California Boy - prolog


Lizzy
               Noce były od zapominania. Cały tydzień czekałam na dzisiejszy wieczór. Potrzebowałam wyjść z domu, wypić kilka drinków i po wszystkim móc zasnąć w spokoju. Normalnie poszłybyśmy z Tiną do klubu, ale nie czułam się na siłach. Wiedziałam, że chciałaby, żebym wyluzowała, zakręciła się wokół jakiegoś faceta i spędziła z nim noc, jakby seks był lekarstwem na wszystko. Jednak nie dzisiaj.
               W barze sportowym, do którego weszłyśmy z Tiną, były obsadzone niemal wszystkie stoliki, ale udało nam się znaleźć jeden z nie tak złym widokiem na telewizor. Komentatorzy rozmawiali właśnie o meczu hokeja, który miał się zaraz rozpocząć. Na moment oderwałam wzrok od ekranu, żeby spojrzeć na kelnerkę. Nie byłyśmy tu pierwszy raz, więc nie musiałam nawet zerkać do menu.
               – Dla mnie Chicago Burger, frytki ze słodkich ziemniaków i Coors Light – wyrecytowałam, uśmiechając się lekko do dziewczyny, która według plakietki przypiętej do koszulki, miała na imię Willow.
               – Mogę cię poprosić o jakiś dokument? – zapytała z sympatycznym uśmiechem i akcentem, który przywodził mi na myśl Pensylwanię, ale nie byłam pewna. – W barze niedaleko niedawno była kontrola, więc wolimy chuchać na zimne.
               – Jasne. – Odwzajemniłam uśmiech i wygrzebałam z torebki podrobione prawo jazdy.
               Po jej minie wiedziałam, że wyczuła przekręt, ale oddała mi dokument, kiwając głową. Pewnie nie raz sama kupowała alkohol na lewe prawko. Za swoje zapłaciłam wystarczająco dużo, żeby wydawało się prawdziwe na pierwszy rzut oka, ale nie było zupełnie niekwestionowalne. Przyjęła zamówienie Tiny i ruszyła w stronę kuchni.
               Na ekranie pojawiła się panorama Saint Paul, dopiero potem Xcel Energy Center. Mecz zaraz miał się zacząć. Poczułam ekscytację. Hokej na lodzie był jedynym sportem, który mnie ciekawił. Minnesota Lions w ostatnich kilku sezonach nie odnosiło zawrotnych sukcesów. Ba, w sumie nigdy nie wygrali pucharu Stanleya. Nie zmieniało to faktu, że oglądałam wszystkie ich mecze z takim samym zaciekawieniem, jak za pierwszym razem. Tina trochę sobie ze mnie żartowała, ale koniec końców oglądała je razem ze mną, choć z zupełnie innego powodu. Twierdziła, że hokeiści są seksowni. Nie bez powodu też byłyśmy w tym konkretnym barze. To właśnie tutaj często zaglądali gracze po mniej lub bardziej udanym meczu. O dziwo nie zrobiło się tu przez to drożej, jedynie bardziej tłoczno.
               Wstrzymałam oddech, gdy na ostatku na lód wyjechało sławne w tym sezonie duo w postaci Danny’ego McGregora i Ivana Aleksandrova. To był ich pierwszy sezon w NHL, ale po lodowisku poruszali się w pełnej synchronizacji. Pierwszy raz od dawna Minnesota plasowała się tak wysoko w tabeli, że wielu miało nadzieję na play offy. Byłam całkiem pewna, że nie widziałam tak dobrze grających świeżaków od czasów Sidneya Crosby’ego w Pittsburgh Penguins w duecie z Jewgenijem Małkinem.
               Pierwsza tercja zdążyła się już zacząć, gdy dostałyśmy swoje zamówienie. Przez cały mecz zdążyłyśmy zamówić cztery kolejne Coorsy. Zwycięską bramkę w trzeciej tercji strzelił McGregor w asyście Sorensona i Aleksandrova. To było widowisko. Przesmyknął się między dwoma graczami Anaheim i po dwóch podaniach wrócił już przed samą bramką do krążka, który o kilka centymetrów minął lewy panel bramkarza. W całym barze wybuchły wtedy radosne okrzyki, do których dołączyłam.
               Jeśli Minnesota Lions miała jakąś przyszłość, był nią Danny McGregor. Chciałam ją zobaczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Anna Bellon - blog autorski , Blogger