Kuba
Zakołysałem butelką piwa i odchyliłem
głowę na oparciu kanapy. Nie wiedziałem, co sobie myślałem, gdy zgodziłem się
przyjść z moim współlokatorem Szymonem na parapetówkę jego kumpeli ze studiów.
Lidka niedawno zamieszkała z dwiema koleżankami w nowym mieszkaniu na Sadach
Żoliborskich. Ze słów Szymka wywnioskowałem, że ma być to nasiadówa w wąskim
gronie, ale na moje oko pojawiło się ze dwadzieścia osób i podobno brakowało
jeszcze jednej z gospodyń. W zasadzie nie znałem tu nikogo poza Lidką i
Szymonem.
Z głośników niepozornie małej wieży leciał
jeden z kawałków Sin Shake Sin, którego tytułu za nic nie mogłem sobie
przypomnieć. Ponad umiarkowanie głośną muzyką usłyszałem dzwonek do drzwi, a Lidka,
stojąca niedaleko z Szymonem, czym prędzej popędziła je otworzyć. Nie miałem
nic lepszego do roboty, więc powiodłem za nią wzrokiem, aż zniknęła w
przedpokoju i chwilę później wróciła z niezbyt wysoką brunetką. Tamta policzki
miała zarumienione od mrozu i gorączkowo opowiadała coś Lidce, rozglądając się
wokół. Długie kruczoczarne włosy odznaczały się na tle bordowego swetra, a długość
nóg podkreślały ciemne rurki. Z daleka dostrzegłem też jej wyjątkowo jasne
oczy, choć nie byłem w stanie sprecyzować ich koloru. Zdecydowanie była ładna,
choć nie w jakiś zjawiskowy sposób. Po prostu ładna.
– To Iga – odezwał się Szymon i odwróciłem
głowę w jego stronę.
– Kto? – zapytałem, a on wskazał w
stronę dziewczyny towarzyszącej Lidce.
– Współlokatorka Lidki – dodał.
Przytaknąłem obojętnie i upiłem łyk
piwa. Obok pojawił się jeden z kumpli Szymona i ten przedstawił mi go jako
Łukasza. Chwilę pogadaliśmy, studiował z Szymonem. Ja, co prawda, byłem na
elektronice, i to na innej uczelni, ale tematy mieliśmy podobne, więc dałem się
wciągnąć w rozmowę. O cierpieniach mojego współlokatora na mechanice wiedziałem
aż nadto. W końcu opróżniłem butelkę i wymknąłem się do kuchni. Przez moment się
wahałem, czy sięgnąć po wodę czy po kolejne piwo. Zawsze obiecywałem sobie, że
skończę na jednym, i nawet szczerze w to wierzyłem, ale dotychczas nigdy mi się
to nie udało. Miałem jednak tylko dwa dni na ogarnięcie stu stron notatek na
kolokwium i obawiałem się, że na kacu niczego się nie nauczę, bo skoro wypiję
drugie piwo, to potem trzecie, czwarte… Krzywiąc się z niezadowoleniem,
sięgnąłem po wodę i nalałem trochę do plastikowego kubka. W liceum zdecydowanie
inaczej wyobrażałem sobie swoje imprezy studenckie, ale czasem wygrywał
rozsądek, a ja cholernie chciałem mieć to zaliczenie z głowy i zapomnieć na
jakiś czas o zbliżającym się kolokwium.
– Słaba głowa? – rozległ się za mną
melodyjny, dziewczęcy głos i obejrzałem się za siebie. W progu stała Iga, która
przyglądała mi się z niepewnym uśmiechem.
– Chciałbym – westchnąłem i stanąłem
przodem do niej. – W poniedziałek mam do zaliczenia kobyłę, a nauka na kacu
jakoś mi nie wychodzi.
Pokiwała głową ze zrozumieniem i wyjęła
butelkę piwa ze skrzynki. Otworzyła ją i upiła łyk, po czym się skrzywiła.
– Ciepłe, fuj – mruknęła. – W
zasadzie nie wiem, czego się spodziewałam – dodała głośniej. – Studiujesz z
Lidką?
Zaprzeczyłem z lekkim uśmiechem.
– Nie, mieszkam z jej kolegą z
grupy. Studiuję elektronikę na polibudzie – odpowiedziałem.
– Czyli inżynierka? – upewniła się,
a ja przytaknąłem. Iga spojrzała na mnie z ukosa, przyglądała mi się ze
śmiesznie zmarszczonym nosem. – Tobie się nie dziwię, ale Lidki nie rozumiem do
tej pory.
Chwilę obracałem plastikowy kubek w
dłoniach, zanim go odstawiłem na bok i oparłem się wygodnie o blat.
– Długo się znacie? – zapytałem.
Odsunęła pasmo włosów za ucho i
przestąpiła z nogi na nogę. Z bliska jej oczy wydawały się mieszanką
niebieskiego z szarym. Iga przyciągała wzrok bardziej detalami w swoim
wyglądzie niż całością, ale nie zmieniłem zdania: była ładna.
– Trochę ponad trzy lata –
odpowiedziała i przytknęła butelkę do ust. Przełknęła piwo i oblizała usta,
patrząc bardziej gdzieś w bok niż na mnie. – Byłyśmy razem w kole filmowym w
liceum. Niby tylko przez rok, ale jakoś tak wyszło, że nadal się przyjaźnimy. –
Wzruszyła ramionami i poprawiła opadający sweter. – Tak przy okazji, to jestem
Iga. – Wyciągnęła rękę w moją stronę.
– Kuba. – Uścisnąłem krótko jej
drobną dłoń. – Więc, Iga, co studiujesz?
Posłała mi niepewne spojrzenie i
odchrząknęła, obejmując palcami butelkę.
– Zarządzanie – powiedziała cicho,
uciekając wzrokiem.
– Coś z nim nie tak? – zapytałem
ostrożnie.
– W zasadzie… Nie wiem? –
westchnęła. – Co można powiedzieć dwóch miesiącach studiowania?
– Nie za wiele – przyznałem, bo przypomniałem
sobie moje pierwsze tygodnie na uczelni. Głównie polegało to na kolejnych
zderzeniach ze ścianą. – Jeszcze masz czas na rozpoznanie wroga.
– Rozpoznanie wroga… – powtórzyła za
mną wolno. – Podoba mi się. – Uśmiechnęła się promiennie. – Masz jeszcze jakieś
dobre rady dla zagubionego pierwszaka?
Upiłem trochę wody z kubka, żałując,
że jednak nie wziąłem sobie jeszcze jednego piwa. Flirtowanie na trzeźwo było
bardziej stresujące. Rozsądne decyzje bywały czasem nieco bolesne.
– Jak przetrwasz pierwszy semestr,
to resztę studiów też. A tak poważnie, to nie ma co świrować – zapewniłem ją. –
Będzie ci przeszkadzać, jeśli pójdę zapalić na balkon?
Potrząsnęła głową.
– Tylko wezmę płaszcz – odparła,
dając mi tym samym do zrozumienia, że wyjdzie razem ze mną.
Sam też poszedłem po kurtkę, bo
oprócz tego, że na dworze zdążyło się zrobić cholernie zimno, właśnie tam
miałem schowane fajki.
– To niezdrowe – odezwała się Iga, otulona płaszczem, gdy
już staliśmy na balkonie. Była połowa listopada i wieczór należał do tych już
bardziej zimowych. Wczoraj spadł pierwszy śnieg i choć zdążył stopnieć,
zostawił po sobie szczypiący chłód.
– Niezdrowy jest też smog, a jednak
wychodzisz z domu – odparowałem, przewracając oczami.
– Dobra, masz mnie – zgodziła się. –
Ale fajki są gorsze.
Roześmiałem się i spojrzałem na nią,
opierając się o barierkę. Zza przymkniętych drzwi balkonowych dochodził ciężki,
powolny bit. Nie było jeszcze dziesiątej.
– Zamierzasz się ze mną licytować?
– Cóż… Aktualnie nie mam lepszego
zajęcia – przyznała szczerze i zastukała bezdźwięcznie palcami o metalowy pręt.
Paznokcie, pomalowane na czarno, miała krótko obcięte. – Nie znam nawet połowy
ludzi, którzy przyszli – westchnęła.
– Zaprosiłaś kogoś ze swoich
znajomych? – zapytałem i zaciągnąłem się głęboko. Paskudny nałóg, ale nie
miałem wystarczająco dużo silnej woli, żeby rzucić fajki raz, a dobrze. Na
szczęście to jedyny nałóg, którego nie zdołałem się pozbyć. Wypuściłem z ust
obłok dymu i wróciłem wzrokiem do Igi, która zaczęła skubać luźną nitkę przy
rękawie.
– Jedną koleżankę, ale nie mogła
przyjść – odpowiedziała. – Z większością z tych dziewczyn nie mam o czym gadać.
Chyba po prostu źle trafiłam. – Wymusiła uśmiech i spuściła oczy.
– Zgrane grupy już na samym początku
to raczej wyjątek niż reguła. Jeszcze masz czas się w niej odnaleźć –
pocieszyłem ją.
– Może masz rację… – westchnęła.
– Może
mam – przyznałem, trącając ją lekko w ramię.
Zachichotała i wsparła łokcie na barierce koło mnie. Wiał
silny wiatr, a ciemne włosy zatańczyły wokół twarzy Igi. Jej policzki na powrót
zaróżowiły się od zimna. Oblizała mimowolnie spękane wargi, patrząc przed
siebie.
– Wiem, że to poniekąd też moja
impreza, ale co ty na to, żeby się stąd urwać? – zapytała, przetrzymując włosy
w garści i zerkając na mnie spod rzęs.
Nie spodziewałem się tego typu
propozycji, ale w zasadzie moje jedyne zainteresowanie pozostaniem tutaj
mieściło się na tę chwilę w osobie Igi. Szymon świetnie się sobą zajmował i nie
potrzebował skrzydłowego, gdy był w swoim gronie znajomych. To ja byłem tutaj
obcy, z dziewczyną, która czuła się równie obco. Zarwana noc była też o wiele łatwiejsza
do odespania od kaca. Ten drugi za bardzo bolał.
Tym sposobem wylądowaliśmy w
McDonald’s na Nowym Świecie. Było już grubo po dziesiątej i ponieważ był
piątek, większość lokalu wypełniali głodni imprezowicze przed wyprawą do
jednego z wielu pobliskich klubów.
– Ta dwójka udaje przyjaciół przed
znajomymi, ale jestem niemal całkiem pewna, że przed końcem imprezy będą sobie
wsadzać języki do gardeł. – Iga kiwnęła w stronę stolika obok nas, który
obsiadła grupka osób mniej więcej w naszym wieku, i zanurzyła frytkę w
ketchupie przed wrzuceniem jej do ust.
– Skąd wiesz? – zapytałem i wgryzłem
się w swojego już drugiego hamburgera.
– Koleś położył jej rękę na tyłku
przed chwilą. Potem się od siebie odsunęli – odpowiedziała Iga, wzruszając
ramionami.
– Dobra. – Odłożyłem ostatnie kilka
kęsów do tekturowego opakowania i wskazałem
po skosie na przeciwny kąt boksu. – Ten koleś najpewniej zdradza swoją
dziewczynę z tą laską, która siedzi obok niego.
– A ten wniosek wysunąłeś z…?
– Notorycznie sprawdza telefon i
rozgląda się, jakby ktoś zaraz miał go przyłapać na gorącym uczynku –
wyjaśniłem.
Iga parsknęła śmiechem i oblizała
palce z soli. Jadła w odwrotnej kolejności niż ja - najpierw hamburgery, potem
frytki. Wyprostowała się na kanapie i poprawiła podwinięte rękawy swetra. Wzięła
jedną z serwetek i zaczęła ją składać. Starannie, ale bez skupiania na niej
swojej pełnej uwagi. Po kolejnych ruchach rozpoznałem, że robiła origami.
Palcami wygładzała kolejne krawędzie, aż… W zasadzie nie wiem, co to miało być.
– To miał być łabędź – wyjaśniła
Iga, widząc moją konsternację, i odłożyła swoje nie do końca udane dzieło na
bok. – Tylko te serwetki się do tego nie nadają.
Przez moment myślami cofnąłem się
kilka lat wstecz. Podobne okoliczności, tylko… inna dziewczyna. Potrzebowałem
chwili, żeby otrząsnąć się ze wspomnień.
– Masz jeszcze jakieś ukryte
talenty? – W żółtym świetle jarzeniówek ostre rysy twarzy Igi nabrały
miękkości, a ich surowość zniknęła niemal w ogóle, gdy jej usta drgnęły w
uśmiechu.
– Lubię rysować. Ale to nic
specjalnego. Chyba też nawet nie talent – stwierdziła i sięgnęła po kolejną
frytkę. – A co z tobą? Jakie ty masz ukryte talenty?
Chciałbym mieć czym jej zaimponować,
ale w zasadzie nic takiego nawet nie przychodziło mi do głowy. Pierwsze wyjścia
z nowo poznaną dziewczyną zawsze były nieco krępujące, ale pierwszy raz
zdarzyło mi się, żeby nastąpiło to jeszcze tego samego wieczoru, gdy się
spotkaliśmy. Chyba że chodziło o jednonocną przygodę. Gdybym się jednak dzisiaj
z nią przespał, prawdopodobnie więcej bym jej już nie zobaczył. Nawet nie
próbowałem się łudzić. W Idze było jednak coś ciepłego, co mnie przyciągało.
Coś, czego nie chciałem mieć wyłącznie na chwilę.
– Nic, co przebiłoby rysowanie –
odpowiedziałem, a Iga zmierzyła mnie wzrokiem.
– Próbujesz mnie poderwać, łechtając
moje ego? – W jej głosie zabrzmiały cyniczne nuty, ale niebieskoszare oczy zdradzały
rozbawienie.
– Z małą poprawką, że to robię, a
nie tylko próbuję.
Iga tylko parsknęła śmiechem i
potrząsnęła głową, a pojedyncze kosmyki włosów opadły jej na twarz. Założyła je
za uszy i oparła brodę na złączonych dłoniach. Przyglądała mi się z
przekrzywioną głową.
– Twoja pewność siebie nie do końca
mnie przekonuje – stwierdziła po dłuższej chwili milczenia. – Nie do twarzy ci
też z arogancją. Ale w sumie dawno się tak dobrze nie bawiłam, objadając
fastfoodem.
– W takim razie chyba powinniśmy to
kiedyś powtórzyć.
Iga przez moment walczyła z
uśmiechem, ale w końcu się poddała.
– Okej, niech będzie. Kiedy?
– W
poniedziałek? – zaproponowałem.
– Ale tylko
jeśli zdasz kolokwium – zastrzegła.