Słodki obłęd - rozdział 6

Słodki obłęd - rozdział 6

 


Rozdział 6

Weronika

            Starałam się wejść do domu najciszej jak się dało, ale na niewiele się to zdało. Nie zdążyłam odwiesić kurtki, gdy dopadła mnie Magda i zasypała gradem pytań. Jednym z nich było to, czy już się całowaliśmy. Na powrót poczułam to przyjemne ciepło, które towarzyszyło mi w samochodzie.

            – Prawie… – zaczęłam, próbując jakoś opisać sytuację sprzed chwili. – Ale w zasadzie nie.

            Magda załamała ręce.

            – Jak to prawie?

            – No bo… Ja chciałam go pocałować w policzek, a on odwrócił głowę i no… stąd to prawie.

            – Werka! – jęknęła moja siostra, po czym zaraz parsknęła śmiechem. – To zdecydowanie mogło się przytrafić właśnie tobie. Chodź, zamówiliśmy pizzę.

            – Pizzę? – zapytałam podejrzliwie. Pizza była dla nas jedzeniem na pocieszenie. Zamawialiśmy ją ile razy w życiu któregoś z nas zdarzyło się coś złego lub po prostu miał zły dzień.

            – Nie byliśmy pewni jak pójdzie twoja dzisiejsza randka, bo tak się stresowałaś, więc zamówiliśmy tak awaryjnie… – przyznała Magda.

            Skinęłam głową. Mieli prawo tak myśleć. Szczególnie, że Filip był pierwszym facetem od kilku lat, z którym spotkałam się więcej niż raz, zanim zdążyłam spanikować. Dokładnie od pięciu.

            – W takim razie nie może się zmarnować – odpowiedziałam, przywołując na twarz uśmiech, choć przyszło mi to z trudem i chwyciłam siostrę za rękę. – Mam nadzieję, że zostawiliście mi trochę pepperoni? – dodałam głośniej, żeby rodzice usłyszeli i dobiegł mnie tubalny śmiech ojca.

            Poszłam za Magdą do salonu i usiadłam na fotelu naprzeciwko siostry. Od razu dorwałam się do jednego z trzech kawałków pepperoni, których jeszcze nie zdążyli zjeść.

            – Co oglądamy? – zapytałam między kęsami. Na ekranie telewizora wyświetlały się właśnie napisy końcowe.

            – A na co masz ochotę? – odezwała się mama, wycierając dłonie w serwetkę.

            – Możemy obejrzeć Czas na miłość? – zaproponowałam, a ona zawahała się przez moment, zanim skinęła głową.

            – Okej – zgodziła się i zaczęła szukać filmu na Netflixie.

            Wiedziałam, że jeśli chciałam czegoś prawdziwego z Filipem, musiałam się w końcu pożegnać z przeszłością, na każdy możliwy sposób. Nawet jeśli oznaczało to rozdrapanie starych ran.

***

            Następnego dnia od rana piekłam. Cieszyłam się, że mam się czym zająć, bo ubiegłej nocy prawie nie zmrużyłam oka. Nie jechałam dzisiaj do pracowni, bo świętowaliśmy wieczorem pięćdziesiąte urodziny taty. Musiałam upiec tort i naszykować mały słodki bufet. Na szczęście Magda zgłosiła się na ochotnika, bo sama nie ogarnęłabym tego w jeden dzień, nawet stercząc w kuchni od świtu. O ósmej studziły mi się już blaty z biszkoptu, ale czekała mnie jeszcze masa pracy.

            Po dziesiątej wstawiałam właśnie drugą blachę babeczek, gdy zadzwonił Filip. Odebrałam i włączyłam go na głośnik.

            – Halo?

            – Cześć, zastanawiałem się właśnie co robisz i czy mogę cię gdzieś porwać – oznajmił wprost swoje zamiary.

            – Dzisiaj nie dam rady… - westchnęłam, szczerze rozczarowana. – Z Magdą szykujemy słodkości na urodziny taty, więc nie prędko wyjdę z kuchni. Chyba że masz ochotę nam pomóc?  – wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język i nie byłam pewna, kogo bardziej zaszokowałam tą propozycją - siebie, czy Filipa, bo odpowiedziało mi przedłużające się milczenie. Magda, która była świadkiem całej rozmowy, wpatrywała się we mnie z wyrazem szoku na twarzy.

            – Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – zapytał w końcu. Serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Postanowiłam jednak nie tchórzyć.

            – Płacę w babeczkach – odpowiedziałam, skubiąc rąbek fartuszka.

            – Będę za pół godziny – obiecał, rozłączając się, zanim którekolwiek z nas zdążyło się wycofać. Odłożyłam telefon na bok i spojrzałam na zegarek.

            – Oszalałam, prawda? – zwróciłam się do Magdy, która wciąż nie odezwała się nawet słowem.

            – Odrobinę – zgodziła się i ścisnęła moje ramię. – Idź się ogarnąć, a ja przypilnuję babeczek.

            Przytaknęłam, odwiązując fartuszek. Gdy wstałam, przebrałam się jedynie z piżamy i umyłam zęby. Nawet nie rozczesałam włosów, tylko od razu spięłam je w kitkę. W zasadzie nie wyglądałam wiele bardziej wyjściowo niż tuż po przebudzeniu.

            – Okej, tak zrobię, dzięki. – Odetchnęłam głęboko, zerkając jeszcze raz na zegarek. Doprawdy oszalałam.

            – Werka, jeszcze jedno! – zawołała za mną siostra, gdy już wychodziłam z kuchni i obróciłam się przez ramię. – Ma naprawdę seksowny głos.

            Parsknęłam śmiechem, potrząsając głową, choć miała stuprocentową rację, czy tego chciałam, czy nie. Poszłam do swojego pokoju i nastawiłam w smartwatchu minutnik na kwadrans. Wolałam nie ryzykować. Od razu się przebrałam w sprane dżinsy i koszulkę, która dla odmiany nie miała plam z czekolady. Przypudrowałam twarz, umalowałam rzęsy, nałożyłam błyszczyk do ust i już miałam wyjść z łazienki dumna, że wyrobiłam w dziesięć minut, gdy dostrzegłam gniazdo na swojej głowie. Zdecydowanie powinnam się uczesać. I chociaż pościelić łóżko, choć szczerze wątpiłam, że Filip miałby zobaczyć mój pokój. Przynajmniej nie teraz. A może? Jęknęłam i uporządkowałam jeszcze bałagan na biurku. Tak w razie czego.

Zanim skończyłam, już dawno minął kwadrans i ledwo zeszłam na dół, gdy usłyszałam dźwięk silnika. Nie miałam wątpliwości, że to volvo Filipa. Przystanęłam przy schodach i musiałam zaczekać tylko krótką chwilę, zanim rozległ się dźwięk dzwonka. Wolnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi wejściowych, żeby nie wydało się, że czatowałam zaledwie kilka metrów od nich. Otworzyłam je i zobaczyłam w progu Filipa. A zaraz potem spojrzałam na jego koszulkę i parsknęłam śmiechem.

– Ta koszulka to przypadek? – zapytałam rozbawiona.

Nadruk z Krzykiem Muncha i napisem „Do not panic” były aż nazbyt wymowne, by być przypadkowe, co do tego nie miałam za bardzo wątpliwości.

– Nie, w zasadzie to nie – odpowiedział szczerze. – Pomyślałem, że nastroje mogą zrobić się nerwowe, skoro przed nami tyle pracy, a ja prawdopodobnie będę bardziej przeszkadzał niż pomagał. Powinienem cię wcześniej uprzedzić, że raz próbowałem upiec babeczki z gotowej mieszanki i mi nie wyszły?

– Mogłeś, ale skoro już tu jesteś… – Wzruszyłam ramionami i wpuściłam go do środka. – Jakoś damy sobie radę. Zobaczymy, co z ciebie będzie, Iskra.

Uśmiechnął się szeroko i nachylił się, żeby pocałować mnie policzek. Świeży, lekko ostry zapach jego wody po goleniu popieścił moje nozdrza i z miejsca przypomniał mi się wczorajszy wieczór. Wnętrze jego samochodu pachniało dokładnie tak samo.

W tle leciała playlista, którą Magda dla mnie stworzyła. Puszczałam ją, ile razy piekłam coś w domu. Moja siostra miała specyficzny gust muzyczny, było więc tam dosłownie wszystko. Od starych hitów w stylu Depeche Mode, przez In This Moment, aż po jakieś mniej znane zespoły. Gdy usłyszeliśmy początek Firelight Within Temptation, wymieliśmy z Filipem spojrzenia, zanim weszliśmy do kuchni. Magda podniosła na nas wzrok, ledwo przekroczyliśmy próg i uśmiechnęła się szeroko na widok Filipa. Byłam niemal pewna, że nigdy nie zareagowała tak na mnie.

– Magda, to jest właśnie Filip – przedstawiłam ich sobie, lekko zdenerwowana. Od pięciu lat nie przyprowadziłam do domu żadnego faceta, a tego znalazłam zaledwie kilka dni. – Filip, to moja młodsza siostra, Magda.

Magda automatycznie chciała uścisnąć jego wyciągniętą dłoń na powitanie, ale spojrzała na swoje dłonie umazane w cieście i zrezygnowała z tego pomysłu.

– Miło cię poznać, ale podawanie ci ręki to zły pomysł – zaśmiała się. – Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt przywiązany do tych ciuchów, bo nie obiecujemy, że wyjdziesz z tego czysty.

– W razie czego będę miał pamiątkę – stwierdził rozbawiony. – Jakieś zasady, których powinienem przestrzegać?

– Tylko jednej. – Siostra kiwnęła głową w moją stronę. – Ona rządzi.

Filip spojrzał na mnie i jego usta drgnęły w uśmiechu.

– Tak jest, prze pani – odpowiedział. – To co mam robić?

***

Filip

            Kuchnia nigdy nie była moim ulubionym miejscem w domu. Nauczyłem się gotować, gdy zamieszkałem sam, ale zazwyczaj były to mało skomplikowane dania, które nie zajmowały dużo czasu. Do pieczenia miałem kilka podejść, ale nie skłamałem mówiąc, że spieprzyłem nawet babeczki z gotowej mieszanki. Obserwowanie więc Weroniki przy pracy było dla mnie na swój sposób fascynujące. Łapałem się na tym, że zamiast robić to, o co mnie poprosiła, zdarzało mi się zagapić, na czym nawet zostałem kilka razy przyłapany. Wywoływało to jednak rumieńce na twarzy Werki i przez to jeszcze trudniej było mi oderwać od niej wzrok. Jak teraz. Odchrząknęła i podeszła do mnie, żeby sprawdzić konsystencje ganache’u, którego mieliśmy użyć jako dripa do tortu. Uczyłem się dzisiaj także wielu nowych słów.

            Zanurzyła łopatkę w masie i przez chwilę patrzyła jak spływa z powrotem do miski.

            – Jeszcze będą z ciebie ludzie – stwierdziła i nic nie mogłem na to poradzić, poczułem odrobinę dumy. – Chcesz mi pomóc z tynkowaniem tortu?

            Zrobiłem wielkie oczy i spojrzałem najpierw na Werkę, a potem na stos biszkoptów przełożonych dwoma rodzajami kremów oraz wiśniową frużeliną. Już teraz wyglądało to dobrze.

            – A czy można to w razie czego potem poprawić? – upewniłem się, a Weronika przytaknęła.

            – Chociaż spróbuj, ja w razie czego poprawię.

            Wzięła sobie dzisiaj za punkt honoru, żeby nauczyć mnie jak najwięcej i musiałem przyznać, nie oszczędzała mnie. Nie żebym miał coś przeciwko byciu wykorzystywanym przez Weronikę. Po wyciągnięciu jej do Exodusu uznawałem to za pewny rodzaj rewanżu z jej strony. Wciąż jednak nie spodziewałem się, że tak szybko poznam jej siostrę. Były do siebie podobne pod wieloma względami, ale to Magda okazała się być totalną gadułą. Przy pracy dużo żartowaliśmy i rozmawialiśmy na różne luźne tematy. A czasem też śpiewaliśmy, okropnie fałszując. Naszą wersję Strangelove Depeche Mode słyszało pewnie pół dzielnicy. Niestety nie odziedziczyłem nawet grama talentu, który posiadał mój starszy brat.

            Tynkowanie tortu. To nie mogło być chyba takie trudne, pomyślałem, biorąc do ręki szpatułkę do nakładania kremu. Nabrałem trochę, nałożyłem na wierzchni blat i zacząłem rozprowadzać pod czujnym okiem Weroniki. Lekko drżały mi ręce. Naprawdę chciałem zrobić to dobrze. Odetchnąłem głęboko dopiero, gdy się wyprostowałem i uznałem, że chyba już.

            – Całkiem nieźle jak na pierwszy raz – pochwaliła mnie, obracając deskę, na której stał tort. – Daj, poprawię w jednym miejscu, bo jest prześwit. – Wyciągnęła rękę po szpatułkę i musnęła palcami wnętrze mojej dłoni. Spojrzeliśmy na siebie i zaraz każde z nas skierowało wzrok w inną stronę, a Weronika poprawiła tynkowanie tortu. Kończyła właśnie dekorację, gdy usłyszeliśmy, że ktoś parkuje na podjeździe.

            – To moi rodzice. – Weronika zerknęła w stronę okna. – Możesz wyjść od strony ogrodu, jeśli chcesz – zwróciła się do mnie i zawahałem się tylko przez krótką chwilę. Jeśli chciałem od Weroniki czegoś więcej, jak tylko przelotnej znajomości, a podskórnie czułem, że to nie wchodziło w opcję, nie mogłem teraz tchórzyć. Czasem po prostu się wie, że to może być to.

            – Nie – zaprzeczyłem. – Pewnie i tak widzieli już mój samochód pod waszym domem.

            Przytaknęła i minęła może minuta, zanim rozległ się szczęk zamka w drzwiach. Po chwili w progu kuchni stanęli rodzice Weroniki obładowani zakupami, które zaraz z braku miejsca na blacie, odstawili na podłogę. Jej tata był postawnym mężczyzną o szerokich barkach. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, służył w straży pożarnej. Sam jego zawód budził we mnie pewien rodzaj respektu. Pani Adamczyk natomiast wydawała się być straszą wersją swojej młodszej córki. Weronika także odziedziczyła po niej sporo cech wyglądu, ale szare oczy miała po tacie.  

            Weronika wytarła ręce w ścierkę i przedstawiła mnie swoim rodzicom. Nie określała przy tym w żaden sposób charakteru naszej znajomości, przez co byłem skłonny przypuszczać, że musiała im wcześniej o mnie wspominać. Mile połechtało to moje ego.

            Uścisk dłoni pana Adamczyka był tak silny, jak się tego spodziewałem. Niemal miażdżył kości, ale nie dałem po sobie nic znać. Nie miałem wątpliwości, że miałbym przerąbane, jeśli skrzywdziłbym jego córkę, nawet jeśli w tym konkretny momencie się do mnie uśmiechał.

            – Filip, zostaniesz na obiad? – Mama Weroniki zupełnie zaskoczyła mnie tą propozycją. W zasadzie miałem w planach prędko się ewakuować. Wymieniłem spojrzenia z Werką, która nieznacznie skinęła głową na znak, że powinienem się zgodzić. Zrobiłem to więc.

            – Chętnie – odpowiedziałem.

            – Świetnie – odparła pani Adamczyk z uśmiechem. – Jak znam Nikę, nieźle cię wymęczyła przy tym wszystkim. – Wskazała na blat zastawiony górą słodkości.

            – Tylko odrobinę – zaśmiałem się.

            – Całkiem dobrze to zniosłeś – pochwaliła mnie, przelotnie dotykając mojego ramienia. – Co na obiad?

Słodki obłęd - rozdział 5

Słodki obłęd - rozdział 5

 


Weronika

            Nie do końca wiedziałam, jak się ubrać. Byłam już wcześniej na kilku koncertach, ale nigdy w ramach randki. W końcu pożyczyłam sukienkę w kwiaty od Magdy i wygrzebałam z szafy martensy, których nie nosiłam odkąd skończyłam liceum. Zrobiłam też mocniejszy niż zwykle makijaż.

             Z Filipem umówiłam się w metrze. Gdy wysiadłam z pociągu, czekał już na mnie na stacji. Miał na sobie spraną koszulkę The Clash i uśmiechnęłam się pod nosem na ten widok. Jego czarne spodnie z dziurami i skórzane buty za kostkę tylko utwierdziły mnie w tym, że odpowiednio się ubrałam.

            – Wyglądasz… wow – skomentował Filip z uznaniem i poczułam, że się rumienię. Wystarczyło tylko tyle.

            – Dzięki – odpowiedziałam, uśmiechając się i chwyciłam go pod rękę. – Twój brat wie, że mnie ze sobą zabierasz?

            – Tak, był u mnie dzisiaj rano i nie może się doczekać, aż cię pozna – oznajmił lekkim tonem, ale poczułam jak mój żołądek ściska się z nerwów. Wątpiłam, że Filip stresowałby się tak przed poznaniem Magdy. Miałam wrażenie, że mało co go peszy. Emanował dzisiaj pewnością siebie, której zdecydowanie mu zazdrościłam.

            – Czuję teraz presję – przyznałam szczerze.

            – Artur już cię lubi, odkąd tylko dowiedział się, że pieczesz – zapewnił mnie ze śmiechem.

            – Cholera, mogłam zrobić babeczki w ramach wkupnego – powiedziałam to żartobliwie, ale w rzeczywistości nie byłby to taki głupi pomysł. Jeśli Artur był takim łasuchem jak jego brat, z miejsca zarobiłabym jakieś ekstra punkty.

            – Spokojnie, jeszcze nie raz zdążysz to nadrobić – odparł Filip i znaczenie tych słów dotarło do mnie z opóźnieniem. Planował już kolejne spotkania i musiałam przyznać, że ja też. Znaliśmy się ledwo kilka dni, a już teraz odczuwałam ten dziwny, niewytłumaczalny rodzaj pewności, że to może być to. Że to może być facet, w którym mogłabym się zakochać.

            Exodus okazał się być całkiem sporym lokalem, większym niż sobie to wyobrażałam. W środku było też zdecydowanie więcej ludzi, niż się spodziewałam. Większość stolików zostało już zajętych, coraz więcej osób gromadziło się pod sceną, szczególnie dziewczyn. Filip poprowadził mnie za sobą w stronę baru, za którym dwóch chłopaków uwijało się jak w ukropie. Myślałam, że będziemy czekać dłuższą chwilę, jednak jeden z nich od razu do nas podszedł. Moją uwagę od razu przykuły tatuaże na jego rękach, ale w tym świetle nie byłam w stanie ich rozczytać. Filip przedstawił mi go jako Kubę.

            – Co dla ciebie? – zapytał Kuba z uśmiechem, który z pewnością zapewniał mu niezłe napiwki ze stroni płci pięknej.

            – Coś owocowego i niezbyt mocnego.

            – Ok, zrobię ci drinka, którego lubi moja dziewczyna – odpowiedział.

            – Będzie Iga? – wtrącił Filip. Domyśliłam się, że Iga musiała być dziewczyną Kuby.

            – Już jest, siedzi z Dominiką. – Kiwnął głową w stronę stolika, przy której siedziały dwie dziewczyny. Brunetka i blondynka. Ta pierwsza jakby wyczuła, że o nich mowa, bo odwróciła się i posłała buziaka w stronę Kuby, na co jej towarzyszka przewróciła oczami.

            Dopiero teraz zrozumiałam, w co się wpakowałam. Nastawiłam się na poznanie Artura, ale zupełnie nie pomyślałam, z jaką ilością nowych ludzi będę musiała się zmierzyć. Przez moment poczułam się przytłoczona. Na szczęście Filip zaprowadził nas do pustego stolika dla dwóch osób. Mieliśmy stąd widok na scenę.

            – Długo znasz Kubę? – zaciekawiłam się.

            – Odkąd tu pracuje, czyli jakieś dwa albo trzy lata… Mam wrażenie, że jest tu od zawsze.

            Zaczęłam bawić się słomką w swoim drinku.

            – Muszę ci się do czegoś przyznać… – zaczęłam, zerkając na Filipa. – Na początku trochę spanikowałam, że tak szybko chcesz mnie wciągnąć do swojego świata – powiedziałam, rozglądając się po barze. – Znajomi, brat…

            Filip nerwowo przeczesał włosy.

            – To była mocno spontaniczna propozycja – przyznał. – Przez moment nawet zastanawiałem się, czy cię nie wystraszyłem i rzeczywiście się pojawisz.

            – Przemknęło mi to przez myśl – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. W ciągu dnia miałam moment paniki. Wygrała jednak ciekawość i chęć ponownego spotkania się z Filipem.

            – Cieszę się, że jednak postanowiłaś przyjść.

            Oczy Filipa w tym świetle były jak płynna czekolada. Mimo speszenia, nie mogłam oderwać od nich wzroku. Przeszkodziło mi dopiero chrząknięcie, które usłyszałam z boku i gdy spojrzałam w stronę, z którego doszedł dźwięk, nie miałam wątpliwości, że patrzyłam właśnie na Artura. W przeciwieństwie do młodszego brata miał jasne włosy, wydawał się nieco wyższy i bardziej umięśniony, jednak żaden nie wyrzekłby się pokrewieństwa z drugim. Miałam pewność, że u nich uroda jest cechą rodzinną.

            – Weronika, prawda? – zwrócił się do mnie Artur po wymienieniu powitań z bratem, a jego głos był jednocześnie słodki jak miód i głęboki jak ocean. Jeśli Filip miejscami mnie onieśmielał, to Artur zmieniał mnie w jąkającą się galaretę, co uświadomiłam sobie, gdy w pierwszej chwili z mojego gardła wydobył się bliżej nieokreślony dźwięk. Z zażenowania miałam ochotę zapaść się pod ziemię. W pierwszej chwili myślałam, że chodziło o to, że jest przystojny, ale Filip pod tym względem niczym mu nie ustępował. Młodszy z braci jednak wywoływał we mnie zupełnie inne uczucia, które nie miały nic wspólnego ze stresem jako takim. Wiedziałam już, że nawet przelotny, zupełnie niewinny dotyk Filipa sprawiał, że mrowiła mnie skóra.

            – Cześć – udało mi się wydukać i uniosłam się z krzesła, żeby uścisnąć jego dłoń. – Artur, zgadza się?

            – Jesteśmy aż tak podobni? – zaśmiał się gardłowo i wymienił spojrzenia z Filipem, który tylko wzruszył ramionami.

            – Aż tak – przyznałam, sięgając po swojego drinka.

            – Zostaniecie chwilę po koncercie? Robert urwie mi łeb, jeśli za dwie minuty nie wyjdziemy na scenę.

            – Zostaniemy – odpowiedzieliśmy zgodnie z moim towarzyszem i wymieniliśmy spojrzenia. Uśmiech Filipa sięgał oczu.

            – Chcesz iść pod scenę, czy wolisz zostać tutaj?  – zapytał jeszcze, gdy jego brat zdążył się już od nas oddalić.

            – Chyba wolę zostać tutaj – przyznałam i upiłam łyk swojego drinka. Był smaczny i owocowy, dokładnie tak jak lubiłam. – Przychodzisz na wszystkie koncerty brata?

– Staram się – westchnął. – Obiecałem mu już wcześniej, że dzisiaj wpadnę.

– Rozumiem – odpowiedziałam i posłałam mu szczery uśmiech, bo przez moment wyglądał, jakby czuł się winny, że mnie zaprosił. Dobrze jednak było wiedzieć, że Filip dotrzymuje słowa danego bratu. Gdybym obiecała coś Magdzie, też nie chciałabym jej rozczarować. – Całe wieki nie byłam na koncercie, więc w sumie dobrze się składa. – Wzruszyłam ramionami i rysy Filipa zmiękły, jakby moje słowa przyniosły mu ulgę.

Ze sceny dobiegły mnie dźwięki strojonej gitary elektrycznej i odwróciłam głowę. Artur stał na scenie z pochyloną głową i trącał palcami struny. Punktowe światła oświetlały tylko jedną stronę jego twarzy. W tym konkretnym momencie bracia wydawali mi się zupełnie różni. Jak ogień i woda.

Repertuar Sins & Secrets, bo tak nazywał się zespół Artura, był mieszanką coverów i autorskich piosenek. Jak zdradził mi w międzyczasie Filip, część tekstów napisał Kuba stojący za barem. Kilka coverowanych kawałków rozpoznałam, ale niektórych nie kojarzyłam w ogóle. Wtedy zwykle z pomocą przychodził Filip. W przerwach między jedną a drugą piosenką prowadziliśmy krótkie rozmowy i w pewnym momencie przyłapałam się na tym, że naprawdę dobrze się bawię, choć z pewnością nie była to typowa randka.

            Koncert finalnie trwał trochę ponad czterdzieści minut i po nim posiedzieliśmy w barze jeszcze drugie tyle. Artur przy dłuższej rozmowie wydawał mi się już mniej onieśmielający. Przysiadł się do nas, choć z początku obawiałam się, że będzie próbował nas wciągnąć do swojej grupki znajomych, którzy teraz tłoczyli się w jednej loży. Pasował mi taki układ.

            Rozmawialiśmy o muzyce, a w końcu także o plakatach Filipa, które wisiały w Exodusie, w tym jak się okazało, jeden tkwił nad stolikiem przy którym siedzieliśmy. Młodszy z braci wydawał się nieco speszony, gdy starszy opowiadał o jego pracach z dumą. Ja za to byłam szczerze zafascynowana Filipem, choć przyznawałam to przed samą sobą z trudem. Dotychczas nie wierzyłam, że można poznać kogoś i niemal z miejsca dojść do wniosku, że to ta właściwa osoba. Do teraz, choć w głębi duszy czułam też strach przed rozczarowaniem.

            Gdy wychodziliśmy z baru, Filip nalegał, żeby mnie odwieźć. Sam mieszkał dosłownie dwie ulice od Exodusu. Wtedy zorientowałam się, że planował to od samego początku i z pewnością dlatego przez cały wieczór sączył piwo bezalkoholowe. Nie zdradziłam się jednak ze swoimi podejrzeniami i przylgnęłam do jego ramienia, gdy mijaliśmy grupkę nieco podpitych legionistów. No tak, był dzisiaj mecz z Wisłą. Już miałam na końcu języka, że jestem za Legią, ale na szczęście nas nie zaczepili.

            – Lubisz piłkę nożną? – zapytałam z ciekawości, gdy oddaliśmy się już znacznie od kiboli.

            – Czasem oglądam mecze, ale bardziej dla towarzystwa – przyznał. – Jakieś mistrzostwa świata i tego typu rzeczy, choć kibicowanie polskiej reprezentacji zakrawa o masochizm. A ty?

            – Wiem, kiedy jest spalony – zaśmiałam się. – Zdarza mi się oglądać coś z tatą, ale to tyle. Moja siostra bardziej się wkręciła i gra nawet w szkolnej drużynie.

            Filip zagwizdał z uznaniem.

            – No nieźle.

            Gdy doszliśmy do jego samochodu, zawahałam się.

            – Na pewno chcesz tracić czas, żeby odwieźć mnie aż na Włochy? – zapytałam.

            – Werka, to mniej niż dwadzieścia minut w jedną stronę, a komunikacją o tej porze tłukłabyś się do domu prawie godzinę – odpowiedział. – Wsiadaj.

            Otworzyłam usta, żeby jeszcze zaprotestować, ale zaraz je zamknęłam, gdy Filip posłał mi spojrzenie, które mówiło mi, że dla niego nie było tu pola do dyskusji. Westchnęłam w kapitulacji i wsiadłam do jego volvo. Gdy tylko odpalił silnik, z głośników popłynęło  The Reckoning Within Temptation i uśmiechnęłam się pod nosem. W schowku w samochodzie trzymałam całą ich dyskografię. Kolejny punkt dla Filipa.

            Nie za wiele rozmawialiśmy w drodze powrotnej, jeśli nie licząc kilku wskazówek, których udzieliłam Filipowi w kwestii dojazdu na miejsce. Kusiło mnie pokierować go nieco dłuższą drogą, żeby spędzić z nim jeszcze trochę czasu, ale z trudem się przed tym powstrzymałam. Ten wieczór musiał się kiedyś skończyć, czy tego chciałam, czy nie.

            Gdy zatrzymaliśmy się pod moim domem, z rozczarowaniem zerknęłam na światło palące się w salonie. Rodzice lub Magda z pewnością słyszeli samochód Filipa parkujący na podjeździe i wiedziałam, że jeśli nie wejdę zaraz do domu, zaraz będą czatować pod drzwiami.

            – Dzięki za podwózkę – zwróciłam się do Filipa i nachyliłam się, żeby pocałować go w policzek, ale akurat obrócił głowę i wargami musnęłam kącik jego ust. Uderzyła mnie fala gorąca i cofnęłam się tak gwałtownie, że uderzyłam łokciem o deskę rozdzielczą. Z trudem zdusiłam w sobie jęk, zapadając się w fotelu pasażera. Nakryłam dłońmi ciepłe z zażenowania policzki i potrzebowałam chwili, zanim odważyłam się choćby zerknąć na Filipa.

            – Nie ma za co – odpowiedział i gdy spojrzałam w jego stronę, przyglądał mi się z szelmowskim uśmiechem.

            Z głośników leciało właśnie Firelight i wymieniliśmy ze sobą spojrzenia.

When all the days go by a firelight

We'll never fade out in the night

And we are estranged, we're drawn to the flame

We are like fire to the rain

Isn't it strange that love is in the way?[1]

            Przełknęłam ślinę i chwyciłam za klamkę.

            – Powinnam już iść – odezwałam się.

            Filip skinął głową i wysiadłam z auta. Miałam już zatrzasnąć za sobą drzwi, kiedy zatrzymał mnie jego głos:

            – Weronika, zaczekaj!

            Gdy pochyliłam się, opierając dłoń na dachu samochodu, zauważyłam, że wychylił się w moją stronę ze swojego fotela.

            – Kiedy się zobaczymy? – zapytał.

            Mimowolnie uśmiechnęłam się na to pytanie.

            – Wkrótce – obiecałam.



[1] Within Tempatation Firelight

Copyright © Anna Bellon - blog autorski , Blogger