Słodki obłęd - rozdział 4

Słodki obłęd - rozdział 4


Rozdział 4

Weronika
            Z restauracji wyszliśmy dopiero tuż przed zamknięciem, zostawiając na stoliku sowity napiwek. Zupełnie straciliśmy poczucie czasu, dochodziła pierwsza w nocy. Zdecydowanie nie planowałam wcześniej wracać do domu o tej porze. Powiedziałam to na głos.
            Filip posłał mi w odpowiedzi rozbrajający uśmiech, który krzyczał pewnością siebie i schował ręce do kieszeni dżinsowej kurtki. Była mocno sprana i miała na sobie masę naszywek, większość z logami zespołów rockowych, a przynajmniej te rozpoznawałam. Podobało mi się to, że była w jakiś sposób spersonalizowana i po dzisiejszym wieczorze mogłam śmiało stwierdzić, że pasowała do właściciela. Szczególnie, gdy pokazał mi więcej swoich prac. Niektóre były naprawdę zjawiskowe. Sama nie byłam zupełnym beztalenciem, w końcu potrafiłam zrobić naprawdę świetne dekoracje do deserów, ale miałam wrażenie, że Filipowi mogłabym co najwyżej czyścić buty.
            – Czas płynie szybciej, gdy się dobrze bawisz. – Wzruszył niewinnie ramionami, choć był jak najbardziej winny. Nie żebym zamierzała narzekać. – Jutro aktualne?
            Przez moment miałam ochotę zaprzeczyć i się wykręcić. Gdyby chociaż zaprosił mnie na spacer, ale nie. Zamierzał zabrać mnie na koncert zespołu swojego brata. Pochopnie się zgodziłam, zanim sobie uświadomiłam, że to wiąże się z poznaniem Artura, o którym Filip mówił tyle dobrego, że zaczynałam się obawiać tego spotkania. Wydawał się niemal kryształowy, a takim ludziom trudno zaimponować. Nie przychodziła mi jednak do głowy żadna rozsądna wymówka, która pozwoliłaby mi nagle zmienić zdanie. Zresztą kogo ja chciałam oszukać? Chciałam spędzić z Filipem więcej czasu.
            – Aktualne – potwierdziłam, wciąż niezbyt przekonana, czy to dobry pomysł, ale miałam się o tym przekonać już jutro.
***
Filip
            Rano obudziłem się nabuzowany. Rozpierała mnie energia, mimo w większości zarwanej nocy, bo gdy wróciłem do domu, najpierw czekałem na potwierdzenie od Weroniki, że bezpiecznie dotarła do siebie, a potem nie mogłem zasnąć. Rysowałem tak długo, aż zmorzył mnie sen i zasnąłem z ołówkiem w ręku. Nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz, ale to niemal zawsze kończyło się koniecznością zmiany pościeli, bo dosłownie wszystko było w graficie. Jak dzisiaj. To był jednak dopiero początek doprowadzania mieszkania do porządku. Przez ostatni tydzień wydeptywałem ścieżki między stosami rzeczy, które z różnych powodów nie trafiły jeszcze na swoje miejsce. Porządek jednak nigdy nie był moją mocną stroną.
            Odgruzowywałem właśnie salon, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Na śmierć zapomniałem, że umówiłem się wcześniej z Arturem. Może dlatego, że zwykle prędzej widywałem się z nim na tygodniu. W weekendy odsypiał nocne zmiany w pubie. Tym razem jednak odpuścił sobie wczorajszą zmianę ze względu na dzisiejszy koncert i gdy tylko się o tym dowiedziałem, postanowiłem go zwerbować do pomocy przy rozkręceniu starej szafy.
            Wpuściłem Artka do środka i gdy rozejrzał się wokół, pokręcił głową.
            – Tu coś wybuchło, czy co? – zapytał, kierując się w stronę aneksu kuchennego i ekspresu do kawy.
            – Mniej więcej – odpowiedziałem niechętnie. – Sorka za syf.
            – Spoko, ode mnie nie dostaniesz zjeby za bałagan, ale gdyby mama to zobaczyła, zeszłaby na zawał – zaśmiał się. – Jak ta laska, której zmieniłeś koło? Weronika?
            – Zabieram ją dzisiaj do Exodusu.
            Artur najpierw zamrugał, wyraźnie zdziwiony, a potem gwizdnął przeciągle, nastawiając jednocześnie ekspres.
            – Cholera, mocno cię wzięło, młody – stwierdził. – A na obiad do starych kiedy ją zabierasz? Za tydzień?
            Przewróciłem oczami. Musiałbym do reszty zdurnieć, żeby zabrać jakąkolwiek dziewczynę do rodziców. Raz już popełniłem ten błąd, podobnie jak moi bracia. Żadnej z nich nie polubili i miałem wrażenie, że już żadnej nie polubią. Szczególnie mama. Byłej dziewczyny Artka wręcz nie znosiła, a obecną Adama krytykowała na każdym kroku. Do tego stopnia, że Adam po prostu przestał przyprowadzać Marysię do domu.
            – Aż tak mi nie odbiło – mruknąłem. – A co? Ty Julkę planujesz zabrać?
            Artur stanowczo pokręcił głową. Jeśli ktoś mógłby sobie z pełnym przekonaniem ustawić na fejsie status związku „to skomplikowane”, to na pewno mój brat i Julka. Z jednej strony ich do siebie ciągnęło, a z drugiej każde miało aż za dużo za uszami. Do tego dochodziła jeszcze była dziewczyna Artka, która… jednocześnie była młodszą siostrą Julki. Przy takiej telenoweli, nawet nie próbowałem się angażować w całą sytuację. Wolałem widzieć i wiedzieć jak najmniej.
            – Masz jakąś fotkę tej swojej Weroniki? – zapytał z przekąsem Artur.
Sięgnąłem po telefon i wszedłem na jej instragrama. Chwilę wcześniej wrzuciła zdjęcie, które, jak wnioskowałem z hashtagów, zrobiła jej siostra. Weronika miała włosy spięte na czubku głowy i miała całe ręce w kolorowej masie. Śmiała się beztrosko i miała zamknięte oczy. Wyglądała ślicznie. Pokazałem bratu tę fotkę i jeszcze kilka innych. Artek zagwizdał z uznaniem.
            – Nie ściemniałeś – skomentował, oddając mi telefon. – Jest naprawdę ładna. I do tego piecze... Trzymaj się jej, młody.
Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. Właśnie taki miałem zamiar.
Z Arturem jak już zabraliśmy się za rozkręcanie szafy, to skręciliśmy też nową i powynosiliśmy zbędne graty do komórki lokatorskiej. Sam nie miałem motywacji, żeby to wcześniej zrobić. Na dodatek pewnie zabiłbym się na schodach, gdybym sam próbował to znosić.
– Gadałeś ostatnio z Adamem? – zagadnąłem Artka, gdy upchnęliśmy w komórce ostatnią partię rzeczy i wracaliśmy na górę. Mieszkałem tu już od pół roku, a dopiero teraz udało mi się doprowadzić mieszkanie do względnego porządku.
– Nie. Chyba już tak z trzy tygodnie nic się nie odzywał, ale wiesz jak z nim jest. – Wzruszył ramionami. – Jak ostatnio z nim rozmawiałem, to pokłócił się z Marysią. Nasi starzy się o coś pruli,  już nawet nie chciało mi się w to wnikać.
Pokiwałem głową. To by się nawet zgadzało. Gdy pomogłem Weronice ze zmianą koła, wracałem właśnie z kancelarii ojca. Nie było żadną nowością, że był nerwowy i opryskliwy, ale na moje pytanie o Adama doczekałem się tylko odpowiedzi „świetnie”, na dodatek wycedzonej przez zęby. Zanotowałem w pamięci, żeby w wolnej chwili zadzwonić do młodszego brata i upewnić się, że ma jeszcze dach nad głową, a matkę przekupić uczestnictwem w kolejnym przyjęciu charytatywnym, które z pewnością zaplanowała na jeden z następnych weekendów. Każde przypominało koszmar senny, ale pozwalało mamie na ugruntowanie swojej pozycji wśród znajomych „z wyższych sfer”. Na samą myśl chciało mi się rzygać…
***
Weronika
Do domu dotarłam grubo po pierwszej, więc gdy o szóstej zadzwonił budzik, byłam ledwo przytomna. Na autopilocie wzięłam prysznic i wyszykowałam się do pracy. Nie znosiłam pić kawy na pusty żołądek, ale dzisiaj pilnie jej potrzebowałam. W drodze wracałam myślami do minionego wieczoru. Naprawdę dobrze się bawiłam w towarzystwie Filipa. Był ciekawym rozmówcą i czułam się przy nim swobodnie. Bardziej swobodnie, niż się tego spodziewałam. I dzisiaj znów miałam się z nim zobaczyć.
W cukierni, mimo zmęczenia, starałam się skupić na tym, co robię, choć przychodziło mi to z trudem i nie umknęło to też uwadze Karoliny. Niczego nie zawaliłam, więc nie miała o nic pretensji. Po pracy jednak musiałam się położyć na drzemkę, żeby jakoś przetrwać resztę dnia. Obudził mnie z niej hałas dochodzący z dołu, co najmniej jakby coś tam wybuchło. Zbiegłam po schodach i w kuchni znalazłam Magdę stojącą pośród fragmentów szkła. Wyglądało na to, że zwaliła wszystko, co stało przy zlewie na macie do suszenia.
– Madzia… – westchnęłam. W tym tygodniu wszystko jej leciało z rąk jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Byłam zdziwiona, że jeszcze mamy w czym jeść, choć patrząc na ilość skorup na podłodze, mógł być to już czas przeszły. – Nie ruszaj się, jesteś boso.
Poszłam do holu po jakieś klapki dla siostry i zgarnęłam po drodze szczotkę. Musiałyśmy posprzątać ten bałagan przed powrotem rodziców, a nie zostało nam za dużo czasu.
– Zakochałaś się, że jesteś ostatnio taka rozkojarzona, czy co? – zażartowałam, zgarniając na szufelkę pierwszą partię szklanej stłuczki.
– No co ty, przecież bym ci powiedziała – odburknęła, gimnastykując się, żeby dotrzeć szczotką do każdego zakamarka. – Stresuję się trochę tymi próbnymi maturami, które szykują teraz dla nas nauczyciele. Mają to jakoś liczyć do średniej do wystawienia oceny końcowej.
– Masz problem z którymś przedmiotem?
Magda całkiem dobrze sobie radziła w szkole. Jakieś potknięcie zaliczała od wielkiego dzwonu i w większości miała bardzo dobre oceny. Ba, była lepsza niż ja w jej wieku. Za bardzo się jednak przejmowała każdym jednym potknięciem. Zostało jej to po gimnazjum, gdy bardzo chciała się dostać do tej konkretnej szkoły średniej, a w Warszawie nie tak łatwo o miejsce w jednym z najlepszych liceów. Udało jej się, ale presja została i zdawała się tylko bardziej kumulować, im bliżej do matury.
– Nie… Może trochę z fizyki, ale powtarzam materiał z panią Basią, powinnam dać radę. A co z tobą? Jak było wczoraj z Filipem? Późno wróciłaś. – Posłała mi znaczące spojrzenie, jakby to ona była starsza, a nie ja.
– Zasiedzieliśmy się – odpowiedziałam wymijająco. – Ale było fajnie. Dzisiaj też się z nim widzę.
– Poważnie? – Magda wyglądała na serio zaskoczoną. Zaczęłam się zastanawiać, czy gdzieś w głębi duszy nie spisała mnie już na straty w kwestii związków, gdy wypadłam na jakiś czas z obiegu. – Gdzie cię zabiera?
– Miejsce nazywa się Exodus, jest gdzieś na Mokotowie. Zespół jego brata ma koncert.
– Moment, Filip jest grafikiem, jego brat muzykiem… Jakaś zajebiście magiczna pula genów, czy co? Jest ich więcej?
Parsknęłam śmiechem, bo cóż, był jeszcze jeden, ale Filip o Adamie mówił najmniej. Gdybym tylko wiedziała, ile racji miała Magda z tą zajebistą pulą genów…

Słodki obłęd - rozdział 3

Słodki obłęd - rozdział 3



Weronika
            – Idź już – poleciła Karolina, gdy po raz kolejny zerknęłam na zegarek. Była już czwarta po południu.
            – Na pewno dasz sobie radę? – zapytałam, wycierając ręce w fartuch.
            Miałyśmy za sobą pracowity dzień i niewiele już zostało do zrobienia, ale nie lubiłam zostawiać Karoliny z niedokończoną robotą. Trzeba było ozdobić jeszcze jeden tort, który był do odbioru jutro z samego rana. Mąż przyjaciółki Karoliny obchodził okrągłe czterdzieste urodziny, więc miał być na wypasie. Na przyjęcie przygotowywałyśmy też babeczki i to w takiej ilości, że ręce mnie bolały od szprycy.
            – Na pewno – zapewniła, uśmiechając się szeroko. – Nie możesz iść na randkę prosto po pracy.
            – Niby czemu? – zapytałam, poprawiając odruchowo włosy.
            – Bo masz mąkę we włosach i przyszłaś dzisiaj do pracy ubrana jak ekskluzywny menel. Weź załóż jakąś sukienkę albo coś… – zasugerowała, machając obrazowo rękami. – Zrób dobre wrażenie.
            – Ty to potrafisz pocieszyć człowieka… – mruknęłam, choć pewnie miała trochę racji. Rano się śpieszyłam i ubrałam w pierwsze ciuchy z brzegu. Prawdopodobnie nie zaszkodziłby mi też prysznic po całym dniu spędzonym w pracowni.
            Karolina życzyła mi powodzenia i prawie wypchnęła z cukierni, żebym pojechała już do domu. Przy dobrych wiatrach, będę miała nieco jakąś godzinę na wyszykowanie się. Samo dotarcie z Bielan na Włochy o tej porze w piątkowe popołudnie zajmowało wieki, a musiałam też wyjść odpowiednio wcześnie, żeby dotrzeć na czas na Stare Miasto. Gdy teraz o tym myślałam, żałowałam, że nie wyszłam z cukierni godzinę wcześniej, gdy Karola mnie namawiała.
            Po drodze jak zwykle utknęłam w korku na S8. Dwa wypadki, stało więc wszystko i zanim udało mi się zjechać z trasy na wysokości Konotopa, zdążyłam się już nakląć i swoje odstać, a czas uciekał. Żałowałam, że nie wybrałam innej drogi, ale teraz było już za późno. Zaparkowałam przed domem tuż przed piątą.
            Wzięłam szybki prysznic i zaczęłam przeglądać zawartość szafy. Wieki nie byłam na randce, nie miałam pojęcia, w co się ubrać.
            – Modlisz się czy co? – Usłyszałam za sobą głos mojej młodszej siostry. Odwróciłam się i zobaczyłam Magdę stojącą w progu. W ręce trzymała babeczkę z kremem z wasabi, efekt moich ostatnich eksperymentów. Była jedyną osobą w tym domu, której smakowały, ale Magda na ogół miała dziwne nawyki żywieniowe.
            – Mniej więcej – przyznałam. – Mam dzisiaj randkę.
            – Randkę? – zdziwiła się. – Z Filipem?
            Przytaknęłam.
            – Załóż jakąś sukienkę – powiedziała i zaraz wpakowała sobie do ust resztę babeczki.
            – Z Karolą się umówiłaś?
            Magda parsknęła śmiechem i podeszła do mojej szafy. W większości były w niej dżinsy i zwykłe koszulki, bo to nosiłam na co dzień. Siostrze udało się jednak wygrzebać z niej błękitną sukienkę, którą kupiłyśmy razem w zeszłe wakacje i zdążyłam ją założyć może ze dwa razy. Była dosyć prosta, ale zwiewna i prawdopodobnie najładniejsza ze wszystkiego, co miałam w szafie. Cóż, musiała wystarczyć.
            Na co dzień niewiele robiłam z włosami. Specjalnie ich nie zapuszczałam, by mieć z nimi jak najmniej zachodu, ale tym razem pieczołowicie je ułożyłam z pomocą Magdy. Przez to omal się nie spóźniłam na autobus, a potem denerwowałam się całą drogę, czy uda mi się dotrzeć na czas. Ostatecznie jednak wysiadłam z tramwaju chwilę przed umówioną godziną i gdy wspinałam się po schodach, zerknęłam jeszcze na telefon. Czekał na mnie jeszcze jeden śmieszny gif od siostry na rozluźnienie.
            Rozejrzałam się po placu Zamkowym, mrużąc oczy w zmierzchającym słońcu. Przy kolumnie Zygmunta kręciła się masa ludzi. Taka pora roku, a do tego było to jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w Warszawie. Ze znajomymi zwykle umawiałam się albo na Patelni, albo właśnie tutaj. W końcu dostrzegłam Filipa i uśmiechnęłam się. Dzisiaj obyło się bez koszulki z nadrukiem z kreskówki, co wywołało mój lekki zawód. Miał na sobie zwykły biały t-shirt, powycierane, sprane dżinsy i czerwone trampki. Wyglądał całkiem smakowicie, jak ujęłaby to Karola. W sumie… Sama bym to tak ujęła.
***
Filip
            Tak bardzo nie chciałem się spóźnić, że pod kolumną Zygmunta byłem piętnaście minut przed czasem. Przysiadłem na schodkach i czekałem. Starówka tętniła życiem, jak zawsze o tej porze roku. Chwilę temu Weronika napisała, że jedzie tramwajem, więc mogłem się domyślić, z której strony przyjdzie. Denerwowałem się. Propozycja spotkania była spontaniczna. Nie miałem jakiegoś spektakularnego planu. W zasadzie nie miałem żadnego.
            Od razu ją zauważyłem. Krótkie, blond włosy miała rozpuszczone jak tego dnia, kiedy ją poznałem. Jasnoniebieska sukienka sięgała jej do połowy uda i odsłaniała zgrabne nogi. Weronika niepewnie rozejrzała się wokół i uśmiechnęła się, gdy mnie zauważyła. Wyglądała… ślicznie.
            – Długo czekasz? – zapytała i pocałowała mnie w policzek. Pachniała brzoskwinią i czymś jeszcze, co przywodziło mi na myśl cukiernię.
            – Nie, dopiero przyszedłem – skłamałem gładko. – Przejdziemy się?
            Weronika przytaknęła i ruszyliśmy w stronę Nowego Światu. Zapytałem ją, jak minął jej dzień i opowiedziała mi o babeczkach, które robiła dzisiaj na przyjęcie urodzinowe znajomego właścicielki cukierni. Wspomniała też o takich z kremem z  białej czekolady z dodatkiem wasabi, które wczoraj upiekła w przypływie weny twórczej.
            – Z wasabi? – upewniłem się, bo w pierwszej chwili byłem pewien, że się przesłyszałem.
            Przytaknęła.
            – Widziałam to w jednym z programów cukierniczych i chciałam spróbować. – Wzruszyła ramionami, uśmiechając się niewinnie.
            Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Ta dziewczyna była szurnięta. Co dziwne, chyba to mi się w niej najbardziej spodobało, gdy zobaczyłem ją skaczącą na kluczu do kół.
            – Ktoś oprócz ciebie tego próbował? Poważnie?
            Nie potrafiłem połączyć w głowie kremu na babeczce z ostrym chrzanem wasabi.
            – I to nawet z zadowalającym efektem – odparła, nie ukrywając dumy. Zauważyłem, że gdy mówi o pieczeniu, mruży oczy w uśmiechu. Bez dwóch zdań to uwielbiała. – Zresztą chyba nie wyszły źle, mojej siostrze smakują.
            – Młodsza czy starsza?
            – Młodsza. Pisze maturę w przyszłym roku.
            – Też lubi piec? – zapytałem. Jeśli obie piekły tak dobrze, rozważałem wprowadzenie się do Werki. Ewentualnie niewolnictwo. Przystałbym w tym momencie na obie opcje.
            – Magda? Nie, zdecydowanie nie. Ma dwie lewe ręce w kuchni. A ty? Masz jakieś rodzeństwo?
            Starówka o tej porze tętniła życiem. Tłumy ludzi, wszechobecny zapach jedzenia, muzyka, drinki, głośne śmiechy… Zwykle stroniłem od ścisłego Śródmieścia, jeśli nie byłem zmuszony się tu pojawić, ale tym razem całkiem mi się podobało.
            – Dwóch braci. Starszego i młodszego.
            – A więc jesteś tym średnim? – upewniła się Weronika, odgarniając włosy, które przez podmuch wiatru opadły jej na twarz.
            – W zasadzie tak. – Wzruszyłem ramionami.
            Bycie średnim z braci było czasem nieszczególnie fajne. Starszy wiadomo, syn pierworodny, na nim była największa presja. Wobec Artura rodzice mieli określone wymagania, których jako barman i aspirujący muzyk nie spełniał, nawet gdy poszedł na studia prawnicze wedle życzenia ojca. Adam jako najmłodszy miał natomiast taryfę ulgową. Uchodził za małego geniusza i cóż, korzystał z przywilejów swojej pozycji. Wobec mnie nie było ani wygórowanych oczekiwań, ani ulgi. Po prostu musiałem sobie radzić i to moim rodzicom wystarczało.
            – Duża jest między wami różnica wieku? – dociekała Weronika, chwytając mnie jednocześnie pod rękę, gdy przechodziliśmy między grupkami turystów z zagranicy. Myślałem, że się odsunie, gdy zrobi się wokół nas nieco puściej, ale nie. Kwiatowa woń jej perfum niemal się do mnie przykleiła, maskując wszystkie inne zapachy.
            – Adam jest prawie cztery lata młodszy, a Artur tylko rok starszy – odpowiedziałem.
            – Jesteś pewnie bliżej ze starszym bratem? – zgadywała i cóż, zgadła.
Z Artkiem zawsze lepiej się dogadywałem i też myśleliśmy podobnie o wielu rzeczach. Obaj też wyrwaliśmy się z domu rodzinnego przy pierwszej okazji, a Adam wciąż mieszkał z rodzicami i jakoś się nie śpieszył do usamodzielnienia się. Miałem wrażenie, że będzie takim wiecznym dzieckiem, dokładnie takim, jakim widzą go rodzice.
– Pamiętasz tę grafikę, którą ci wczoraj wysłałem? – Poczekałem aż przytaknie. – Wydruk zawiśnie w pubie, w którym pracuje Artek.
– Poważnie? Będziesz musiał mi pokazać, gdy już się to stanie, bo nie uwierzę dopóki nie zobaczę!
Roześmiałem się i już miałem jej odpowiedzieć, gdy nagle pociągnęła mnie za rękę i zaczęła niemal ciągnąć w tylko sobie znanym kierunku. Kompletnie zdezorientowany, ale podążyłem za nią.
– Słyszysz? – zapytała, rozglądając się za czymś. Cholera wie za czym.
Zacząłem nasłuchiwać. Piosenka była znajoma, gdzieś musiałem ją wcześniej słyszeć. Najpewniej w radiu, bo sam z siebie nigdy bym czegoś takiego nie włączył. Brzmiało jednak nie jak coś puszczone z radia, a na żywo. Perkusja bardziej się wybijała i nie brzmiała jak nagranie.
– Słyszę… – potwierdziłem, szukając wzrokiem sprawców zamieszania. Wokalista był naprawdę dobry. Na tyle dobry, że w pierwszej chwili byłem pewien, że to playback, ale nie.
W końcu zobaczyłem ludzi gromadzących się pod Bierhalle. Weronika też ich zauważyła i ruszyła w ich kierunku tanecznym krokiem, kołysząc się w rytm muzyki, nie puszczając jednocześnie mojej dłoni. Uniosłem rękę, zmuszając ją do zrobienia obrotu. Wyszło nam to trochę niezgrabnie, bo Werka omal nie wyrżnęła przy tym o krawężnik, ale zamiast mi to wypomnieć, parsknęła śmiechem.
Przesłuchaliśmy jeszcze dwie piosenki i ruszyliśmy dalej, najpierw docierając do Nowego Światu, a potem kierując się w stronę Chmielnej. Gdy dowiedziałem się, że Weronika nie zdążyła nic zjeść po pracy, zacząłem mieć wyrzuty sumienia, że od razu nie zabrałem ją do jakiejś restauracji, ale teraz było za późno. Mogłem tylko naprawić swój błąd i weszliśmy do pierwszego lokalu, który wyglądał zachęcająco i na dodatek mieli jeszcze wolny stolik. Musieli się otworzyć jakoś niedawno, bo zupełnie go nie kojarzyłem. Pachniało pysznie, więc miałem nadzieję, że będzie równie smacznie.
Zamówiliśmy po burgerze i wypiliśmy po kilka drinków. Rozmawialiśmy o wszystkim, jakbyśmy się znali lata, a nie dni. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tak się wyluzowałem. Szczególnie w towarzystwie nowopoznanej dziewczyny. Weronika miała w sobie coś świeżego, co przyciągało mnie jak ćmę do światła. Najstraszniejsze było to, że wcale nie chciałem się temu światłu opierać.


Słodki obłęd - rozdział 2

Słodki obłęd - rozdział 2


Rozdział 2


Weronika
            Poprzedniego dnia siedziałyśmy z Karoliną do późna, dopieszczając tort i dzisiaj mocno to odczuwałam. Słaniałam się na nogach ze zmęczenia, a po powrocie z pracy musiałam siąść do rozdziału magisterki, żeby w przyszłym tygodniu mieć co pokazać na seminarium. Na samą myśl chciało mi się rzygać. Najchętniej zaległabym na resztę weekendu w łóżku, z kieliszkiem wina i Netflixem.
            Ze złością zgniotłam kawałek plastycznej czekolady. To zdecydowanie nie był mój dzień na robienie dekoracji, a miałyśmy z Karolą do zrobienia tort urodzinowy dla jej pięcioletniego bratanka. Gdybym tak bardzo nie lubiła swojej szefowej, zadzwoniłabym do niej rano i oznajmiłabym, że nie przyjdę. Była jednak nie mniej zmęczona ode mnie i to mnie odrobinę pocieszało.
            Po raz enty próbowałam wyrzeźbić pszczółkę, gdy zawołała mnie Ola.
            – Werka, jakiś koleś o ciebie pyta.
            – Jak wygląda? – zapytałam. Gdy proponowałam nieznajomemu rewanż, nie do końca wierzyłam, że może się pojawić. Ale może to ktoś inny? Jakiś dawny klient? Robiłam sobie pewnie tylko złudne nadzieje.
            – Ciemne włosy, ciemne oczy, wysoki… – zaczęła wymieniać. – Przystojny całkiem. I ma na sobie koszulkę ze SpongeBobem.
            Cholera, chyba to jednak on. Pośpiesznie wytarłam ręce w fartuszek, ale niewiele poza tym mogłam zrobić. Nie malowałam się do pracy, bo i po co? Nie wychodziłam do klientów, a do pracy dojeżdżałam samochodem. Teraz jednak zaczęłam żałować, że nie poświęciłam dodatkowych piętnastu minut na makijaż. Przed wyjściem z domu pomalowałam tylko rzęsy i nałożyłam balsam na usta. Na dodatek dojrzałam na spodniach plamę z czekolady. Świetnie.
            – Karola, zaraz wrócę. Daj mi pięć minut – poprosiłam, a szefowa posłała mi wszystkowiedzące spojrzenie.
            – Dam ci piętnaście. – Puściła oko i wypędziła mnie z pracowni.
            Chłopak w koszulce ze SpongeBobem uśmiechnął się na mój widok. Wyglądał tak samo dobrze jak wczoraj, a może nawet lepiej. Nie sądziłam, że przyjdzie, ale gdzieś w głębi na to liczyłam.
– Cześć – odezwałam się pierwsza, mając nadzieję, że się nie czerwienię.
– Cześć – odpowiedział. Chyba nie wiedział, co zrobić z rękami, bo najpierw schował je do kieszeni, potem wyjął i wyciągnął prawą w moją stronę. – Nie przedstawiłem się wczoraj. Jestem Filip.
– Weronika, ale to już wiesz. – Chwyciłam jego dłoń. Miał długie, szczupłe palce. – Na co masz ochotę? – zapytałam.
Ciemne oczy Filipa przybrały barwę czekoladowego ganache. Chwilę przyglądał się mojej twarzy, a potem zerknął na witrynę. Zlustrował ją kilkukrotnie wzrokiem i uśmiechnął się rozbrajająco.
– Który z nich to twój ulubiony? – zapytał.
Otworzyłam szeroko oczy, ale momentalnie się zreflektowałam i spojrzałam na witrynę.
– Petit gateau z marakują jest pyszne – wskazałam palcem deser z żółtą, lśniącą polewą. Nie tylko był smaczny, ale też lubiłam go robić.
– Tak mówisz? – Filip uniósł brwi, jakby rzucał mi wyzwanie. Uśmiech nie schodził z jego twarzy.
– Sam spróbuj. – Wyjęłam ciasto z witryny i naszykowałam do podania. Normalnie robiła to Ola, bardzo rzadko stawałam na sklepie, ale wiedziałam, że Karola zatrzyma ją jeszcze chwilę na zapleczu ze względu na Filipa. Musiałam pamiętać, żeby wpisać potem deser na swoją listę do spłacenia.
– Możesz ze mną usiąść na chwilę, czy masz bardzo dużo pracy?
Obejrzałam się na przejście do pracowni. Karola by mnie zabiła, gdybym tak szybko wróciła.
– Myślę, że dziewczyny sobie beze mnie poradzą. – Kątem oka dostrzegłam Olę czającą się tuż za kotarą.
Filip wybrał mój ulubiony stolik przy oknie. Był z niego widok na ratusz bielański i zielone drzewa przed cukiernią.
– Od dawna to robisz? – Kiwnął widelczykiem na ciastko na talerzu. Bacznie go obserwowałam, gdy odkroił pierwszy kawałek i wsunął go do ust.
– Pracuję tu od ponad roku, ale piekę odkąd mama mi pokazała, jak się obsługuje mikser.
Filip oblizał wargi z resztek musu z marakują i jęknął z uznaniem. Zabrzmiało to... seksownie, choć przyznałam to przed sobą z trudem. To był dla mnie obcy facet, nawet nie powinnam o nim myśleć w tych kategoriach.
– To jest boskie… – stwierdził. – Sama robiłaś?
Przytaknęłam.
– Masz męża? – zapytał Filip, a ja mogłam tylko parsknąć śmiechem.
– Nie… Chłopaka też nie – dodałam, zanim zdążyłam się powstrzymać. W zasadzie nie byłam pewna, czemu to powiedziałam. Filipa zdawała się jednak zadowolić ta odpowiedź. Kształtne wargi drgnęły w uśmiechu.
– Okej, czyli mogę się czuć bezpieczny, prosząc cię o numer?
Nie mogłam sobie przypomnieć ostatniego razu, kiedy dawałam jakiemuś facetowi numer. Może Karola miała rację i serio nie miałam życia poza cukiernią i studiami?
– Na to wygląda – odparłam, a Filip podał mi swój telefon. Kiedyś w jednym poradniku randkowym, który pożyczyłam od koleżanki z liceum, przeczytałam, że dając swój numer facetowi powinno się wpisać jakąś flirciarską nazwę kontaktu. Nie byłam jednak ani na tyle kreatywna, ani na tyle pewna siebie. Wpisałam mu swój numer, podpisując się imieniem i nazwiskiem. Ani flirciarsko, ani oryginalne, ale musiało wystarczyć.
Chwilę jeszcze porozmawialiśmy. Filip zapytał mnie o studia i nie wydawał się szczególnie zaskoczony, że wybrałam kierunek nijak związany z tym, co robiłam tutaj. Sam był na ostatnim roku budownictwa, ale jak przyznał, bardziej kręciła go grafika i to z tego się teraz utrzymywał. Wzbudził tym moją ciekawość i w zwykłych okolicznościach z chęcią poprosiłabym go o pokazanie jakichś swoich projektów, ale miałam też świadomość, że mimo wszystko wciąż byłam w pracy.
Na pożegnanie pocałował mnie w policzek. Teraz już z pewnością miałam na twarzy krwiste rumieńce. Filip nijak tego nie skomentował. Obiecał za to napisać i wywiązał się z obietnicy, choć miałam chwilę zwątpienia. Odezwał się jednak dopiero wieczorem. Zdążyłam wrócić z pracy i wziąć prysznic. Położyłam się na wznak na łóżku, kompletnie wykończona i właśnie wtedy zawibrował telefon, oznajmiając nową wiadomość z nieznanego numeru.
            Nieznany: Mam nadzieję, że zdążyłaś już wrócić do domu. Nie chciałem Ci znów zawracać głowy w pracy. Nie miałaś przez to problemów? :) - Filip
            Zanim odpisałam, zapisałam sobie w telefonie jego numer. W ciągu dnia żałowałam, że nie wymieniliśmy się nimi w dwie strony, ale miał słuszność w tym, że napisał do mnie dopiero teraz. Było to nawet miłe z jego strony, że nie chciał mnie odrywać od pracy. Co nie zmieniało faktu, że obsesyjnie o nim myślałam, licząc, że odezwie się szybciej.
            Ja: Trafiłeś, jestem już w domu :) I nie, mam naprawdę spoko szefową. Nie czepiała się ;) Wspomniałeś, że musisz dzisiaj skończyć projekt dla klienta. Udało Ci się?
            Filip: Niby tak, ale sam nie wiem, czy efekt końcowy mi się podoba… Nie wysłałem jeszcze go jeszcze, choć pewnie powinienem to zrobić.
            Ja: A coś Ci się w nim nie podoba?
            Chwilę czekałam na odpowiedź, obracając telefon w dłoniach, ale w końcu nadeszła.
            Filip: W sumie chyba nic konkretnego… Czekaj…
            Zmarszczyłam brwi, ale postanowiłam cierpliwie czekać. Nagle dostałam wiadomość multimedialną i gdy powiększyłam zdjęcie, zobaczyłam feerię barw. Z kłębów kolorowego dymu wynurzały się kontury kobiecego profilu z włosami jak u Gorgony, gdzie węże zastąpiły rozmyte języki mgły. Mogłabym coś takiego powiesić w swoim pokoju. Na znaku wodnym było imię i nazwisko, Filip Iskra. Wahałam się przez krótki moment, zanim kliknęłam na słuchawkę w rogu ekranu. Odebrał po dwóch sygnałach.
            – Ty tak na poważnie, że nie jesteś pewny, czy ci się to podoba? – zapytałam, pomijając jakiekolwiek powitanie.
            – Ymm, no tak? – W jego głosie usłyszałam cień rozbawienia.
            – Jesteś nienormalny – wypaliłam, wywołując głośny śmiech Filipa.
            – Może odrobinę – przyznał. – Dobrze wnioskuję, że projekt ci się spodobał?
            Przymknęłam oczy i pod powiekami zobaczyłam te wszystkie kolory, które chwilę wcześniej widziałam na ekranie telefonu.
            – Nawet bardzo – odpowiedziałam, uśmiechając się pod nosem.
            W słuchawce zapadła cisza przerwana głębokim westchnieniem Filipa.
            – Co robisz jutro wieczorem? – zapytał, zupełnie zbijając mnie na moment z tropu. Zawahałam się, ale zaraz przypomniałam sobie wykład Karoli po tym, jak Filip wyszedł z cukierni. Może miała rację…
            – Planowałam wyłącznie wieczorny romans z Matthew McConaugheyem, ale twoja propozycja oznacza chyba zmianę planów, nie mylę się?
            – Zgadłaś. O siódmej pod kolumną Zygmunta, może być?
            – Pewnie – zgodziłam się na wydechu.
Nie takiego obrotu spraw się spodziewałam, gdy pod wpływem impulsu zadzwoniłam do Filipa. Nie oznaczało to jednak, że mi się on nie podobał.
Filip mi się podobał.
           



Nowy pomysł - tytuł pilnie poszukiwany!

Nowy pomysł - tytuł pilnie poszukiwany!


Rozdział 1

Weronika
            Z auli wykładowej wybiegłam w pośpiechu. Obiecałam Karolinie, że będę dzisiaj w cukierni najszybciej, jak się da, bo czekało nas robienie tortu weselnego. Jak na złość wykładowca się spóźnił i jeszcze nas przetrzymał. Powinnam być już w pracy, a dopiero wychodziłam z uczelni. Na dodatek musiałam przejść kawałek do samochodu, bo nigdzie w pobliżu nie znalazłam miejsca parkingowego. Jak pech, to pech.
            Westchnęłam ciężko, przyspieszając kroku. Wiedziałam, że odetchnę z ulgą dopiero wtedy, gdy się przebiorę i założę fartuch, ale widok samochodu też mnie ucieszył. Wrzuciłam swoje rzeczy do wysłużonej renault clio i już miałam wsiadać, gdy spojrzałam w dół na koło od strony kierowcy. Szlag by to trafił. Flak. Nagle sobie przypomniałam, że gdy parkowałam rano, najechałam na krawężnik i usłyszałam jakiś dziwny dźwięk, ale postanowiłam go zignorować. Ze złością kopnęłam w felgę i zawyłam. To nie był najlepszy pomysł.
            – Co robić, co robić… – zaczęłam mamrotać pod nosem. W tych nerwach nawet nie mogłam sobie przypomnieć, czy mam zapas w bagażniku. Otworzyłam go, modląc się w myślach, żeby to cholerne koło zapasowe tam było. I cóż, było. Zapomniałam jednak, że koło waży więcej niż dwa kilo i wyjęłam je z trudem. Udało mi się też znaleźć klucz do kół i lewarek. Nie byłam  jednak pewna, czy po jednym instruktażu od taty, byłam w stanie samodzielnie je zmienić. Z dużym prawdopodobieństwem za cholerę nie.
            Zaczęłam odkręcać śruby i po pierwszych dwóch nabrałam nieco pewności siebie. Aż doszłam do trzeciej i ta ani drgnęła, choć w akcie desperacji prawie wlazłam na klucz, opierając się na nim całym ciężarem ciała. Za szybko zaczęłam się cieszyć.
            – Co za jebana śruba! – zaklęłam, będąc już na granicy płaczu. Ten dzień był do dupy. Po prostu do dupy!
            – Jeśli to miało być zaklęcie w stylu „sezamie, otwórz się”, to raczej nie zadziała – powiedział męski głos.
Dyskretnie otarłam łzy i odsunęłam włosy z twarzy, zanim odwróciłam się w kierunku, z którego dochodził. Facet musiał być mniej więcej w moim wieku. Nie dałabym mu więcej niż późne dwadzieścia. Stał z rękami w schowanymi w kieszeniach ciemnych spodni, a skórzana kurtka marszczyła mu się na ramionach. Karolina powiedziałaby o nim „pan mroczny i niebezpieczny”, dopóki nie przyjrzałaby się jego koszulce z Looney Tunes.
– Chyba nie – przyznałam mu rację i odchrząknęłam, bo mój głos zabrzmiał piskliwie. – Dwie śruby udało mi się odkręcić, ale trzecia mnie pokonała.
– Może ja spróbuję? – zaproponował, przeczesując ciemne włosy, które niesfornie opadały mu na czoło w nieregularnych falach.
Czy koleś, który lubi królika Bugsa mógł być niebezpieczny? Miałam nadzieję, że nie. Skinęłam niepewnie głową i zrobiłam mu miejsce. Nie miałam nic do stracenia. Sama nie byłam w stanie zmienić tego koła, a byłam już masakrycznie spóźniona.
Chłopak podwinął rękawy kurtki i najpierw spróbował przekręcić klucz rękami, jednak bez powodzenia. Wyprostował się więc i kopnął kilka razy butem w klucz. Oczywiście, że śruba puściła. Zajęło mu to mniej niż minutę, a ja się tak męczyłam!  Bez słowa zabrał się za kolejne i cóż, zmienił mi koło. Zalała mnie fala ulgi i poczułam wdzięczność w kierunku nieznajomego.
– Dziękuję, sama bym nie dała rady – przyznałam szczerze, pesząc się nagle i czując, że się czerwienię. Gdy opadła złość związana z przebitą oponą, dostrzegłam, że mój wybawiciel jest całkiem przystojny. Nie w taki nachalny sposób, zwyczajnie przyjemny dla oka. Oczy koloru ciemnej czekolady przypatrywały mi się teraz z uwagą.
– Nie ma sprawy, to drobiazg – wzruszył ramionami, posyłając mi lekki uśmiech.
Prędkie zawinięcie się do samochodu, choć byłoby właściwe, wypadłoby też chyba nieco niegrzecznie. Sięgnęłam do torebki i wyjęłam z portfela wizytówkę cukierni. Wyciągnęłam ją w kierunku chłopaka, który przyjął ją ze zmarszczonymi brwiami.
– Gdybyś miał ochotę na coś słodkiego, deser na mój koszt. Jeśli mnie nie będzie, powołaj się na Weronikę. Jeszcze raz dzięki za pomoc. – Z tymi słowami wsiadłam do samochodu i odjechałam, obserwując nieznajomego w lusterku wstecznym. Ruszył do swojego auta dopiero, gdy wyjeżdżałam z parkingu.
Zgodnie z oczekiwaniami, Karolina zaczęła się do mnie dobijać, ledwo włączyłam się do ruchu. Wzięłam ją na głośnik.
– Wiem, że jestem cholernie spóźniona, ale zeszło mi powietrze z opony, musiałam zmienić koło – powiedziałam, odbierając. – Będę za maks piętnaście minut.
– Jak to zmienić koło? – zdziwiła się, a w jej głosie usłyszałam lekką panikę. – Dałaś radę?
– Z czyjąś pomocą, ale jestem już w drodze, więc wszystko spoko – zapewniłam ją.
Pomyślałam o nieznajomym. Nawet nie znałam jego imienia.
            – Okej, jedź bezpiecznie – poprosiła i pożegnała się.
            Mimo początków popołudniowego szczytu, udało mi się w miarę szybko dojechać na Bielany. Nieco gorzej było z parkingiem, jak to zwykle w okolicach ratusza. Do cukierni bardziej wpadłam, niż weszłam, tak się śpieszyłam. Przywitałam się z Kamilą, która stała na części sklepowej, poszłam jeszcze tylko się przebrać i pobiegłam do pracowni.
            – Jestem! – oznajmiłam zdyszana. Karolina właśnie wlewała ciasto do form.
            – Zacznij temperować czekoladę, będziemy jej sporo potrzebować do dekoracji – poleciła, nie odrywając się od pracy. – Potem zrób cremoux z yuzu, okej? Skończę biszkopt i zabiorę się za ganache.
            – Jasne, już się robi.
            Nie miałam innego wyjścia, jak tylko zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Od roku ta cukiernia była moją oazą. Uwielbiałam tu przychodzić, robić przeróżne desery, ale torty zwyczajnie mnie jarały jak nic innego. Gdy Karolina mnie zatrudniła, po prostu lubiłam piec. Teraz nie wyobrażałam sobie bez tego życia.
            Uważnie sprawdzałam temperaturę czekolady. Żeby była gładka i chrupka po zastygnięciu, musiałam ją dobrze utemperować. Bez tego dekoracje będą miękkie i mniej smaczne. Zerknęłam na szkic zrobiony przez Karolinę i niestety miała rację, potrzebowałyśmy sporo czekolady. Wiedziałam, że tak szybko się z nią nie uporam, ale szybko zatraciłam się w pracy i przestałam zwracać uwagę na upływający czas. Wbrew sobie zaczęłam też odpływać myślami w kierunku nieznajomego. Tym sposobem przypaliłam cremoux.
            – Cholera! – zaklęłam, zdejmując rondel z palnika. Musiałam zacząć od nowa. Nie mogłyśmy dodać do tortu czegoś, co zaczęło się przypalać, bo zepsułoby to cały smak.
            – Werka, to chyba nie jest twój dzień, co? – zagaiła Karolina.
            – Nie, chyba nie… – westchnęłam, wyjmując kolejną porcję składników. Tym razem musiałam się skupić. – Zamyśliłam się.
            – Nad czym? – zapytała, a ja miałam wrażenie, że dosłownie wszystko można było wyczytać z mojej twarzy, gdy po raz drugi tego dnia, poczułam jak pieką mnie policzki. Fantastycznie… – Rumienisz się! Myślisz o jakimś facecie!
            Trafiony, zatopiony.
            – To nikt szczególny – odpowiedziałam, siląc się na beznamiętny ton. – Pomógł mi zmienić koło.
            – Przystojny?
            – Odrobinę – przyznałam, krzywiąc się. Spotkałam go raz, a spaliłam przez niego cremoux. Absurd. Nigdy nie przypaliłam kremu.
            – Pewnie nie wzięłaś od niego numeru? – Skrzywiła się. Odkąd zaczęłam tu pracować, Karolina już dwa razy próbowała mnie zeswatać. Twierdziła, że nie miałam życia poza studiami i cukiernią. Miała w tym trochę racji, ale nie oznaczało to od razu, że musiała mnie swatać.
            – Oczywiście, że nie. Nawet nie wiem, jak ma na imię. – Wzruszyłam ramionami. – Lepiej sprawdź ostatnią partię biszkoptów, moim nieistniejącym życiem miłosnym zajmiemy się innym razem.
            Karolina niechętnie odpuściła temat, ale wiedziałam, że przemagluje mnie przy najbliższej okazji. Nie ma zmiłuj.
***
Filip
Męczyłem się ze sprawozdaniem z materiałoznawstwa już drugą godzinę. Na dodatek zamiast skupić się na wykresach, często zerkałem na wizytówkę cukierni, którą zamiast wyrzucić albo schować do portfela i zapomnieć, położyłem na biurku. Nazywała się Słodkie Szaleństwo. W końcu się poddałem i wygooglowałem ten lokal. Na zdjęciach na stronie wszystkie desery były totalnie na wypasie, jak małe dzieła sztuki. Wszedłem też na ich Instagrama i na jednym ze zdjęć dostrzegłem Weronikę. Razem z inną dziewczyną trzymała w rękach całkiem spory tort oblany kolorową, błyszczącą polewą i ozdobiony licznymi dekoracjami. Wyglądał obłędnie. Było też oznaczone prywatne konto Weroniki i choć poczułem ukłucie poczucia winy, wszedłem w link.
Według opisu Weronika Adamczyk miała dwadzieścia cztery lata i była studentką gospodarki przestrzennej. Na większości zdjęć były różnorakie desery, ale było też kilka zdjęć samej Weroniki. W tym jedno z obrony inżynierki w czerwcu, kilka z wakacji w Szkocji, parę zdjęć z koleżankami. Jej życie zdawały się jednak dominować wypieki.
Zamknąłem instagrama. To nie miało najmniejszego sensu. Ta wizytówka otwierała mi furtkę, żeby spotkać się z nią po raz kolejny, ale sam nie byłem pewien, czy to najlepszy pomysł. Jasne, była urocza i nie powiem, zaimponowała mi tym, że podjęła próbę samodzielnej zmiany koła. Gdyby nie ta jedna śruba, z dużym prawdopodobieństwem dałaby sobie radę. Studiowała, miała pasję i wydawała się mieć głowę na karku… A ja naprawdę powinienem skończyć sprawozdanie i zabrać się za projekt, który musiałem oddać do końca tygodnia, żeby mieć hajs na opłacenie czynszu.
Priorytety, stary. Priorytety…

Bądź przy mnie (TLR#4) - Prolog. Limelight

Bądź przy mnie (TLR#4) - Prolog. Limelight




Charlie          
Nerwowo obracałem pałeczki, obserwując jak techniczni uwijali się jak w ukropie. Każda minuta od zejścia ze sceny naszego supportu, ciągnęła się w nieskończoność. Setki koncertów, a denerwowałem się zupełnie jak za pierwszym razem. Zawsze tak było.
            Zamknąłem oczy. Okrzyki były ogłuszające. Zacząłem się w nie wsłuchiwać. Chłonąć je. Wibracje przyprawiały mnie o szybsze bicie serca i suchość w gardle. To było jak błogosławieństwo i przekleństwo w jednym, gdy strach mieszał się z ekscytacją. Czułem jak nakłada się jedno na drugie, mieszając się i wytrącając z głowy każdą składną myśl.
            – Trzy minuty! – Remy, nasz tour menadżer, musiał krzyczeć, żeby przebić się przez hałas dochodzący z widowni. Spojrzałem w jego kierunku i patrzył na mnie wyczekująco, więc skinąłem głową. Czekał na sygnał, że wszyscy jesteśmy gotowi do wyjścia.
            Gdy wyszliśmy na scenę pogrążoną nadal w ciemności, okrzyki przybrały na sile. Dopiero teraz mogłem poczuć prawdziwą adrenalinę. Sięgnąłem po pałeczki tkwiące w tylnej kieszeni spodni i usiadłem za perkusją. Wetknąłem w uszy odsłuch i skróciłem kable na karku. Mogłem teraz tylko usłyszeć, jak chłopaki robią ostatnie strojenie i ustawiają pedały. Mijały sekundy. W końcu zapadła cisza i Maia stanęła przy mikrofonie. Zacząłem wybijać rytm pod click-track. Wtedy rozbłysły światła.


California Boy - prolog

California Boy - prolog


Lizzy
               Noce były od zapominania. Cały tydzień czekałam na dzisiejszy wieczór. Potrzebowałam wyjść z domu, wypić kilka drinków i po wszystkim móc zasnąć w spokoju. Normalnie poszłybyśmy z Tiną do klubu, ale nie czułam się na siłach. Wiedziałam, że chciałaby, żebym wyluzowała, zakręciła się wokół jakiegoś faceta i spędziła z nim noc, jakby seks był lekarstwem na wszystko. Jednak nie dzisiaj.
               W barze sportowym, do którego weszłyśmy z Tiną, były obsadzone niemal wszystkie stoliki, ale udało nam się znaleźć jeden z nie tak złym widokiem na telewizor. Komentatorzy rozmawiali właśnie o meczu hokeja, który miał się zaraz rozpocząć. Na moment oderwałam wzrok od ekranu, żeby spojrzeć na kelnerkę. Nie byłyśmy tu pierwszy raz, więc nie musiałam nawet zerkać do menu.
               – Dla mnie Chicago Burger, frytki ze słodkich ziemniaków i Coors Light – wyrecytowałam, uśmiechając się lekko do dziewczyny, która według plakietki przypiętej do koszulki, miała na imię Willow.
               – Mogę cię poprosić o jakiś dokument? – zapytała z sympatycznym uśmiechem i akcentem, który przywodził mi na myśl Pensylwanię, ale nie byłam pewna. – W barze niedaleko niedawno była kontrola, więc wolimy chuchać na zimne.
               – Jasne. – Odwzajemniłam uśmiech i wygrzebałam z torebki podrobione prawo jazdy.
               Po jej minie wiedziałam, że wyczuła przekręt, ale oddała mi dokument, kiwając głową. Pewnie nie raz sama kupowała alkohol na lewe prawko. Za swoje zapłaciłam wystarczająco dużo, żeby wydawało się prawdziwe na pierwszy rzut oka, ale nie było zupełnie niekwestionowalne. Przyjęła zamówienie Tiny i ruszyła w stronę kuchni.
               Na ekranie pojawiła się panorama Saint Paul, dopiero potem Xcel Energy Center. Mecz zaraz miał się zacząć. Poczułam ekscytację. Hokej na lodzie był jedynym sportem, który mnie ciekawił. Minnesota Lions w ostatnich kilku sezonach nie odnosiło zawrotnych sukcesów. Ba, w sumie nigdy nie wygrali pucharu Stanleya. Nie zmieniało to faktu, że oglądałam wszystkie ich mecze z takim samym zaciekawieniem, jak za pierwszym razem. Tina trochę sobie ze mnie żartowała, ale koniec końców oglądała je razem ze mną, choć z zupełnie innego powodu. Twierdziła, że hokeiści są seksowni. Nie bez powodu też byłyśmy w tym konkretnym barze. To właśnie tutaj często zaglądali gracze po mniej lub bardziej udanym meczu. O dziwo nie zrobiło się tu przez to drożej, jedynie bardziej tłoczno.
               Wstrzymałam oddech, gdy na ostatku na lód wyjechało sławne w tym sezonie duo w postaci Danny’ego McGregora i Ivana Aleksandrova. To był ich pierwszy sezon w NHL, ale po lodowisku poruszali się w pełnej synchronizacji. Pierwszy raz od dawna Minnesota plasowała się tak wysoko w tabeli, że wielu miało nadzieję na play offy. Byłam całkiem pewna, że nie widziałam tak dobrze grających świeżaków od czasów Sidneya Crosby’ego w Pittsburgh Penguins w duecie z Jewgenijem Małkinem.
               Pierwsza tercja zdążyła się już zacząć, gdy dostałyśmy swoje zamówienie. Przez cały mecz zdążyłyśmy zamówić cztery kolejne Coorsy. Zwycięską bramkę w trzeciej tercji strzelił McGregor w asyście Sorensona i Aleksandrova. To było widowisko. Przesmyknął się między dwoma graczami Anaheim i po dwóch podaniach wrócił już przed samą bramką do krążka, który o kilka centymetrów minął lewy panel bramkarza. W całym barze wybuchły wtedy radosne okrzyki, do których dołączyłam.
               Jeśli Minnesota Lions miała jakąś przyszłość, był nią Danny McGregor. Chciałam ją zobaczyć.

Fragment NIGDY WIĘCEJ

Fragment NIGDY WIĘCEJ



Kuba
            Zakołysałem butelką piwa i odchyliłem głowę na oparciu kanapy. Nie wiedziałem, co sobie myślałem, gdy zgodziłem się przyjść z moim współlokatorem Szymonem na parapetówkę jego kumpeli ze studiów. Lidka niedawno zamieszkała z dwiema koleżankami w nowym mieszkaniu na Sadach Żoliborskich. Ze słów Szymka wywnioskowałem, że ma być to nasiadówa w wąskim gronie, ale na moje oko pojawiło się ze dwadzieścia osób i podobno brakowało jeszcze jednej z gospodyń. W zasadzie nie znałem tu nikogo poza Lidką i Szymonem.
            Z głośników niepozornie małej wieży leciał jeden z kawałków Sin Shake Sin, którego tytułu za nic nie mogłem sobie przypomnieć. Ponad umiarkowanie głośną muzyką usłyszałem dzwonek do drzwi, a Lidka, stojąca niedaleko z Szymonem, czym prędzej popędziła je otworzyć. Nie miałem nic lepszego do roboty, więc powiodłem za nią wzrokiem, aż zniknęła w przedpokoju i chwilę później wróciła z niezbyt wysoką brunetką. Tamta policzki miała zarumienione od mrozu i gorączkowo opowiadała coś Lidce, rozglądając się wokół. Długie kruczoczarne włosy odznaczały się na tle bordowego swetra, a długość nóg podkreślały ciemne rurki. Z daleka dostrzegłem też jej wyjątkowo jasne oczy, choć nie byłem w stanie sprecyzować ich koloru. Zdecydowanie była ładna, choć nie w jakiś zjawiskowy sposób. Po prostu ładna.
            – To Iga – odezwał się Szymon i odwróciłem głowę w jego stronę.
            – Kto? – zapytałem, a on wskazał w stronę dziewczyny towarzyszącej Lidce.
            – Współlokatorka Lidki – dodał.
            Przytaknąłem obojętnie i upiłem łyk piwa. Obok pojawił się jeden z kumpli Szymona i ten przedstawił mi go jako Łukasza. Chwilę pogadaliśmy, studiował z Szymonem. Ja, co prawda, byłem na elektronice, i to na innej uczelni, ale tematy mieliśmy podobne, więc dałem się wciągnąć w rozmowę. O cierpieniach mojego współlokatora na mechanice wiedziałem aż nadto. W końcu opróżniłem butelkę i wymknąłem się do kuchni. Przez moment się wahałem, czy sięgnąć po wodę czy po kolejne piwo. Zawsze obiecywałem sobie, że skończę na jednym, i nawet szczerze w to wierzyłem, ale dotychczas nigdy mi się to nie udało. Miałem jednak tylko dwa dni na ogarnięcie stu stron notatek na kolokwium i obawiałem się, że na kacu niczego się nie nauczę, bo skoro wypiję drugie piwo, to potem trzecie, czwarte… Krzywiąc się z niezadowoleniem, sięgnąłem po wodę i nalałem trochę do plastikowego kubka. W liceum zdecydowanie inaczej wyobrażałem sobie swoje imprezy studenckie, ale czasem wygrywał rozsądek, a ja cholernie chciałem mieć to zaliczenie z głowy i zapomnieć na jakiś czas o zbliżającym się kolokwium.
            – Słaba głowa? – rozległ się za mną melodyjny, dziewczęcy głos i obejrzałem się za siebie. W progu stała Iga, która przyglądała mi się z niepewnym uśmiechem.
            – Chciałbym – westchnąłem i stanąłem przodem do niej. – W poniedziałek mam do zaliczenia kobyłę, a nauka na kacu jakoś mi nie wychodzi.
            Pokiwała głową ze zrozumieniem i wyjęła butelkę piwa ze skrzynki. Otworzyła ją i upiła łyk, po czym się skrzywiła.
            – Ciepłe, fuj – mruknęła. – W zasadzie nie wiem, czego się spodziewałam – dodała głośniej. – Studiujesz z Lidką?
            Zaprzeczyłem z lekkim uśmiechem.
            – Nie, mieszkam z jej kolegą z grupy. Studiuję elektronikę na polibudzie – odpowiedziałem.
            – Czyli inżynierka? – upewniła się, a ja przytaknąłem. Iga spojrzała na mnie z ukosa, przyglądała mi się ze śmiesznie zmarszczonym nosem. – Tobie się nie dziwię, ale Lidki nie rozumiem do tej pory.
            Chwilę obracałem plastikowy kubek w dłoniach, zanim go odstawiłem na bok i oparłem się wygodnie o blat.
            – Długo się znacie? – zapytałem.
            Odsunęła pasmo włosów za ucho i przestąpiła z nogi na nogę. Z bliska jej oczy wydawały się mieszanką niebieskiego z szarym. Iga przyciągała wzrok bardziej detalami w swoim wyglądzie niż całością, ale nie zmieniłem zdania: była ładna.
            – Trochę ponad trzy lata – odpowiedziała i przytknęła butelkę do ust. Przełknęła piwo i oblizała usta, patrząc bardziej gdzieś w bok niż na mnie. – Byłyśmy razem w kole filmowym w liceum. Niby tylko przez rok, ale jakoś tak wyszło, że nadal się przyjaźnimy. – Wzruszyła ramionami i poprawiła opadający sweter. – Tak przy okazji, to jestem Iga. – Wyciągnęła rękę w moją stronę.
            – Kuba. – Uścisnąłem krótko jej drobną dłoń. – Więc, Iga, co studiujesz?
            Posłała mi niepewne spojrzenie i odchrząknęła, obejmując palcami butelkę.
            – Zarządzanie – powiedziała cicho, uciekając wzrokiem.
            – Coś z nim nie tak? – zapytałem ostrożnie.
            – W zasadzie… Nie wiem? – westchnęła. – Co można powiedzieć dwóch miesiącach studiowania?
            – Nie za wiele – przyznałem, bo przypomniałem sobie moje pierwsze tygodnie na uczelni. Głównie polegało to na kolejnych zderzeniach ze ścianą. – Jeszcze masz czas na rozpoznanie wroga.
            – Rozpoznanie wroga… – powtórzyła za mną wolno. – Podoba mi się. – Uśmiechnęła się promiennie. – Masz jeszcze jakieś dobre rady dla zagubionego pierwszaka?
            Upiłem trochę wody z kubka, żałując, że jednak nie wziąłem sobie jeszcze jednego piwa. Flirtowanie na trzeźwo było bardziej stresujące. Rozsądne decyzje bywały czasem nieco bolesne.
            – Jak przetrwasz pierwszy semestr, to resztę studiów też. A tak poważnie, to nie ma co świrować – zapewniłem ją. – Będzie ci przeszkadzać, jeśli pójdę zapalić na balkon?
            Potrząsnęła głową.
            – Tylko wezmę płaszcz – odparła, dając mi tym samym do zrozumienia, że wyjdzie razem ze mną.
            Sam też poszedłem po kurtkę, bo oprócz tego, że na dworze zdążyło się zrobić cholernie zimno, właśnie tam miałem schowane fajki.
– To niezdrowe – odezwała się Iga, otulona płaszczem, gdy już staliśmy na balkonie. Była połowa listopada i wieczór należał do tych już bardziej zimowych. Wczoraj spadł pierwszy śnieg i choć zdążył stopnieć, zostawił po sobie szczypiący chłód.
            – Niezdrowy jest też smog, a jednak wychodzisz z domu – odparowałem, przewracając oczami.
            – Dobra, masz mnie – zgodziła się. – Ale fajki są gorsze.
            Roześmiałem się i spojrzałem na nią, opierając się o barierkę. Zza przymkniętych drzwi balkonowych dochodził ciężki, powolny bit. Nie było jeszcze dziesiątej.
            – Zamierzasz się ze mną licytować?
            – Cóż… Aktualnie nie mam lepszego zajęcia – przyznała szczerze i zastukała bezdźwięcznie palcami o metalowy pręt. Paznokcie, pomalowane na czarno, miała krótko obcięte. – Nie znam nawet połowy ludzi, którzy przyszli – westchnęła.
            – Zaprosiłaś kogoś ze swoich znajomych? – zapytałem i zaciągnąłem się głęboko. Paskudny nałóg, ale nie miałem wystarczająco dużo silnej woli, żeby rzucić fajki raz, a dobrze. Na szczęście to jedyny nałóg, którego nie zdołałem się pozbyć. Wypuściłem z ust obłok dymu i wróciłem wzrokiem do Igi, która zaczęła skubać luźną nitkę przy rękawie.
            – Jedną koleżankę, ale nie mogła przyjść – odpowiedziała. – Z większością z tych dziewczyn nie mam o czym gadać. Chyba po prostu źle trafiłam. – Wymusiła uśmiech i spuściła oczy.
            – Zgrane grupy już na samym początku to raczej wyjątek niż reguła. Jeszcze masz czas się w niej odnaleźć – pocieszyłem ją.
            – Może masz rację… – westchnęła.
            – Może mam – przyznałem, trącając ją lekko w ramię.
            Zachichotała i  wsparła łokcie na barierce koło mnie. Wiał silny wiatr, a ciemne włosy zatańczyły wokół twarzy Igi. Jej policzki na powrót zaróżowiły się od zimna. Oblizała mimowolnie spękane wargi, patrząc przed siebie.
            – Wiem, że to poniekąd też moja impreza, ale co ty na to, żeby się stąd urwać? – zapytała, przetrzymując włosy w garści i zerkając na mnie spod rzęs.
            Nie spodziewałem się tego typu propozycji, ale w zasadzie moje jedyne zainteresowanie pozostaniem tutaj mieściło się na tę chwilę w osobie Igi. Szymon świetnie się sobą zajmował i nie potrzebował skrzydłowego, gdy był w swoim gronie znajomych. To ja byłem tutaj obcy, z dziewczyną, która czuła się równie obco. Zarwana noc była też o wiele łatwiejsza do odespania od kaca. Ten drugi za bardzo bolał.
            Tym sposobem wylądowaliśmy w McDonald’s na Nowym Świecie. Było już grubo po dziesiątej i ponieważ był piątek, większość lokalu wypełniali głodni imprezowicze przed wyprawą do jednego z wielu pobliskich klubów.
            – Ta dwójka udaje przyjaciół przed znajomymi, ale jestem niemal całkiem pewna, że przed końcem imprezy będą sobie wsadzać języki do gardeł. – Iga kiwnęła w stronę stolika obok nas, który obsiadła grupka osób mniej więcej w naszym wieku, i zanurzyła frytkę w ketchupie przed wrzuceniem jej do ust.
            – Skąd wiesz? – zapytałem i wgryzłem się w swojego już drugiego hamburgera.
            – Koleś położył jej rękę na tyłku przed chwilą. Potem się od siebie odsunęli – odpowiedziała Iga, wzruszając ramionami.
            – Dobra. – Odłożyłem ostatnie kilka kęsów do tekturowego opakowania i wskazałem   po skosie na przeciwny kąt boksu. – Ten koleś najpewniej zdradza swoją dziewczynę z tą laską, która siedzi obok niego.
            – A ten wniosek wysunąłeś z…?
            – Notorycznie sprawdza telefon i rozgląda się, jakby ktoś zaraz miał go przyłapać na gorącym uczynku – wyjaśniłem.
            Iga parsknęła śmiechem i oblizała palce z soli. Jadła w odwrotnej kolejności niż ja - najpierw hamburgery, potem frytki. Wyprostowała się na kanapie i poprawiła podwinięte rękawy swetra. Wzięła jedną z serwetek i zaczęła ją składać. Starannie, ale bez skupiania na niej swojej pełnej uwagi. Po kolejnych ruchach rozpoznałem, że robiła origami. Palcami wygładzała kolejne krawędzie, aż… W zasadzie nie wiem, co to miało być.
            – To miał być łabędź – wyjaśniła Iga, widząc moją konsternację, i odłożyła swoje nie do końca udane dzieło na bok. – Tylko te serwetki się do tego nie nadają.
            Przez moment myślami cofnąłem się kilka lat wstecz. Podobne okoliczności, tylko… inna dziewczyna. Potrzebowałem chwili, żeby otrząsnąć się ze wspomnień.
            – Masz jeszcze jakieś ukryte talenty? – W żółtym świetle jarzeniówek ostre rysy twarzy Igi nabrały miękkości, a ich surowość zniknęła niemal w ogóle, gdy jej usta drgnęły w uśmiechu.
            – Lubię rysować. Ale to nic specjalnego. Chyba też nawet nie talent – stwierdziła i sięgnęła po kolejną frytkę. – A co z tobą? Jakie ty masz ukryte talenty?
            Chciałbym mieć czym jej zaimponować, ale w zasadzie nic takiego nawet nie przychodziło mi do głowy. Pierwsze wyjścia z nowo poznaną dziewczyną zawsze były nieco krępujące, ale pierwszy raz zdarzyło mi się, żeby nastąpiło to jeszcze tego samego wieczoru, gdy się spotkaliśmy. Chyba że chodziło o jednonocną przygodę. Gdybym się jednak dzisiaj z nią przespał, prawdopodobnie więcej bym jej już nie zobaczył. Nawet nie próbowałem się łudzić. W Idze było jednak coś ciepłego, co mnie przyciągało. Coś, czego nie chciałem mieć wyłącznie na chwilę.
            – Nic, co przebiłoby rysowanie – odpowiedziałem, a Iga zmierzyła mnie wzrokiem.
            – Próbujesz mnie poderwać, łechtając moje ego? – W jej głosie zabrzmiały cyniczne nuty, ale niebieskoszare oczy zdradzały rozbawienie.
            – Z małą poprawką, że to robię, a nie tylko próbuję.
            Iga tylko parsknęła śmiechem i potrząsnęła głową, a pojedyncze kosmyki włosów opadły jej na twarz. Założyła je za uszy i oparła brodę na złączonych dłoniach. Przyglądała mi się z przekrzywioną głową.
            – Twoja pewność siebie nie do końca mnie przekonuje – stwierdziła po dłuższej chwili milczenia. – Nie do twarzy ci też z arogancją. Ale w sumie dawno się tak dobrze nie bawiłam, objadając fastfoodem.
            – W takim razie chyba powinniśmy to kiedyś powtórzyć.
            Iga przez moment walczyła z uśmiechem, ale w końcu się poddała.
            – Okej, niech będzie. Kiedy?
– W poniedziałek? – zaproponowałem.
– Ale tylko jeśli zdasz kolokwium – zastrzegła.
Copyright © Anna Bellon - blog autorski , Blogger