Słodki obłęd - rozdział 4
Rozdział 4
Weronika
Z
restauracji wyszliśmy dopiero tuż przed zamknięciem, zostawiając na stoliku
sowity napiwek. Zupełnie straciliśmy poczucie czasu, dochodziła pierwsza w
nocy. Zdecydowanie nie planowałam wcześniej wracać do domu o tej porze.
Powiedziałam to na głos.
Filip
posłał mi w odpowiedzi rozbrajający uśmiech, który krzyczał pewnością siebie i
schował ręce do kieszeni dżinsowej kurtki. Była mocno sprana i miała na sobie
masę naszywek, większość z logami zespołów rockowych, a przynajmniej te
rozpoznawałam. Podobało mi się to, że była w jakiś sposób spersonalizowana i po
dzisiejszym wieczorze mogłam śmiało stwierdzić, że pasowała do właściciela. Szczególnie,
gdy pokazał mi więcej swoich prac. Niektóre były naprawdę zjawiskowe. Sama nie
byłam zupełnym beztalenciem, w końcu potrafiłam zrobić naprawdę świetne
dekoracje do deserów, ale miałam wrażenie, że Filipowi mogłabym co najwyżej
czyścić buty.
–
Czas płynie szybciej, gdy się dobrze bawisz. – Wzruszył niewinnie ramionami,
choć był jak najbardziej winny. Nie żebym zamierzała narzekać. – Jutro
aktualne?
Przez
moment miałam ochotę zaprzeczyć i się wykręcić. Gdyby chociaż zaprosił mnie na
spacer, ale nie. Zamierzał zabrać mnie na koncert zespołu swojego brata. Pochopnie
się zgodziłam, zanim sobie uświadomiłam, że to wiąże się z poznaniem Artura, o
którym Filip mówił tyle dobrego, że zaczynałam się obawiać tego spotkania.
Wydawał się niemal kryształowy, a takim ludziom trudno zaimponować. Nie
przychodziła mi jednak do głowy żadna rozsądna wymówka, która pozwoliłaby mi
nagle zmienić zdanie. Zresztą kogo ja chciałam oszukać? Chciałam spędzić z
Filipem więcej czasu.
–
Aktualne – potwierdziłam, wciąż niezbyt przekonana, czy to dobry pomysł, ale
miałam się o tym przekonać już jutro.
***
Filip
Rano
obudziłem się nabuzowany. Rozpierała mnie energia, mimo w większości zarwanej
nocy, bo gdy wróciłem do domu, najpierw czekałem na potwierdzenie od Weroniki,
że bezpiecznie dotarła do siebie, a potem nie mogłem zasnąć. Rysowałem tak
długo, aż zmorzył mnie sen i zasnąłem z ołówkiem w ręku. Nie pierwszy i na
pewno nie ostatni raz, ale to niemal zawsze kończyło się koniecznością zmiany pościeli,
bo dosłownie wszystko było w graficie. Jak dzisiaj. To był jednak dopiero
początek doprowadzania mieszkania do porządku. Przez ostatni tydzień wydeptywałem
ścieżki między stosami rzeczy, które z różnych powodów nie trafiły jeszcze na
swoje miejsce. Porządek jednak nigdy nie był moją mocną stroną.
Odgruzowywałem
właśnie salon, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Na śmierć zapomniałem, że
umówiłem się wcześniej z Arturem. Może dlatego, że zwykle prędzej widywałem się
z nim na tygodniu. W weekendy odsypiał nocne zmiany w pubie. Tym razem jednak
odpuścił sobie wczorajszą zmianę ze względu na dzisiejszy koncert i gdy tylko
się o tym dowiedziałem, postanowiłem go zwerbować do pomocy przy rozkręceniu
starej szafy.
Wpuściłem
Artka do środka i gdy rozejrzał się wokół, pokręcił głową.
–
Tu coś wybuchło, czy co? – zapytał, kierując się w stronę aneksu kuchennego i ekspresu
do kawy.
–
Mniej więcej – odpowiedziałem niechętnie. – Sorka za syf.
–
Spoko, ode mnie nie dostaniesz zjeby za bałagan, ale gdyby mama to zobaczyła,
zeszłaby na zawał – zaśmiał się. – Jak ta laska, której zmieniłeś koło?
Weronika?
–
Zabieram ją dzisiaj do Exodusu.
Artur
najpierw zamrugał, wyraźnie zdziwiony, a potem gwizdnął przeciągle, nastawiając
jednocześnie ekspres.
–
Cholera, mocno cię wzięło, młody – stwierdził. – A na obiad do starych kiedy ją
zabierasz? Za tydzień?
Przewróciłem
oczami. Musiałbym do reszty zdurnieć, żeby zabrać jakąkolwiek dziewczynę do
rodziców. Raz już popełniłem ten błąd, podobnie jak moi bracia. Żadnej z nich
nie polubili i miałem wrażenie, że już żadnej nie polubią. Szczególnie mama.
Byłej dziewczyny Artka wręcz nie znosiła, a obecną Adama krytykowała na każdym
kroku. Do tego stopnia, że Adam po prostu przestał przyprowadzać Marysię do
domu.
–
Aż tak mi nie odbiło – mruknąłem. – A co? Ty Julkę planujesz zabrać?
Artur
stanowczo pokręcił głową. Jeśli ktoś mógłby sobie z pełnym przekonaniem ustawić
na fejsie status związku „to skomplikowane”, to na pewno mój brat i Julka. Z
jednej strony ich do siebie ciągnęło, a z drugiej każde miało aż za dużo za
uszami. Do tego dochodziła jeszcze była dziewczyna Artka, która… jednocześnie
była młodszą siostrą Julki. Przy takiej telenoweli, nawet nie próbowałem się
angażować w całą sytuację. Wolałem widzieć i wiedzieć jak najmniej.
–
Masz jakąś fotkę tej swojej Weroniki? – zapytał z przekąsem Artur.
Sięgnąłem po
telefon i wszedłem na jej instragrama. Chwilę wcześniej wrzuciła zdjęcie,
które, jak wnioskowałem z hashtagów, zrobiła jej siostra. Weronika miała włosy
spięte na czubku głowy i miała całe ręce w kolorowej masie. Śmiała się
beztrosko i miała zamknięte oczy. Wyglądała ślicznie. Pokazałem bratu tę fotkę
i jeszcze kilka innych. Artek zagwizdał z uznaniem.
– Nie ściemniałeś –
skomentował, oddając mi telefon. – Jest naprawdę ładna. I do tego piecze...
Trzymaj się jej, młody.
Wyszczerzyłem
zęby w uśmiechu. Właśnie taki miałem zamiar.
Z Arturem jak
już zabraliśmy się za rozkręcanie szafy, to skręciliśmy też nową i
powynosiliśmy zbędne graty do komórki lokatorskiej. Sam nie miałem motywacji,
żeby to wcześniej zrobić. Na dodatek pewnie zabiłbym się na schodach, gdybym
sam próbował to znosić.
– Gadałeś ostatnio
z Adamem? – zagadnąłem Artka, gdy upchnęliśmy w komórce ostatnią partię rzeczy
i wracaliśmy na górę. Mieszkałem tu już od pół roku, a dopiero teraz udało mi
się doprowadzić mieszkanie do względnego porządku.
– Nie. Chyba już
tak z trzy tygodnie nic się nie odzywał, ale wiesz jak z nim jest. – Wzruszył
ramionami. – Jak ostatnio z nim rozmawiałem, to pokłócił się z Marysią. Nasi
starzy się o coś pruli, już nawet nie
chciało mi się w to wnikać.
Pokiwałem głową.
To by się nawet zgadzało. Gdy pomogłem Weronice ze zmianą koła, wracałem
właśnie z kancelarii ojca. Nie było żadną nowością, że był nerwowy i
opryskliwy, ale na moje pytanie o Adama doczekałem się tylko odpowiedzi „świetnie”,
na dodatek wycedzonej przez zęby. Zanotowałem w pamięci, żeby w wolnej chwili
zadzwonić do młodszego brata i upewnić się, że ma jeszcze dach nad głową, a
matkę przekupić uczestnictwem w kolejnym przyjęciu charytatywnym, które z pewnością
zaplanowała na jeden z następnych weekendów. Każde przypominało koszmar senny,
ale pozwalało mamie na ugruntowanie swojej pozycji wśród znajomych „z wyższych
sfer”. Na samą myśl chciało mi się rzygać…
***
Weronika
Do domu dotarłam
grubo po pierwszej, więc gdy o szóstej zadzwonił budzik, byłam ledwo przytomna.
Na autopilocie wzięłam prysznic i wyszykowałam się do pracy. Nie znosiłam pić
kawy na pusty żołądek, ale dzisiaj pilnie jej potrzebowałam. W drodze wracałam
myślami do minionego wieczoru. Naprawdę dobrze się bawiłam w towarzystwie
Filipa. Był ciekawym rozmówcą i czułam się przy nim swobodnie. Bardziej
swobodnie, niż się tego spodziewałam. I dzisiaj znów miałam się z nim zobaczyć.
W cukierni, mimo
zmęczenia, starałam się skupić na tym, co robię, choć przychodziło mi to z trudem
i nie umknęło to też uwadze Karoliny. Niczego nie zawaliłam, więc nie miała o
nic pretensji. Po pracy jednak musiałam się położyć na drzemkę, żeby jakoś
przetrwać resztę dnia. Obudził mnie z niej hałas dochodzący z dołu, co najmniej
jakby coś tam wybuchło. Zbiegłam po schodach i w kuchni znalazłam Magdę stojącą
pośród fragmentów szkła. Wyglądało na to, że zwaliła wszystko, co stało przy
zlewie na macie do suszenia.
– Madzia… – westchnęłam.
W tym tygodniu wszystko jej leciało z rąk jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Byłam
zdziwiona, że jeszcze mamy w czym jeść, choć patrząc na ilość skorup na podłodze,
mógł być to już czas przeszły. – Nie ruszaj się, jesteś boso.
Poszłam do holu
po jakieś klapki dla siostry i zgarnęłam po drodze szczotkę. Musiałyśmy
posprzątać ten bałagan przed powrotem rodziców, a nie zostało nam za dużo
czasu.
– Zakochałaś
się, że jesteś ostatnio taka rozkojarzona, czy co? – zażartowałam, zgarniając
na szufelkę pierwszą partię szklanej stłuczki.
– No co ty,
przecież bym ci powiedziała – odburknęła, gimnastykując się, żeby dotrzeć
szczotką do każdego zakamarka. – Stresuję się trochę tymi próbnymi maturami,
które szykują teraz dla nas nauczyciele. Mają to jakoś liczyć do średniej do
wystawienia oceny końcowej.
– Masz problem z
którymś przedmiotem?
Magda całkiem
dobrze sobie radziła w szkole. Jakieś potknięcie zaliczała od wielkiego dzwonu
i w większości miała bardzo dobre oceny. Ba, była lepsza niż ja w jej wieku. Za
bardzo się jednak przejmowała każdym jednym potknięciem. Zostało jej to po
gimnazjum, gdy bardzo chciała się dostać do tej konkretnej szkoły średniej, a w
Warszawie nie tak łatwo o miejsce w jednym z najlepszych liceów. Udało jej się,
ale presja została i zdawała się tylko bardziej kumulować, im bliżej do matury.
– Nie… Może trochę
z fizyki, ale powtarzam materiał z panią Basią, powinnam dać radę. A co z tobą?
Jak było wczoraj z Filipem? Późno wróciłaś. – Posłała mi znaczące spojrzenie,
jakby to ona była starsza, a nie ja.
– Zasiedzieliśmy
się – odpowiedziałam wymijająco. – Ale było fajnie. Dzisiaj też się z nim
widzę.
– Poważnie? –
Magda wyglądała na serio zaskoczoną. Zaczęłam się zastanawiać, czy gdzieś w
głębi duszy nie spisała mnie już na straty w kwestii związków, gdy wypadłam na
jakiś czas z obiegu. – Gdzie cię zabiera?
– Miejsce nazywa
się Exodus, jest gdzieś na Mokotowie. Zespół jego brata ma koncert.
– Moment, Filip jest
grafikiem, jego brat muzykiem… Jakaś zajebiście magiczna pula genów, czy co? Jest
ich więcej?
Parsknęłam
śmiechem, bo cóż, był jeszcze jeden, ale Filip o Adamie mówił najmniej. Gdybym
tylko wiedziała, ile racji miała Magda z tą zajebistą pulą genów…







