawały mi już tej samej ulgi, co kiedyś. Już nie. Lubiłam jednak zapach farb olejnych. Uspokajał mnie. Przywoływał dobre wspomnienia.

               Wstawiłam zdjęcie z pierwszym szkicem na instagram. Prowadziłam go pod pseudonimem, nie pod własnym nazwiskiem. Łatwo być @2.20girl. Dużo łatwiej niż Lizzy Farrell.

               Co jakiś czas zerkałam na telefon, choć byłam przekonana, że Danny się nie odezwie. Ile dziewczyn dawało mu swój numer za każdym razem, gdy wychodził gdzieś z kolegami? Z pewnością nie byłam pierwsza, a tym bardziej jedyna. Odrywałam się od pracy przy każdym piknięciu telefonu, ale za każdym razem spotykał mnie zawód. W końcu wyniosłam go do kuchni, żeby się nie rozpraszać.

               Zapach farb był ostry i intensywny. Zawsze więc malowałam przy otwartych oknach, choć miejscami palce kostniały mi z zimna i zaczynały boleć. Ból był znajomy. Nie bałam się go. Ja i strach… Łączyła nas długa i burzliwa znajomość. Byliśmy jak starzy przyjaciele.

               Zrobiłam sobie przerwę dopiero, gdy poczułam głód. Wtedy sięgnęłam po telefon i zobaczyłam wiadomość z obcego numeru. Przyszła kwadrans temu. Danny. Proponował spacer. Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie kolacja, nie kawa… spacer. To brzmiało tak zwyczajnie, ale nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jakikolwiek facet zabrał mnie na zwykły spacer. Na dodatek w trzaskający mróz.

               Szybko wystukałam krótką odpowiedź i odłożyłam telefon na bok. Mieliśmy się spotkać pod Xcel Energy Center, zaraz po jego treningu. To oznaczało, że miałam jeszcze trochę czasu do zabicia. Normalnie napisałabym do Tiny, ale strach przed rozczarowaniem tłumił ekscytację. Podskórnie czułam, że to prawdopodobnie nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Chwila rozrywki dla nas oboje, może jakiś rodzaj odskoczni. Nic więcej.

***

Danny

Po treningu wrzuciłem torbę do bagażnika mojej toyoty i zacząłem się rozglądać. Lizzy chwilę temu dała mi znać, że jest już prawie na miejscu. W końcu ją dostrzegłem i ruszyłem w jej kierunku, żeby spotkać się z nią w połowie drogi.

Długie włosy zaplotła dzisiaj w warkocz, który odznaczał się na szarym, zimowym płaszczu. Czerwone usta ledwo wystawały znad szalika, ale widziałem, że się uśmiechała. Jej oczy w świetle ulicznych latarni miały jeszcze bardziej nietypowy kolor, niż minionego wieczoru w knajpie.

– Cześć – przywitałem się z nią, a ona odpowiedziała to samo, stając na palcach, żeby cmoknąć mnie w policzek.

Opadła z powrotem na pięty i zaśmiała się dźwięcznie. Potarła palcami mój policzek.

– Przepraszam. Oznaczyłam cię.

Roześmiałem się.

– Nie szkodzi, Lizzy.

Kącik jej ust drgnął do góry i przełożyła swoje szczupłe ramię przez moje, splatając je ze sobą.

– Więc, Danny... Jak jest w Kaliforni?

Rozejrzałem się po zaśnieżonych ulicach Saint Paul i wypaliłem pierwsze, co mi przyszło do głowy.

– Ciepło. – Na głos zabrzmiało to dużo gorzej niż w mojej głowie.

Lizzy posłała mi pobłażliwy uśmiech i pokręciła głową z niedowierzaniem.

– I tylko tyle?

– No nie... – zacząłem niepewnie i odchrząknąłem. – Ale najbardziej tęsknię za tym ciepłem. I za oceanem.

– Jesteś z samego wybrzeża? – zapytała, choć po jej minie zgadywałem, że doskonale znała odpowiedź na to pytanie.

– Konkretnie z Los Angeles – potwierdziłem.

– I przywiało cię aż tutaj? Do zimnej Minnesoty?

Wzruszyłem ramionami. Padło na Minnesotę, ale mogłem wylądować gdziekolwiek indziej. Całe studia trener powtarzał nam, by się nie przywiązywać i jeśli uda nam się załapać do ligi, iść tam, gdzie nas będą chcieli. Mogłem się uważać za szczęściarza wychodząc na lód w barwach Lwów i w chwilach zwątpienia, kurczowo łapałem się tej myśli. Nie wszyscy moi koledzy z drużyny uniwersyteckiej dostali taką szansę.

– Gdy coś lub kogoś kochasz, jesteś w stanie wiele poświęcić – odpowiedziałem prosto. – Odmrażanie sobie tutaj tyłka to niezbyt duża cena.

– Od zawsze wiedziałeś, że chcesz grać w hokeja?

Często słyszałem to pytanie. Od dziennikarzy, od nowo poznanych ludzi… Miałem już wyuczoną odpowiedź, ale tym razem zacząłem się zastanawiać. Czy rzeczywiście od samego początku wiedziałem, że hokej to jest to? Nie do końca. Zwyczajnie nie znałem nic innego, bo pierwszy raz założyłem łyżwy, gdy miałem jakieś cztery lata.

– Nie powiedziałbym, że od zawsze – przyznałem szczerze. – Mając ojca hokeistę, chyba nie do końca miałem wybór, przynajmniej na początku.

Zmarszczyła zadarty nos w zastanowieniu, jakby próbowała sobie coś przypomnieć.

– Na jakiej pozycji grał twój tata? – zapytała w końcu.

– Był bramkarzem – odparłem z dumą. Naprawdę byłem dumny z mojego taty. Był nie tylko całkiem dobrym rodzicem i mentorem, ale też genialnym sportowcem.

– Więc macie to we krwi?

Skinąłem głową.

– A jak jest z tobą, Lizzy? Czym się zajmujesz?

Czerwone wargi Lizzy rozciągnęły się w niepewnym uśmiechu, gdy na mnie spojrzała. Przez moment wpatrywałem się w nie jak zahipnotyzowany.

– Studiuję grafikę. Moja mama jest malarką.

– A tata? – wypaliłem, zanim zdążyłem się ugryźć w język. Z pewnością nie pominęła go bez powodu. Czasem jednak miałem poziom wyczucia godny pięciolatka.

– To długa historia – odpowiedziała wymijająco.

Zmieszałem się.

– Przepraszam, że zapytałem.

– Nie szkodzi. – Potrząsnęła głową i ścisnęła mocniej moje ramię, ale odwróciła wzrok.

Odchrząknąłem, żeby zyskać na czasie.

– Więc... Skąd u ciebie zainteresowanie hokejem?

Na twarzy Lizzy pojawił się cień ulgi. Uśmiechnęła się szeroko, zerkając w moim kierunku.

– Gdy byłam mała, często spędzałam weekendy u moich dziadków, a mój dziadek kocha hokej. Potem to już siła przyzwyczajenia. Pewnie rozumiesz, o co chodzi.

– Rozumiem – potwierdziłem. – Więc uważasz. że moja bramka była świetna? – Uśmiechnąłem się zawadiacko.

– Och, ktoś musi połechtać twoje ego? – zaśmiała się. – To naprawdę było widowiskowe, Danny. Można uprawiać jakiś sport i być po prostu dobrym, ale gdy robisz coś z sercem... To widać.

– Nie uważasz, że tak samo jest ze wszystkim, co robimy?

Zamyśliła się chwilę, przekrzywiając głowę.

– Chyba masz rację.

– Nie masz tak, że lepiej ci coś wychodzi, gdy tworzysz coś, co ty sama chcesz robić, niż gdy robisz coś według narzuconego schematu?

– Całkiem możliwe, że tak, ale ostatnio maluję głównie na zamówienie. To mocno odtwórcze.

– Co na przykład? – zainteresowałem się.

– Głównie psy w kosmosie i tego typu rzeczy. Nie uwierzyłbyś, ile ludzi chce uwiecznić swojego pupila w dziwnych okolicznościach – parsknęła.

– Poważnie? Jest na to aż takie wzięcie? – Zmarszczyłem brwi w zdziwieniu. Musiałem o to zapytać Ivana. On wiedział o wielu dziwnych rzeczach, z których ja nie zdawałem sobie sprawy, zanim go poznałem.

– Od kilku miesięcy nie maluję w sumie nic innego, więc odpowiedź brzmi tak.

– Danny? – zapytała miękko Lizzy, kiedy zatrzymaliśmy się po kilku godzinach na powrót Xcel Energy Center.

– Tak?

– To był miły wieczór. Dziękuję.

– Nie ma sprawy, Lizzy – odparłem. – Jesteś pewna, że nie chcesz podwózki?

Potrząsnęła głową, musnęła chłodnymi wargami moją szczękę i wyszeptała pożegnanie.

– Do zobaczenia, California Boy.


California Boy - Rozdział 1

California Boy - Rozdział 1



 Danny

Mój oddech się rwał, a tętno szalało, gdy rozbrzmiała syrena kończąca mecz. Wygraliśmy. Powinienem czuć euforię, ale przede wszystkim czułem zmęczenie, choć wiedziałem, że w końcu przyjdzie też satysfakcja. I kolejne punkty w tabeli, których rozpaczliwie potrzebowaliśmy, żeby móc w ogóle marzyć o play offach.

Wśród radosnych okrzyków naszych kibiców i skandowania zeszliśmy z lodu i powlekliśmy się do szatni, gdzie czekała nas jeszcze seria wywiadów pomeczowych, nim mogliśmy wreszcie wziąć prysznic i przebrać się w zwykłe ciuchy. Kiedyś zupełnie inaczej wyobrażałem sobie bycie graczem jednej z drużyn NHL. Od dziecka dużo trenowałem i w zasadzie nie znałem innego życia. Hokej dyktował tempo mojego życia, odkąd pamiętałem. Przez ostatnie miesiące dowiedziałem się jednak więcej o swoich słabościach niż kiedykolwiek wcześniej. W tym samym momencie zmęczenie zaczęło być moim wiernym towarzyszem. Zdążyliśmy się nieźle zaprzyjaźnić.

Wrzuciłem swoje rzeczy do torby i zarzuciłem ją na ramię. Łóżko. Tego dzisiaj najbardziej potrzebowałem.

– Ej, Danny! – zawołał jeden z naszych bramkarzy Griffin Burton.

– Co? – zapytałem z cichym westchnieniem. Padałem z nóg.

– Idziemy do pubu. Idziesz z nami? – Griff posłał mi krzywy grymas, który miał być uśmiechem.

– W sumie... – Łóżko, powtórzyłem w myślach. Marzyłem o łóżku. Jednak to byłby kolejny raz, kiedy bym spasował i odpuścił wyjście z chłopakami. Wciąż byłem nowy. To mój pierwszy sezon w NHL. Mimo wszystko potrzebowałem przyjaciół.

– No dalej, nie daj się prosić. – Nie przestawał nalegać.

– Och, no dobra. – Poddałem się w końcu.

– No i to mi się podoba, California Boy. – Burton wyszczerzył zęby w uśmiechu, a trzeba było przyznać, jedną z dwójek miał nadal krzywą po uderzeniu w szczękę sprzed paru tygodni. Wyglądał przez to nieco zabawnie.

California Boy. Zawsze California Boy. Zyskałem ten pseudonim, gdy po studiach przeszedłem na drafcie i trafiłem do Minnesota Lions, jednej z drużyn NHL. To było spełnienie moich marzeń. Granie jako prawoskrzydłowy z zespołem takim jak ten to największa nagroda, jaką można dostać od losu. Poza odmrażaniem sobie tyłka w Minnesocie. Pochodziłem z Los Angeles, ale prawie pół życia spędziłem u dziadków w Saskatoon, więc byłem mniej więcej przyzwyczajony do zimna. Jednak Kalifornia plus mój wygląd – ciemnoblond włosy, niebieskie oczy, opalona skóra i uroda surfera – z tych powodów częściej słyszałem swój pseudonim niż imię.

– Danny McGregor, nasza gwiazda! – zawołał na przywitanie właściciel baru, Brandon Caine. – Ta bramka pod koniec... Nieźle, dzieciaku. – Poklepał mnie po plecach.

– Dzięki, Brand – zdołałem wykrztusić. Nie czułem się zbyt dobrze w centrum uwagi. Na lodowisku odczuwałem to nieco mniej. Robiłem to, co do mnie należało.

– Zaraz powiem kuchni, żeby szykowała cztery steki dla naszych zwycięzców. – Z tymi słowami Brandon odszedł od naszego stolika, zostawiając nas samych.

Na samą myśl o jedzeniu żołądek mi się skręcał, tak głodny byłem. Do play offów zostały dwa miesiące, więc trener tym bardziej nas cisnął, żebyśmy do nich przeszli. Jak na razie wszystko wskazywało na to, że może się nam udać i mieliśmy dobrą passę, ale hokej to nieprzewidywalny sport. W jednej chwili wygrywasz trzy mecze, żeby przegrać cztery następne i zakończyć sezon z hukiem. Jednak zamierzałem dać z siebie wszystko i wiedziałem, że każdy z chłopaków zrobi to samo. Nieważne, jak zmęczeni czasem byliśmy. Nie zrażały nas ani długie godziny treningu na siłowni, ani wieki spędzone na lodzie. Dopóki byliśmy w stanie utrzymać się na nogach, graliśmy.

– Ja pierdolę, ale zimno – zaklął Rory, nasz kapitan, wpychając się na miejsce obok mnie.

Rory urodził się na Florydzie i mimo tego, że grał w hokeja od dziecka, wciąż męczyły go tutejsze mrozy. Kolejny, który cierpiał podobnie jak ja. Mieliśmy jeszcze jednego chłopaka z Arizony, ale Clay mieszkał w Saint Paul pół swojego życia i zdążył się przyzwyczaić. Oprócz nas trzech, w drużynie było jeszcze pięciu Amerykanów, dwóch Rosjan, jeden Fin, a reszta to już Kanadyjczycy.

– Strasznie jęczysz, kapitanie – zaśmiał się Sasha, siadając po drugiej stronie, obok Ariego.

– A gdzie Ivan? – zapytałem. – Mówił, że też przyjdzie i tylko jego jeszcze nie ma.

– Trener go zatrzymał – wyjaśnił Sasha.

Rory zmarszczył jasne brwi.

– Mam nadzieję, że nie chodzi o jego kontuzję. Jeśli znowu mu się odnowiło...

– Luz, stary. Aleksandrov tak łatwo się nie da – odezwał się Griffin.

– Oby. Bo teraz ostatnie czego nam trzeba, to utrata takiego napastnika. Zresztą chyba nikt się lepiej nie zgrywa z naszym California Boy – odpowiedział Rory spiętym głosem.

Westchnąłem w duchu. Rzeczywiście, z Ivanem obaj byliśmy świeżakami i dobrze nam się razem grało. Kibice i komentatorzy nazywali nas cud duetem, bo razem zdobyliśmy już trochę punktów. Ja grałem na prawym skrzydle, Ivan na lewym, a Rory był środkowym i zwykle trener ustawiał nas na jednej zmianie.

– O wilku mowa. – Griff kiwnął w stronę wejścia, a którym właśnie pojawił się Aleksandrov.

– Grasz? – upewnił się Rory, gdy Ivan podszedł do naszego stolika.

– Gram – odparł z uśmiechem i przystawił sobie krzesło.

Przybiliśmy piątkę i poprosiliśmy Brandona o jeszcze dwa steki.

– Jakaś laska się na ciebie gapi, od kiedy tylko weszliśmy, Danny – odezwał się Rory, gdy już kończyliśmy jeść. Trochę nam to zajęło. Fani drużyny co jakiś czas podchodzili do naszego stolika, żeby się przywitać i pogratulować wygranej. W końcu siedzieliśmy w barze sportowym.

– Mówisz? – Uniosłem pytająco jedną brew i upiłem łyk swojego piwa. Jedno piwo. Na więcej sobie podczas sezonu nie pozwalałem.

– Mówię. Powiedz mu, Ivan.

Ivan dyskretnie zerknął w stronę, w którą patrzył Sasha i skinął głową.

– Gapi się jak nic – potwierdził, śmiejąc się pod nosem.

– I na pewno na mnie?

– Bankowo.

Odwróciłem się lekko w lewo i mój wzrok spotkał najbardziej niezwykłe oczy, jakie w życiu widziałem. Nawet stąd mogłem powiedzieć, że ich odcień był nietypowy. Na początku myślałem, że są niebieskie, ale codziennie w lustrze widziałem swoje niebieskie oczy i wiedziałem, że różniły się od tamtych. Moja siostra powiedziałaby, że są fiołkowe. Lśniące, niemal fioletowe oczy okolone długimi, ciemnymi rzęsami. Ich właścicielka miała kruczoczarne włosy, które sięgały poniżej jej łokci opartych o stolik, porcelanowo białą cerę i czerwone usta w kształcie serca rozciągnięte w sugestywnym półuśmiechu. Gdy otrząsnąłem z pierwszego szoku, posłałem jej lekki uśmiech, a jej natychmiast się poszerzył, po czym zachichotała, zakrywając usta dłonią. Jej śmiech był lekko zachrypnięty, podejrzewam, że podobnie jak jej głos, gdy mówiła. Żeby nie gapić się na nią ostentacyjnie, zwróciłem się znowu w stronę moich kumpli z drużyny.

 Krasiwa – skomentował Sasha.

– Piękna – potwierdziłem, chłodząc gardło kolejnym łykiem bud lighta.

– I co? Będziesz tak siedział jak kołek? – prychnął Ari.

– Play offy za dwa miesiące. Muszę się skupić na grze, a nie na randkach – przypomniałem.

– A ten znowu swoje – mruknął Sasha. – Zeschniesz nam tu, Danny.

Pokręciłem głową.

– Tak mi jest dobrze.

– To była świetna bramka, California Boy. – Nagle usłyszałem kobiecy głos tuż koło swojego ucha i uniosłem głowę, żeby znów spotkać fiołkowe oczy, tym razem z bliska.

– Dzięki...

– Lizzy – podpowiedziała z uśmiechem. – Lizzy Farrell. – Wyciągnęła rękę w moją stronę, a ja uścisnąłem ją.

– Danny McGregor.

Zachichotała.

– Wiem, kim jesteś. – Mrugnęła i poczułem jej krwistoczerwone paznokcie muskające wnętrze mojej dłoni, a potem coś jak zwitek papieru. Puszczając moją rękę, zwinęła moje palce w pięść i wyprostowała się, łaskocząc moje ramię swoimi włosami.

– Miłego wieczoru, chłopaki – z tymi słowami odwróciła się na pięcie i wróciła do swojego stolika, kołysząc biodrami i wprawiając w ruch czarną spódniczkę, która omiatała jej szczupłe uda z każdym krokiem.

– Widzisz? Nie chciałeś ruszyć dupy, to sama przyszła – zaśmiał się Rory.

– Zamknij się – warknąłem.

– Dała mu numer – odezwał się Ivan.

– Żartujesz – parsknął Griff.

Otworzyłem dłoń i rozwinąłem starannie złożony zwitek. Był na nim rząd cyfr i jej starannie wykaligrafowane imię.

– Nie żartuje. – Pomachałem mu karteczką przed nosem i schowałem ją do kieszeni.

– Jak się do niej nie odezwiesz, to powieszę ci łyżwy pod sufitem – zagroził mi Sasha.

– Jakby to był pierwszy raz – roześmiałem się i pokręciłem głową.

Copyright © Anna Bellon - blog autorski , Blogger