Bądź przy mnie (TLR#4) - Prolog. Limelight




Charlie          
Nerwowo obracałem pałeczki, obserwując jak techniczni uwijali się jak w ukropie. Każda minuta od zejścia ze sceny naszego supportu, ciągnęła się w nieskończoność. Setki koncertów, a denerwowałem się zupełnie jak za pierwszym razem. Zawsze tak było.
            Zamknąłem oczy. Okrzyki były ogłuszające. Zacząłem się w nie wsłuchiwać. Chłonąć je. Wibracje przyprawiały mnie o szybsze bicie serca i suchość w gardle. To było jak błogosławieństwo i przekleństwo w jednym, gdy strach mieszał się z ekscytacją. Czułem jak nakłada się jedno na drugie, mieszając się i wytrącając z głowy każdą składną myśl.
            – Trzy minuty! – Remy, nasz tour menadżer, musiał krzyczeć, żeby przebić się przez hałas dochodzący z widowni. Spojrzałem w jego kierunku i patrzył na mnie wyczekująco, więc skinąłem głową. Czekał na sygnał, że wszyscy jesteśmy gotowi do wyjścia.
            Gdy wyszliśmy na scenę pogrążoną nadal w ciemności, okrzyki przybrały na sile. Dopiero teraz mogłem poczuć prawdziwą adrenalinę. Sięgnąłem po pałeczki tkwiące w tylnej kieszeni spodni i usiadłem za perkusją. Wetknąłem w uszy odsłuch i skróciłem kable na karku. Mogłem teraz tylko usłyszeć, jak chłopaki robią ostatnie strojenie i ustawiają pedały. Mijały sekundy. W końcu zapadła cisza i Maia stanęła przy mikrofonie. Zacząłem wybijać rytm pod click-track. Wtedy rozbłysły światła.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Anna Bellon - blog autorski , Blogger