California Boy - Rozdział 3

California Boy - Rozdział 3

Lizzy

            Tina siedziała na moim łóżku, popijając wino. Kieliszek chybotał się w jej palcach. Wypiła już za dużo i to kieliszek temu. Nie potrzebowała wiele, by być na rauszu. Mogłam być pewna, że nie za wiele zapamięta z dzisiejszego wieczoru. Jedno musiałam jej jednak przyznać – nawet po zbyt dużej ilości alkoholu i zbyt krótkiej sukience, siedziała wciąż jak dama.

            – On na serio zabrał cię tylko na spacer? – upewniła się chyba po raz setny.

            Westchnęłam i tylko skinęłam twierdząco głową.

            – Jesteś nienormalna – stwierdziła. – Naprawdę cię tym urzekł?

            Roześmiałam się i ostatni raz zerknęłam w lustro, zanim odwróciłam się do przyjaciółki.

            – Tak, naprawdę – przyznałam. – I czy nie my wszystkie jesteśmy choć odrobinę nienormalne?

            Moje własne słowa odbiły się echem i zadźwięczały w głowie. W ustach poczułam kwaśny smak żółci.

            – Możliwe. – Wzruszyła ramionami i podniosła na mnie wzrok znad ekranu telefonu. Zmarszczyła brwi, lustrując wzrokiem moją sylwetkę i zrobiła kwaśną minę. – Nie zakładasz sukienki?

            – Nie – odparłam krótko, strzepując niewidzialne pyłki z bluzki. – Wiesz, że nie.

            Nigdy nie zakładałam sukienek do klubu. Po prostu nie i koniec.

            – Masz świetne nogi – skomentowała.

            – Na szczęście w spodniach też je widać – mruknęłam, ściskając mocniej włosy spięte w wysoki kucyk. – Możemy się już zbierać?

            Tina zerknęła na swój już pusty kieliszek po winie, odłożyła go na bok i skinęła głową. Wstała z łóżka z zaskakującą gracją, jak na ilość alkoholu, którą w siebie wlała. Dwudzieste pierwsze urodziny obchodziłam ledwo miesiąc temu i od tamtej chwili przyjaciółka próbowała mnie gdzieś wyciągnąć przynajmniej raz w tygodniu. Na wszelki wypadek nie chodziłyśmy do miejsc, do których wcześniej wchodziłyśmy na fałszywe dowody przez pierwsze lata studiów.

Dzisiejszą noc miałyśmy spędzić w jednym w klubów w Minneapolis, co oznaczało mniej więcej godzinę jazdy w jedną i w drugą stronę. Podobną drogę codziennie pokonywałam na uczelnię. Dziadek namawiał mnie na studia w Duluth, na Labovitz, ale potrzebowałam choć odrobiny samodzielności. Jedynym minusem St. Paul była odległość od Rochester. Wolałabym mieszkać jak najdalej od rodzinnego miasta. Jeśli jednak nie chciałam zostać ani w Rochester, ani przeprowadzić się do Duluth, a wciąż pozostać w Minnesocie, wybór miałam dosyć ograniczony. Moja matka nie miała pojęcia, gdzie mieszkałam, a to liczyło się dla mnie najbardziej.

Powietrze na zewnątrz było mroźne. Wkradało się pod mój płaszcz i przenikało do szpiku kości. Najpierw kolejka, potem autobus. W zasadzie nie wiedziałam, po co to robiłam. Wcale nie lubiłam chodzić na imprezy. Nie nadawałam się do tego. Nie czerpałam z nich przyjemności. Nie cieszyłam się tym. Tańczyłam w rytm muzyki, ale nic nie czułam. W tle mogłoby lecieć cokolwiek i nic by się dla mnie nie zmieniło. Nie dawało mi to ulgi. Nie oczyszczało głowy. Wręcz przeciwnie. Gdy nie rozpraszała mnie paplanina Tiny i słyszałam tylko muzykę, zostawałam sama ze swoimi myślami, stojąc w środku tłumu. I wbrew pozorom nie było to kojące.

W klubie nie byłyśmy nawet dwóch godzin, kiedy Tina zostawiła mnie samą, zbyt zajęta flirtowaniem z facetem, którego poznała przy barze. Siedziałam więc w loży i znudzona obserwowałam tłum. Planowałam zrobić jak zwykle – odczekać jeszcze trochę i się ulotnić. Zaczęłam bawić się telefonem dla zabicia czasu i zrobiłam zdjęcie parkietu. Światła na fotografii zastygły w miejscu, zostawiając tańczących w wiecznym półmroku. Pod wpływem impulsu wysłałam ją Danny’emu. Było późno, więc nie spodziewałam się żadnej odpowiedzi. Nadeszła jednak po kilku minutach.

Danny: Gdzie jesteś?

Zawahałam się tylko przez moment, zanim wysłałam mu adres klubu. Nad jego kolejnym pytaniem zastanawiałam się nieco dłużej.

Danny: Chcesz, żebym przyjechał?

Minął przynajmniej kwadrans, zanim odpisałam krótkie „tak”.

Danny: Będę za pół godziny.

Na początku nie wierzyłam, że się pojawi. Potem zaczęłam się obawiać odwrotnego scenariusza. Co jeśli rzeczywiście przyjdzie? Ta pierwsza opcja wydawała mi się zdecydowanie łatwiejsza, choć jednocześnie napełniała mnie goryczą. Minuty trwały całą wieczność, gdy odliczałam te pół godziny. Jeśli się nie pojawi, po prostu wrócę do domu. Nic się nie zmieni. Widziałam go ledwo dwa razy. To tak nieznaczący ułamek życia, że za tydzień zdążę o nim zapomnieć. W tym momencie jednak telefon zawibrował mi w ręce. Danny.

Spotkałam się z nim przy barze. Kątem oka zauważyłam kilka osób patrzących w naszą stronę, co wcale mnie nie zdziwiło. W końcu nie był przypadkowym przystojniakiem, a hokeistą i to z miejscowej drużyny. Danny nachylił się w moją stronę i poczułam na uchu jego ciepły oddech.

– Chcesz tu zostać? – zapytał, starając się przekrzyczeć muzykę i cofnął się, żeby na mnie spojrzeć.

Potrząsnęłam stanowczo głową i pociągnęłam go za rękę w stronę szatni. Dziesięć minut później byliśmy już na zewnątrz i głęboko odetchnęłam rześkim powietrzem.

– Jesteś głodna?

Danny zaskoczył mnie tym pytaniem. W końcu była druga w nocy. Jednak fakt, byłam głodna.

– Umieram z głodu – przyznałam. – Niedaleko jest całodobowa knajpka ze świetnymi burgerami. Co ty na to?

Danny przez moment walczył z uśmiechem, ale w końcu się poddał. To był jeden z tych szczerych uśmiechów, które sięgały oczu. Chyba właśnie tym zwrócił moją uwagę tamtego wieczoru. Nie potrafiłam dostrzec w jego zachowaniu nic wymuszonego. Roztaczał wokół siebie urok, który trudno było zignorować.

– Brzmi świetnie – odparł. – Zaparkowałem niedaleko.

Poczułam jego dłoń w dole moich pleców, gdy prowadził nas do swojej wysłużonej toyoty. To było jednocześnie intymne i subtelne. Odrobinę zaborcze, ale nie za bardzo. Samochód nie zdążył się jeszcze wychłodzić, jednak Danny i tak od razu włączył ogrzewanie. Po pobycie w klubie byłam spocona i teraz niemal trzęsłam się z zimna. Wbiłam adres knajpy do nawigacji i przystawiłam zmarznięte dłonie do nawiewu. Chłopak włączył radio i z głośników popłynął głos Matthew z MISSIO. Musiałam przyznać, że ich muzyka nadawała się w sam raz do samochodu i zaraz też przekonałam się, że w szczególności do nocnej jazdy.

Byliśmy na miejscu w mniej niż kwadrans. Knajpa z zewnątrz wyglądała jak typowy przydrożny bar. Krzykliwy neon na zewnątrz, w środku stoliki przykryte kraciastymi obrusami skąpane w ostrym świetle jarzeniówek, a najbardziej dominującym zapachem był tłuszcz. Kiedyś znalazłam się tu zupełnym przypadkiem, gdy razem z koleżanką z roku do późna pracowałyśmy nad zadaniem zaliczeniowym.

Naszą kelnerką była Jolene, mniej więcej trzydziestoletnia latynoska o regularnych rysach. Uśmiechała się sympatycznie, mimo później pory. Zastanawiałam się, co czekało ją w domu… Dziecko śliczne jak ona? Narzeczony?

Z Dannym zamówiliśmy burgery. Bekon i ser. Do tego po szklance coli. To było tak zwyczajne, a jednocześnie wyjątkowe. Trudno nazwać to typową randką, bo nigdy takiej nie doświadczyłam. Wszystko, co tyczyło się Danny’ego, było dla mnie nowe i przez to dziwnie ekscytujące.

– Trochę mnie zaskoczyłeś tym, że przyjechałeś o tej porze – odezwałam się po dłuższej chwili milczenia. – Mam nadzieję, że nie będziesz przeze mnie niewyspany na treningu?

Usta Danny’ego drgnęły w uśmiechu i pokręcił głową

– Jutro mam wolne – odpowiedział. – Ale doceniam troskę.

– Gdy widzieliśmy się poprzednim razem, odniosłam wrażenie, że nie miewasz dni wolnych – odpowiedziałam, patrząc mu w oczy. Nie wyglądał na ani trochę speszonego.  – Tym bardziej doceniam, że znalazłeś dla mnie czas.

– W zasadzie uratowałaś mnie przed kolejnym meczem FIFY, więc to ja powinienem być wdzięczny – zaśmiał się. Naprawdę lubiłam jego śmiech. – Jak się znalazłaś w klubie w Minneapolis?

– Chciałabym odpowiedzieć, że to długa historia, ale w zasadzie to nie. Moja przyjaciółka mnie wyciągnęła.

Opowiedziałam mu o ostatnich eskapadach z Tiną i tym, że za cel wzięła sobie korzystanie z życia studenckiego ile się da. I że była to transakcja wymienna między nami. Ja chodziłam z nią do klubów, ona oglądała ze mną mecze i chodziła na wernisaże. Nie powiedziałam mu, czemu nie lubię chodzić do klubów. Już nie.

W tle leciała jedna z piosenek Devina Dawsona. Tina go uwielbiała i tym sposobem znałam chyba wszystkiego jego piosenki na pamięć, choć sama z siebie w ogóle nie słuchałam country. Mimowolnie zaczęłam wybijać palcami rytm do All on me.

– Moja siostra uwielbia ten kawałek. – Danny kiwnął głową w stronę szafy grającej. Tak, to był jeden z tych bardzo typowych barów, które wciąż ją posiadały. – Zobaczmy, co jeszcze mają. – Chłopak wstał od stolika i spojrzał na mnie wyczekująco, wyciągając rękę w moją stronę.

Wahałam się tylko przez chwilę, zanim chwyciłam jego dłoń i podeszliśmy do szafy grającej trzymając się za ręce. To był jeden z tych nowych modeli, z wbudowanym komputerem. Nie miały tego uroku, co te tradycyjne, na płyty winylowe, ale nadal widziałam w nich coś wyjątkowego. Danny sięgnął po portfel i wyciągnął z niego kilka drobniaków.

– Ty pierwsza. – Wsunął mi do ręki jedną z monet.

Przygryzając koniuszek języka zaczęłam przeglądać dostępne płyty. Cicho prychnęłam, widząc multum country. Właściciel z pewnością miał swój ulubiony gatunek. Skoro tak… Cóż, w takim razie niech będzie klasyk klasyków.

– Johnny Cash? – zaśmiał się Danny., słysząc pierwsze nuty Let there be country. – Czy tam jest coś poza country? – zapytał, nachylając się ponad moim ramieniem, żeby zerknąć na ekran i cicho jęknął.

– Ej, nie jest tak źle! – zaprotestowałam. – Patrz, są też The Beatles!

Danny wrzucił do maszyny kolejną ćwierćdolarówkę i skinął na mnie głową, żebym wybrała co chcę.

– To nie powinna być twoja kolej? – zdziwiłam się.

– Śmiało – ponaglił mnie. – Wiem, że chcesz.

Uśmiechnęłam się szeroko i wróciłam do przeglądania płyt. Wybrałam The Clash bez chwili wahania.

– Ciekawy wybór – stwierdził Danny z uznaniem i przez dłuższą chwilę po prostu patrzyliśmy na siebie. Przerwał nam dopiero dzwonek i zaraz po tym kelnerka wynurzyła się z zaplecza niosąc nasze zamówienie, więc szybko wróciliśmy do stolika.

– Wasza dwójka jest całkiem urocza – stwierdziła Jolene, stawiając przed nami talerze z burgerami. Dopiero w tym momencie poczułam, jak bardzo byłam głodna i jednocześnie zarumieniłam się na komentarz kelnerki. – Długo się spotykacie?

Na moment mnie zatkało. Danny zdążył jednak odpowiedzieć na pytanie, zanim odzyskałam rezon.

– Tak w zasadzie to widzimy się dopiero trzeci raz w życiu – odparł zgodnie z prawdą, nie patrząc na Jolene. Jego wzrok był skupiony na mnie i Danny znów się uśmiechał.

To było dopiero nasze trzecie, w zasadzie drugie spotkanie, a miałam wrażenie, że znam go już całą wieczność. Wcześniej w klubie nie miałam racji myśląc, że nie odczułabym jego zniknięcia z mojego życia. Ten uśmiech prześladowałby mnie do końca moich dni.

California Boy - Rozdział 2

California Boy - Rozdział 2

 

Lizzy

               Tego dnia zerwałam się z ostatnich zajęć. Od powrotu do domu malowałam. Dla odmiany coś dla siebie. Przez ostatnie miesiące głównie pracowałam nad zamówieniami lub pracami zaliczeniowymi na studia. Do własnych prac brakowało mi zacięcia. Gdy już zrobiłam, co miałam zrobić, odkładałam pędzle na bok. Nie dawały mi już tej samej ulgi, co kiedyś. Już nie. Lubiłam jednak zapach farb olejnych. Uspokajał mnie. Przywoływał dobre wspomnienia.

               Wstawiłam zdjęcie z pierwszym szkicem na instagram. Prowadziłam go pod pseudonimem, nie pod własnym nazwiskiem. Łatwo być @2.20girl. Dużo łatwiej niż Lizzy Farrell.

               Co jakiś czas zerkałam na telefon, choć byłam przekonana, że Danny się nie odezwie. Ile dziewczyn dawało mu swój numer za każdym razem, gdy wychodził gdzieś z kolegami? Z pewnością nie byłam pierwsza, a tym bardziej jedyna. Odrywałam się od pracy przy każdym piknięciu telefonu, ale za każdym razem spotykał mnie zawód. W końcu wyniosłam go do kuchni, żeby się nie rozpraszać.

               Zapach farb był ostry i intensywny. Zawsze więc malowałam przy otwartych oknach, choć miejscami palce kostniały mi z zimna i zaczynały boleć. Ból był znajomy. Nie bałam się go. Ja i strach… Łączyła nas długa i burzliwa znajomość. Byliśmy jak starzy przyjaciele.

               Zrobiłam sobie przerwę dopiero, gdy poczułam głód. Wtedy sięgnęłam po telefon i zobaczyłam wiadomość z obcego numeru. Przyszła kwadrans temu. Danny. Proponował spacer. Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie kolacja, nie kawa… spacer. To brzmiało tak zwyczajnie, ale nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jakikolwiek facet zabrał mnie na zwykły spacer. Na dodatek w trzaskający mróz.

               Szybko wystukałam krótką odpowiedź i odłożyłam telefon na bok. Mieliśmy się spotkać pod Xcel Energy Center, zaraz po jego treningu. To oznaczało, że miałam jeszcze trochę czasu do zabicia. Normalnie napisałabym do Tiny, ale strach przed rozczarowaniem tłumił ekscytację. Podskórnie czułam, że to prawdopodobnie nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Chwila rozrywki dla nas oboje, może jakiś rodzaj odskoczni. Nic więcej.

***

Danny

Po treningu wrzuciłem torbę do bagażnika mojej toyoty i zacząłem się rozglądać. Lizzy chwilę temu dała mi znać, że jest już prawie na miejscu. W końcu ją dostrzegłem i ruszyłem w jej kierunku, żeby spotkać się z nią w połowie drogi.

Długie włosy zaplotła dzisiaj w warkocz, który odznaczał się na szarym, zimowym płaszczu. Czerwone usta ledwo wystawały znad szalika, ale widziałem, że się uśmiechała. Jej oczy w świetle ulicznych latarni miały jeszcze bardziej nietypowy kolor, niż minionego wieczoru w knajpie.

– Cześć – przywitałem się z nią, a ona odpowiedziała to samo, stając na palcach, żeby cmoknąć mnie w policzek.

Opadła z powrotem na pięty i zaśmiała się dźwięcznie. Potarła palcami mój policzek.

– Przepraszam. Oznaczyłam cię.

Roześmiałem się.

– Nie szkodzi, Lizzy.

Kącik jej ust drgnął do góry i przełożyła swoje szczupłe ramię przez moje, splatając je ze sobą.

– Więc, Danny... Jak jest w Kaliforni?

Rozejrzałem się po zaśnieżonych ulicach Saint Paul i wypaliłem pierwsze, co mi przyszło do głowy.

– Ciepło. – Na głos zabrzmiało to dużo gorzej niż w mojej głowie.

Lizzy posłała mi pobłażliwy uśmiech i pokręciła głową z niedowierzaniem.

– I tylko tyle?

– No nie... – zacząłem niepewnie i odchrząknąłem. – Ale najbardziej tęsknię za tym ciepłem. I za oceanem.

– Jesteś z samego wybrzeża? – zapytała, choć po jej minie zgadywałem, że doskonale znała odpowiedź na to pytanie.

– Konkretnie z Los Angeles – potwierdziłem.

– I przywiało cię aż tutaj? Do zimnej Minnesoty?

Wzruszyłem ramionami. Padło na Minnesotę, ale mogłem wylądować gdziekolwiek indziej. Całe studia trener powtarzał nam, by się nie przywiązywać i jeśli uda nam się załapać do ligi, iść tam, gdzie nas będą chcieli. Mogłem się uważać za szczęściarza wychodząc na lód w barwach Lwów i w chwilach zwątpienia, kurczowo łapałem się tej myśli. Nie wszyscy moi koledzy z drużyny uniwersyteckiej dostali taką szansę.

– Gdy coś lub kogoś kochasz, jesteś w stanie wiele poświęcić – odpowiedziałem prosto. – Odmrażanie sobie tutaj tyłka to niezbyt duża cena.

– Od zawsze wiedziałeś, że chcesz grać w hokeja?

Często słyszałem to pytanie. Od dziennikarzy, od nowo poznanych ludzi… Miałem już wyuczoną odpowiedź, ale tym razem zacząłem się zastanawiać. Czy rzeczywiście od samego początku wiedziałem, że hokej to jest to? Nie do końca. Zwyczajnie nie znałem nic innego, bo pierwszy raz założyłem łyżwy, gdy miałem jakieś cztery lata.

– Nie powiedziałbym, że od zawsze – przyznałem szczerze. – Mając ojca hokeistę, chyba nie do końca miałem wybór, przynajmniej na początku.

Zmarszczyła zadarty nos w zastanowieniu, jakby próbowała sobie coś przypomnieć.

– Na jakiej pozycji grał twój tata? – zapytała w końcu.

– Był bramkarzem – odparłem z dumą. Naprawdę byłem dumny z mojego taty. Był nie tylko całkiem dobrym rodzicem i mentorem, ale też genialnym sportowcem.

– Więc macie to we krwi?

Skinąłem głową.

– A jak jest z tobą, Lizzy? Czym się zajmujesz?

Czerwone wargi Lizzy rozciągnęły się w niepewnym uśmiechu, gdy na mnie spojrzała. Przez moment wpatrywałem się w nie jak zahipnotyzowany.

– Studiuję grafikę. Moja mama jest malarką.

– A tata? – wypaliłem, zanim zdążyłem się ugryźć w język. Z pewnością nie pominęła go bez powodu. Czasem jednak miałem poziom wyczucia godny pięciolatka.

– To długa historia – odpowiedziała wymijająco.

Zmieszałem się.

– Przepraszam, że zapytałem.

– Nie szkodzi. – Potrząsnęła głową i ścisnęła mocniej moje ramię, ale odwróciła wzrok.

Odchrząknąłem, żeby zyskać na czasie.

– Więc... Skąd u ciebie zainteresowanie hokejem?

Na twarzy Lizzy pojawił się cień ulgi. Uśmiechnęła się szeroko, zerkając w moim kierunku.

– Gdy byłam mała, często spędzałam weekendy u moich dziadków, a mój dziadek kocha hokej. Potem to już siła przyzwyczajenia. Pewnie rozumiesz, o co chodzi.

– Rozumiem – potwierdziłem. – Więc uważasz. że moja bramka była świetna? – Uśmiechnąłem się zawadiacko.

– Och, ktoś musi połechtać twoje ego? – zaśmiała się. – To naprawdę było widowiskowe, Danny. Można uprawiać jakiś sport i być po prostu dobrym, ale gdy robisz coś z sercem... To widać.

– Nie uważasz, że tak samo jest ze wszystkim, co robimy?

Zamyśliła się chwilę, przekrzywiając głowę.

– Chyba masz rację.

– Nie masz tak, że lepiej ci coś wychodzi, gdy tworzysz coś, co ty sama chcesz robić, niż gdy robisz coś według narzuconego schematu?

– Całkiem możliwe, że tak, ale ostatnio maluję głównie na zamówienie. To mocno odtwórcze.

– Co na przykład? – zainteresowałem się.

– Głównie psy w kosmosie i tego typu rzeczy. Nie uwierzyłbyś, ile ludzi chce uwiecznić swojego pupila w dziwnych okolicznościach – parsknęła.

– Poważnie? Jest na to aż takie wzięcie? – Zmarszczyłem brwi w zdziwieniu. Musiałem o to zapytać Ivana. On wiedział o wielu dziwnych rzeczach, z których ja nie zdawałem sobie sprawy, zanim go poznałem.

– Od kilku miesięcy nie maluję w sumie nic innego, więc odpowiedź brzmi tak.

– Danny? – zapytała miękko Lizzy, kiedy zatrzymaliśmy się po kilku godzinach na powrót Xcel Energy Center.

– Tak?

– To był miły wieczór. Dziękuję.

– Nie ma sprawy, Lizzy – odparłem. – Jesteś pewna, że nie chcesz podwózki?

Potrząsnęła głową, musnęła chłodnymi wargami moją szczękę i wyszeptała pożegnanie.

– Do zobaczenia, California Boy.


California Boy - Rozdział 1

California Boy - Rozdział 1



 Danny

Mój oddech się rwał, a tętno szalało, gdy rozbrzmiała syrena kończąca mecz. Wygraliśmy. Powinienem czuć euforię, ale przede wszystkim czułem zmęczenie, choć wiedziałem, że w końcu przyjdzie też satysfakcja. I kolejne punkty w tabeli, których rozpaczliwie potrzebowaliśmy, żeby móc w ogóle marzyć o play offach.

Wśród radosnych okrzyków naszych kibiców i skandowania zeszliśmy z lodu i powlekliśmy się do szatni, gdzie czekała nas jeszcze seria wywiadów pomeczowych, nim mogliśmy wreszcie wziąć prysznic i przebrać się w zwykłe ciuchy. Kiedyś zupełnie inaczej wyobrażałem sobie bycie graczem jednej z drużyn NHL. Od dziecka dużo trenowałem i w zasadzie nie znałem innego życia. Hokej dyktował tempo mojego życia, odkąd pamiętałem. Przez ostatnie miesiące dowiedziałem się jednak więcej o swoich słabościach niż kiedykolwiek wcześniej. W tym samym momencie zmęczenie zaczęło być moim wiernym towarzyszem. Zdążyliśmy się nieźle zaprzyjaźnić.

Wrzuciłem swoje rzeczy do torby i zarzuciłem ją na ramię. Łóżko. Tego dzisiaj najbardziej potrzebowałem.

– Ej, Danny! – zawołał jeden z naszych bramkarzy Griffin Burton.

– Co? – zapytałem z cichym westchnieniem. Padałem z nóg.

– Idziemy do pubu. Idziesz z nami? – Griff posłał mi krzywy grymas, który miał być uśmiechem.

– W sumie... – Łóżko, powtórzyłem w myślach. Marzyłem o łóżku. Jednak to byłby kolejny raz, kiedy bym spasował i odpuścił wyjście z chłopakami. Wciąż byłem nowy. To mój pierwszy sezon w NHL. Mimo wszystko potrzebowałem przyjaciół.

– No dalej, nie daj się prosić. – Nie przestawał nalegać.

– Och, no dobra. – Poddałem się w końcu.

– No i to mi się podoba, California Boy. – Burton wyszczerzył zęby w uśmiechu, a trzeba było przyznać, jedną z dwójek miał nadal krzywą po uderzeniu w szczękę sprzed paru tygodni. Wyglądał przez to nieco zabawnie.

California Boy. Zawsze California Boy. Zyskałem ten pseudonim, gdy po studiach przeszedłem na drafcie i trafiłem do Minnesota Lions, jednej z drużyn NHL. To było spełnienie moich marzeń. Granie jako prawoskrzydłowy z zespołem takim jak ten to największa nagroda, jaką można dostać od losu. Poza odmrażaniem sobie tyłka w Minnesocie. Pochodziłem z Los Angeles, ale prawie pół życia spędziłem u dziadków w Saskatoon, więc byłem mniej więcej przyzwyczajony do zimna. Jednak Kalifornia plus mój wygląd – ciemnoblond włosy, niebieskie oczy, opalona skóra i uroda surfera – z tych powodów częściej słyszałem swój pseudonim niż imię.

– Danny McGregor, nasza gwiazda! – zawołał na przywitanie właściciel baru, Brandon Caine. – Ta bramka pod koniec... Nieźle, dzieciaku. – Poklepał mnie po plecach.

– Dzięki, Brand – zdołałem wykrztusić. Nie czułem się zbyt dobrze w centrum uwagi. Na lodowisku odczuwałem to nieco mniej. Robiłem to, co do mnie należało.

– Zaraz powiem kuchni, żeby szykowała cztery steki dla naszych zwycięzców. – Z tymi słowami Brandon odszedł od naszego stolika, zostawiając nas samych.

Na samą myśl o jedzeniu żołądek mi się skręcał, tak głodny byłem. Do play offów zostały dwa miesiące, więc trener tym bardziej nas cisnął, żebyśmy do nich przeszli. Jak na razie wszystko wskazywało na to, że może się nam udać i mieliśmy dobrą passę, ale hokej to nieprzewidywalny sport. W jednej chwili wygrywasz trzy mecze, żeby przegrać cztery następne i zakończyć sezon z hukiem. Jednak zamierzałem dać z siebie wszystko i wiedziałem, że każdy z chłopaków zrobi to samo. Nieważne, jak zmęczeni czasem byliśmy. Nie zrażały nas ani długie godziny treningu na siłowni, ani wieki spędzone na lodzie. Dopóki byliśmy w stanie utrzymać się na nogach, graliśmy.

– Ja pierdolę, ale zimno – zaklął Rory, nasz kapitan, wpychając się na miejsce obok mnie.

Rory urodził się na Florydzie i mimo tego, że grał w hokeja od dziecka, wciąż męczyły go tutejsze mrozy. Kolejny, który cierpiał podobnie jak ja. Mieliśmy jeszcze jednego chłopaka z Arizony, ale Clay mieszkał w Saint Paul pół swojego życia i zdążył się przyzwyczaić. Oprócz nas trzech, w drużynie było jeszcze pięciu Amerykanów, dwóch Rosjan, jeden Fin, a reszta to już Kanadyjczycy.

– Strasznie jęczysz, kapitanie – zaśmiał się Sasha, siadając po drugiej stronie, obok Ariego.

– A gdzie Ivan? – zapytałem. – Mówił, że też przyjdzie i tylko jego jeszcze nie ma.

– Trener go zatrzymał – wyjaśnił Sasha.

Rory zmarszczył jasne brwi.

– Mam nadzieję, że nie chodzi o jego kontuzję. Jeśli znowu mu się odnowiło...

– Luz, stary. Aleksandrov tak łatwo się nie da – odezwał się Griffin.

– Oby. Bo teraz ostatnie czego nam trzeba, to utrata takiego napastnika. Zresztą chyba nikt się lepiej nie zgrywa z naszym California Boy – odpowiedział Rory spiętym głosem.

Westchnąłem w duchu. Rzeczywiście, z Ivanem obaj byliśmy świeżakami i dobrze nam się razem grało. Kibice i komentatorzy nazywali nas cud duetem, bo razem zdobyliśmy już trochę punktów. Ja grałem na prawym skrzydle, Ivan na lewym, a Rory był środkowym i zwykle trener ustawiał nas na jednej zmianie.

– O wilku mowa. – Griff kiwnął w stronę wejścia, a którym właśnie pojawił się Aleksandrov.

– Grasz? – upewnił się Rory, gdy Ivan podszedł do naszego stolika.

– Gram – odparł z uśmiechem i przystawił sobie krzesło.

Przybiliśmy piątkę i poprosiliśmy Brandona o jeszcze dwa steki.

– Jakaś laska się na ciebie gapi, od kiedy tylko weszliśmy, Danny – odezwał się Rory, gdy już kończyliśmy jeść. Trochę nam to zajęło. Fani drużyny co jakiś czas podchodzili do naszego stolika, żeby się przywitać i pogratulować wygranej. W końcu siedzieliśmy w barze sportowym.

– Mówisz? – Uniosłem pytająco jedną brew i upiłem łyk swojego piwa. Jedno piwo. Na więcej sobie podczas sezonu nie pozwalałem.

– Mówię. Powiedz mu, Ivan.

Ivan dyskretnie zerknął w stronę, w którą patrzył Sasha i skinął głową.

– Gapi się jak nic – potwierdził, śmiejąc się pod nosem.

– I na pewno na mnie?

– Bankowo.

Odwróciłem się lekko w lewo i mój wzrok spotkał najbardziej niezwykłe oczy, jakie w życiu widziałem. Nawet stąd mogłem powiedzieć, że ich odcień był nietypowy. Na początku myślałem, że są niebieskie, ale codziennie w lustrze widziałem swoje niebieskie oczy i wiedziałem, że różniły się od tamtych. Moja siostra powiedziałaby, że są fiołkowe. Lśniące, niemal fioletowe oczy okolone długimi, ciemnymi rzęsami. Ich właścicielka miała kruczoczarne włosy, które sięgały poniżej jej łokci opartych o stolik, porcelanowo białą cerę i czerwone usta w kształcie serca rozciągnięte w sugestywnym półuśmiechu. Gdy otrząsnąłem z pierwszego szoku, posłałem jej lekki uśmiech, a jej natychmiast się poszerzył, po czym zachichotała, zakrywając usta dłonią. Jej śmiech był lekko zachrypnięty, podejrzewam, że podobnie jak jej głos, gdy mówiła. Żeby nie gapić się na nią ostentacyjnie, zwróciłem się znowu w stronę moich kumpli z drużyny.

 Krasiwa – skomentował Sasha.

– Piękna – potwierdziłem, chłodząc gardło kolejnym łykiem bud lighta.

– I co? Będziesz tak siedział jak kołek? – prychnął Ari.

– Play offy za dwa miesiące. Muszę się skupić na grze, a nie na randkach – przypomniałem.

– A ten znowu swoje – mruknął Sasha. – Zeschniesz nam tu, Danny.

Pokręciłem głową.

– Tak mi jest dobrze.

– To była świetna bramka, California Boy. – Nagle usłyszałem kobiecy głos tuż koło swojego ucha i uniosłem głowę, żeby znów spotkać fiołkowe oczy, tym razem z bliska.

– Dzięki...

– Lizzy – podpowiedziała z uśmiechem. – Lizzy Farrell. – Wyciągnęła rękę w moją stronę, a ja uścisnąłem ją.

– Danny McGregor.

Zachichotała.

– Wiem, kim jesteś. – Mrugnęła i poczułem jej krwistoczerwone paznokcie muskające wnętrze mojej dłoni, a potem coś jak zwitek papieru. Puszczając moją rękę, zwinęła moje palce w pięść i wyprostowała się, łaskocząc moje ramię swoimi włosami.

– Miłego wieczoru, chłopaki – z tymi słowami odwróciła się na pięcie i wróciła do swojego stolika, kołysząc biodrami i wprawiając w ruch czarną spódniczkę, która omiatała jej szczupłe uda z każdym krokiem.

– Widzisz? Nie chciałeś ruszyć dupy, to sama przyszła – zaśmiał się Rory.

– Zamknij się – warknąłem.

– Dała mu numer – odezwał się Ivan.

– Żartujesz – parsknął Griff.

Otworzyłem dłoń i rozwinąłem starannie złożony zwitek. Był na nim rząd cyfr i jej starannie wykaligrafowane imię.

– Nie żartuje. – Pomachałem mu karteczką przed nosem i schowałem ją do kieszeni.

– Jak się do niej nie odezwiesz, to powieszę ci łyżwy pod sufitem – zagroził mi Sasha.

– Jakby to był pierwszy raz – roześmiałem się i pokręciłem głową.

Copyright © Anna Bellon - blog autorski , Blogger