Bądź przy mnie (TLR#4) - Prolog. Limelight

Bądź przy mnie (TLR#4) - Prolog. Limelight




Charlie          
Nerwowo obracałem pałeczki, obserwując jak techniczni uwijali się jak w ukropie. Każda minuta od zejścia ze sceny naszego supportu, ciągnęła się w nieskończoność. Setki koncertów, a denerwowałem się zupełnie jak za pierwszym razem. Zawsze tak było.
            Zamknąłem oczy. Okrzyki były ogłuszające. Zacząłem się w nie wsłuchiwać. Chłonąć je. Wibracje przyprawiały mnie o szybsze bicie serca i suchość w gardle. To było jak błogosławieństwo i przekleństwo w jednym, gdy strach mieszał się z ekscytacją. Czułem jak nakłada się jedno na drugie, mieszając się i wytrącając z głowy każdą składną myśl.
            – Trzy minuty! – Remy, nasz tour menadżer, musiał krzyczeć, żeby przebić się przez hałas dochodzący z widowni. Spojrzałem w jego kierunku i patrzył na mnie wyczekująco, więc skinąłem głową. Czekał na sygnał, że wszyscy jesteśmy gotowi do wyjścia.
            Gdy wyszliśmy na scenę pogrążoną nadal w ciemności, okrzyki przybrały na sile. Dopiero teraz mogłem poczuć prawdziwą adrenalinę. Sięgnąłem po pałeczki tkwiące w tylnej kieszeni spodni i usiadłem za perkusją. Wetknąłem w uszy odsłuch i skróciłem kable na karku. Mogłem teraz tylko usłyszeć, jak chłopaki robią ostatnie strojenie i ustawiają pedały. Mijały sekundy. W końcu zapadła cisza i Maia stanęła przy mikrofonie. Zacząłem wybijać rytm pod click-track. Wtedy rozbłysły światła.


California Boy - prolog

California Boy - prolog


Lizzy
               Noce były od zapominania. Cały tydzień czekałam na dzisiejszy wieczór. Potrzebowałam wyjść z domu, wypić kilka drinków i po wszystkim móc zasnąć w spokoju. Normalnie poszłybyśmy z Tiną do klubu, ale nie czułam się na siłach. Wiedziałam, że chciałaby, żebym wyluzowała, zakręciła się wokół jakiegoś faceta i spędziła z nim noc, jakby seks był lekarstwem na wszystko. Jednak nie dzisiaj.
               W barze sportowym, do którego weszłyśmy z Tiną, były obsadzone niemal wszystkie stoliki, ale udało nam się znaleźć jeden z nie tak złym widokiem na telewizor. Komentatorzy rozmawiali właśnie o meczu hokeja, który miał się zaraz rozpocząć. Na moment oderwałam wzrok od ekranu, żeby spojrzeć na kelnerkę. Nie byłyśmy tu pierwszy raz, więc nie musiałam nawet zerkać do menu.
               – Dla mnie Chicago Burger, frytki ze słodkich ziemniaków i Coors Light – wyrecytowałam, uśmiechając się lekko do dziewczyny, która według plakietki przypiętej do koszulki, miała na imię Willow.
               – Mogę cię poprosić o jakiś dokument? – zapytała z sympatycznym uśmiechem i akcentem, który przywodził mi na myśl Pensylwanię, ale nie byłam pewna. – W barze niedaleko niedawno była kontrola, więc wolimy chuchać na zimne.
               – Jasne. – Odwzajemniłam uśmiech i wygrzebałam z torebki podrobione prawo jazdy.
               Po jej minie wiedziałam, że wyczuła przekręt, ale oddała mi dokument, kiwając głową. Pewnie nie raz sama kupowała alkohol na lewe prawko. Za swoje zapłaciłam wystarczająco dużo, żeby wydawało się prawdziwe na pierwszy rzut oka, ale nie było zupełnie niekwestionowalne. Przyjęła zamówienie Tiny i ruszyła w stronę kuchni.
               Na ekranie pojawiła się panorama Saint Paul, dopiero potem Xcel Energy Center. Mecz zaraz miał się zacząć. Poczułam ekscytację. Hokej na lodzie był jedynym sportem, który mnie ciekawił. Minnesota Lions w ostatnich kilku sezonach nie odnosiło zawrotnych sukcesów. Ba, w sumie nigdy nie wygrali pucharu Stanleya. Nie zmieniało to faktu, że oglądałam wszystkie ich mecze z takim samym zaciekawieniem, jak za pierwszym razem. Tina trochę sobie ze mnie żartowała, ale koniec końców oglądała je razem ze mną, choć z zupełnie innego powodu. Twierdziła, że hokeiści są seksowni. Nie bez powodu też byłyśmy w tym konkretnym barze. To właśnie tutaj często zaglądali gracze po mniej lub bardziej udanym meczu. O dziwo nie zrobiło się tu przez to drożej, jedynie bardziej tłoczno.
               Wstrzymałam oddech, gdy na ostatku na lód wyjechało sławne w tym sezonie duo w postaci Danny’ego McGregora i Ivana Aleksandrova. To był ich pierwszy sezon w NHL, ale po lodowisku poruszali się w pełnej synchronizacji. Pierwszy raz od dawna Minnesota plasowała się tak wysoko w tabeli, że wielu miało nadzieję na play offy. Byłam całkiem pewna, że nie widziałam tak dobrze grających świeżaków od czasów Sidneya Crosby’ego w Pittsburgh Penguins w duecie z Jewgenijem Małkinem.
               Pierwsza tercja zdążyła się już zacząć, gdy dostałyśmy swoje zamówienie. Przez cały mecz zdążyłyśmy zamówić cztery kolejne Coorsy. Zwycięską bramkę w trzeciej tercji strzelił McGregor w asyście Sorensona i Aleksandrova. To było widowisko. Przesmyknął się między dwoma graczami Anaheim i po dwóch podaniach wrócił już przed samą bramką do krążka, który o kilka centymetrów minął lewy panel bramkarza. W całym barze wybuchły wtedy radosne okrzyki, do których dołączyłam.
               Jeśli Minnesota Lions miała jakąś przyszłość, był nią Danny McGregor. Chciałam ją zobaczyć.

Fragment NIGDY WIĘCEJ

Fragment NIGDY WIĘCEJ



Kuba
            Zakołysałem butelką piwa i odchyliłem głowę na oparciu kanapy. Nie wiedziałem, co sobie myślałem, gdy zgodziłem się przyjść z moim współlokatorem Szymonem na parapetówkę jego kumpeli ze studiów. Lidka niedawno zamieszkała z dwiema koleżankami w nowym mieszkaniu na Sadach Żoliborskich. Ze słów Szymka wywnioskowałem, że ma być to nasiadówa w wąskim gronie, ale na moje oko pojawiło się ze dwadzieścia osób i podobno brakowało jeszcze jednej z gospodyń. W zasadzie nie znałem tu nikogo poza Lidką i Szymonem.
            Z głośników niepozornie małej wieży leciał jeden z kawałków Sin Shake Sin, którego tytułu za nic nie mogłem sobie przypomnieć. Ponad umiarkowanie głośną muzyką usłyszałem dzwonek do drzwi, a Lidka, stojąca niedaleko z Szymonem, czym prędzej popędziła je otworzyć. Nie miałem nic lepszego do roboty, więc powiodłem za nią wzrokiem, aż zniknęła w przedpokoju i chwilę później wróciła z niezbyt wysoką brunetką. Tamta policzki miała zarumienione od mrozu i gorączkowo opowiadała coś Lidce, rozglądając się wokół. Długie kruczoczarne włosy odznaczały się na tle bordowego swetra, a długość nóg podkreślały ciemne rurki. Z daleka dostrzegłem też jej wyjątkowo jasne oczy, choć nie byłem w stanie sprecyzować ich koloru. Zdecydowanie była ładna, choć nie w jakiś zjawiskowy sposób. Po prostu ładna.
            – To Iga – odezwał się Szymon i odwróciłem głowę w jego stronę.
            – Kto? – zapytałem, a on wskazał w stronę dziewczyny towarzyszącej Lidce.
            – Współlokatorka Lidki – dodał.
            Przytaknąłem obojętnie i upiłem łyk piwa. Obok pojawił się jeden z kumpli Szymona i ten przedstawił mi go jako Łukasza. Chwilę pogadaliśmy, studiował z Szymonem. Ja, co prawda, byłem na elektronice, i to na innej uczelni, ale tematy mieliśmy podobne, więc dałem się wciągnąć w rozmowę. O cierpieniach mojego współlokatora na mechanice wiedziałem aż nadto. W końcu opróżniłem butelkę i wymknąłem się do kuchni. Przez moment się wahałem, czy sięgnąć po wodę czy po kolejne piwo. Zawsze obiecywałem sobie, że skończę na jednym, i nawet szczerze w to wierzyłem, ale dotychczas nigdy mi się to nie udało. Miałem jednak tylko dwa dni na ogarnięcie stu stron notatek na kolokwium i obawiałem się, że na kacu niczego się nie nauczę, bo skoro wypiję drugie piwo, to potem trzecie, czwarte… Krzywiąc się z niezadowoleniem, sięgnąłem po wodę i nalałem trochę do plastikowego kubka. W liceum zdecydowanie inaczej wyobrażałem sobie swoje imprezy studenckie, ale czasem wygrywał rozsądek, a ja cholernie chciałem mieć to zaliczenie z głowy i zapomnieć na jakiś czas o zbliżającym się kolokwium.
            – Słaba głowa? – rozległ się za mną melodyjny, dziewczęcy głos i obejrzałem się za siebie. W progu stała Iga, która przyglądała mi się z niepewnym uśmiechem.
            – Chciałbym – westchnąłem i stanąłem przodem do niej. – W poniedziałek mam do zaliczenia kobyłę, a nauka na kacu jakoś mi nie wychodzi.
            Pokiwała głową ze zrozumieniem i wyjęła butelkę piwa ze skrzynki. Otworzyła ją i upiła łyk, po czym się skrzywiła.
            – Ciepłe, fuj – mruknęła. – W zasadzie nie wiem, czego się spodziewałam – dodała głośniej. – Studiujesz z Lidką?
            Zaprzeczyłem z lekkim uśmiechem.
            – Nie, mieszkam z jej kolegą z grupy. Studiuję elektronikę na polibudzie – odpowiedziałem.
            – Czyli inżynierka? – upewniła się, a ja przytaknąłem. Iga spojrzała na mnie z ukosa, przyglądała mi się ze śmiesznie zmarszczonym nosem. – Tobie się nie dziwię, ale Lidki nie rozumiem do tej pory.
            Chwilę obracałem plastikowy kubek w dłoniach, zanim go odstawiłem na bok i oparłem się wygodnie o blat.
            – Długo się znacie? – zapytałem.
            Odsunęła pasmo włosów za ucho i przestąpiła z nogi na nogę. Z bliska jej oczy wydawały się mieszanką niebieskiego z szarym. Iga przyciągała wzrok bardziej detalami w swoim wyglądzie niż całością, ale nie zmieniłem zdania: była ładna.
            – Trochę ponad trzy lata – odpowiedziała i przytknęła butelkę do ust. Przełknęła piwo i oblizała usta, patrząc bardziej gdzieś w bok niż na mnie. – Byłyśmy razem w kole filmowym w liceum. Niby tylko przez rok, ale jakoś tak wyszło, że nadal się przyjaźnimy. – Wzruszyła ramionami i poprawiła opadający sweter. – Tak przy okazji, to jestem Iga. – Wyciągnęła rękę w moją stronę.
            – Kuba. – Uścisnąłem krótko jej drobną dłoń. – Więc, Iga, co studiujesz?
            Posłała mi niepewne spojrzenie i odchrząknęła, obejmując palcami butelkę.
            – Zarządzanie – powiedziała cicho, uciekając wzrokiem.
            – Coś z nim nie tak? – zapytałem ostrożnie.
            – W zasadzie… Nie wiem? – westchnęła. – Co można powiedzieć dwóch miesiącach studiowania?
            – Nie za wiele – przyznałem, bo przypomniałem sobie moje pierwsze tygodnie na uczelni. Głównie polegało to na kolejnych zderzeniach ze ścianą. – Jeszcze masz czas na rozpoznanie wroga.
            – Rozpoznanie wroga… – powtórzyła za mną wolno. – Podoba mi się. – Uśmiechnęła się promiennie. – Masz jeszcze jakieś dobre rady dla zagubionego pierwszaka?
            Upiłem trochę wody z kubka, żałując, że jednak nie wziąłem sobie jeszcze jednego piwa. Flirtowanie na trzeźwo było bardziej stresujące. Rozsądne decyzje bywały czasem nieco bolesne.
            – Jak przetrwasz pierwszy semestr, to resztę studiów też. A tak poważnie, to nie ma co świrować – zapewniłem ją. – Będzie ci przeszkadzać, jeśli pójdę zapalić na balkon?
            Potrząsnęła głową.
            – Tylko wezmę płaszcz – odparła, dając mi tym samym do zrozumienia, że wyjdzie razem ze mną.
            Sam też poszedłem po kurtkę, bo oprócz tego, że na dworze zdążyło się zrobić cholernie zimno, właśnie tam miałem schowane fajki.
– To niezdrowe – odezwała się Iga, otulona płaszczem, gdy już staliśmy na balkonie. Była połowa listopada i wieczór należał do tych już bardziej zimowych. Wczoraj spadł pierwszy śnieg i choć zdążył stopnieć, zostawił po sobie szczypiący chłód.
            – Niezdrowy jest też smog, a jednak wychodzisz z domu – odparowałem, przewracając oczami.
            – Dobra, masz mnie – zgodziła się. – Ale fajki są gorsze.
            Roześmiałem się i spojrzałem na nią, opierając się o barierkę. Zza przymkniętych drzwi balkonowych dochodził ciężki, powolny bit. Nie było jeszcze dziesiątej.
            – Zamierzasz się ze mną licytować?
            – Cóż… Aktualnie nie mam lepszego zajęcia – przyznała szczerze i zastukała bezdźwięcznie palcami o metalowy pręt. Paznokcie, pomalowane na czarno, miała krótko obcięte. – Nie znam nawet połowy ludzi, którzy przyszli – westchnęła.
            – Zaprosiłaś kogoś ze swoich znajomych? – zapytałem i zaciągnąłem się głęboko. Paskudny nałóg, ale nie miałem wystarczająco dużo silnej woli, żeby rzucić fajki raz, a dobrze. Na szczęście to jedyny nałóg, którego nie zdołałem się pozbyć. Wypuściłem z ust obłok dymu i wróciłem wzrokiem do Igi, która zaczęła skubać luźną nitkę przy rękawie.
            – Jedną koleżankę, ale nie mogła przyjść – odpowiedziała. – Z większością z tych dziewczyn nie mam o czym gadać. Chyba po prostu źle trafiłam. – Wymusiła uśmiech i spuściła oczy.
            – Zgrane grupy już na samym początku to raczej wyjątek niż reguła. Jeszcze masz czas się w niej odnaleźć – pocieszyłem ją.
            – Może masz rację… – westchnęła.
            – Może mam – przyznałem, trącając ją lekko w ramię.
            Zachichotała i  wsparła łokcie na barierce koło mnie. Wiał silny wiatr, a ciemne włosy zatańczyły wokół twarzy Igi. Jej policzki na powrót zaróżowiły się od zimna. Oblizała mimowolnie spękane wargi, patrząc przed siebie.
            – Wiem, że to poniekąd też moja impreza, ale co ty na to, żeby się stąd urwać? – zapytała, przetrzymując włosy w garści i zerkając na mnie spod rzęs.
            Nie spodziewałem się tego typu propozycji, ale w zasadzie moje jedyne zainteresowanie pozostaniem tutaj mieściło się na tę chwilę w osobie Igi. Szymon świetnie się sobą zajmował i nie potrzebował skrzydłowego, gdy był w swoim gronie znajomych. To ja byłem tutaj obcy, z dziewczyną, która czuła się równie obco. Zarwana noc była też o wiele łatwiejsza do odespania od kaca. Ten drugi za bardzo bolał.
            Tym sposobem wylądowaliśmy w McDonald’s na Nowym Świecie. Było już grubo po dziesiątej i ponieważ był piątek, większość lokalu wypełniali głodni imprezowicze przed wyprawą do jednego z wielu pobliskich klubów.
            – Ta dwójka udaje przyjaciół przed znajomymi, ale jestem niemal całkiem pewna, że przed końcem imprezy będą sobie wsadzać języki do gardeł. – Iga kiwnęła w stronę stolika obok nas, który obsiadła grupka osób mniej więcej w naszym wieku, i zanurzyła frytkę w ketchupie przed wrzuceniem jej do ust.
            – Skąd wiesz? – zapytałem i wgryzłem się w swojego już drugiego hamburgera.
            – Koleś położył jej rękę na tyłku przed chwilą. Potem się od siebie odsunęli – odpowiedziała Iga, wzruszając ramionami.
            – Dobra. – Odłożyłem ostatnie kilka kęsów do tekturowego opakowania i wskazałem   po skosie na przeciwny kąt boksu. – Ten koleś najpewniej zdradza swoją dziewczynę z tą laską, która siedzi obok niego.
            – A ten wniosek wysunąłeś z…?
            – Notorycznie sprawdza telefon i rozgląda się, jakby ktoś zaraz miał go przyłapać na gorącym uczynku – wyjaśniłem.
            Iga parsknęła śmiechem i oblizała palce z soli. Jadła w odwrotnej kolejności niż ja - najpierw hamburgery, potem frytki. Wyprostowała się na kanapie i poprawiła podwinięte rękawy swetra. Wzięła jedną z serwetek i zaczęła ją składać. Starannie, ale bez skupiania na niej swojej pełnej uwagi. Po kolejnych ruchach rozpoznałem, że robiła origami. Palcami wygładzała kolejne krawędzie, aż… W zasadzie nie wiem, co to miało być.
            – To miał być łabędź – wyjaśniła Iga, widząc moją konsternację, i odłożyła swoje nie do końca udane dzieło na bok. – Tylko te serwetki się do tego nie nadają.
            Przez moment myślami cofnąłem się kilka lat wstecz. Podobne okoliczności, tylko… inna dziewczyna. Potrzebowałem chwili, żeby otrząsnąć się ze wspomnień.
            – Masz jeszcze jakieś ukryte talenty? – W żółtym świetle jarzeniówek ostre rysy twarzy Igi nabrały miękkości, a ich surowość zniknęła niemal w ogóle, gdy jej usta drgnęły w uśmiechu.
            – Lubię rysować. Ale to nic specjalnego. Chyba też nawet nie talent – stwierdziła i sięgnęła po kolejną frytkę. – A co z tobą? Jakie ty masz ukryte talenty?
            Chciałbym mieć czym jej zaimponować, ale w zasadzie nic takiego nawet nie przychodziło mi do głowy. Pierwsze wyjścia z nowo poznaną dziewczyną zawsze były nieco krępujące, ale pierwszy raz zdarzyło mi się, żeby nastąpiło to jeszcze tego samego wieczoru, gdy się spotkaliśmy. Chyba że chodziło o jednonocną przygodę. Gdybym się jednak dzisiaj z nią przespał, prawdopodobnie więcej bym jej już nie zobaczył. Nawet nie próbowałem się łudzić. W Idze było jednak coś ciepłego, co mnie przyciągało. Coś, czego nie chciałem mieć wyłącznie na chwilę.
            – Nic, co przebiłoby rysowanie – odpowiedziałem, a Iga zmierzyła mnie wzrokiem.
            – Próbujesz mnie poderwać, łechtając moje ego? – W jej głosie zabrzmiały cyniczne nuty, ale niebieskoszare oczy zdradzały rozbawienie.
            – Z małą poprawką, że to robię, a nie tylko próbuję.
            Iga tylko parsknęła śmiechem i potrząsnęła głową, a pojedyncze kosmyki włosów opadły jej na twarz. Założyła je za uszy i oparła brodę na złączonych dłoniach. Przyglądała mi się z przekrzywioną głową.
            – Twoja pewność siebie nie do końca mnie przekonuje – stwierdziła po dłuższej chwili milczenia. – Nie do twarzy ci też z arogancją. Ale w sumie dawno się tak dobrze nie bawiłam, objadając fastfoodem.
            – W takim razie chyba powinniśmy to kiedyś powtórzyć.
            Iga przez moment walczyła z uśmiechem, ale w końcu się poddała.
            – Okej, niech będzie. Kiedy?
– W poniedziałek? – zaproponowałem.
– Ale tylko jeśli zdasz kolokwium – zastrzegła.
Copyright © Anna Bellon - blog autorski , Blogger