Słodki obłęd - rozdział 6
Rozdział 6
Weronika
Starałam
się wejść do domu najciszej jak się dało, ale na niewiele się to zdało. Nie
zdążyłam odwiesić kurtki, gdy dopadła mnie Magda i zasypała gradem pytań.
Jednym z nich było to, czy już się całowaliśmy. Na powrót poczułam to przyjemne
ciepło, które towarzyszyło mi w samochodzie.
–
Prawie… – zaczęłam, próbując jakoś opisać sytuację sprzed chwili. – Ale w
zasadzie nie.
Magda
załamała ręce.
–
Jak to prawie?
–
No bo… Ja chciałam go pocałować w policzek, a on odwrócił głowę i no… stąd to
prawie.
–
Werka! – jęknęła moja siostra, po czym zaraz parsknęła śmiechem. – To
zdecydowanie mogło się przytrafić właśnie tobie. Chodź, zamówiliśmy pizzę.
–
Pizzę? – zapytałam podejrzliwie. Pizza była dla nas jedzeniem na pocieszenie. Zamawialiśmy
ją ile razy w życiu któregoś z nas zdarzyło się coś złego lub po prostu miał
zły dzień.
–
Nie byliśmy pewni jak pójdzie twoja dzisiejsza randka, bo tak się stresowałaś,
więc zamówiliśmy tak awaryjnie… – przyznała Magda.
Skinęłam
głową. Mieli prawo tak myśleć. Szczególnie, że Filip był pierwszym facetem od
kilku lat, z którym spotkałam się więcej niż raz, zanim zdążyłam spanikować. Dokładnie
od pięciu.
–
W takim razie nie może się zmarnować – odpowiedziałam, przywołując na twarz
uśmiech, choć przyszło mi to z trudem i chwyciłam siostrę za rękę. – Mam
nadzieję, że zostawiliście mi trochę pepperoni? – dodałam głośniej, żeby
rodzice usłyszeli i dobiegł mnie tubalny śmiech ojca.
Poszłam
za Magdą do salonu i usiadłam na fotelu naprzeciwko siostry. Od razu dorwałam
się do jednego z trzech kawałków pepperoni, których jeszcze nie zdążyli zjeść.
–
Co oglądamy? – zapytałam między kęsami. Na ekranie telewizora wyświetlały się
właśnie napisy końcowe.
–
A na co masz ochotę? – odezwała się mama, wycierając dłonie w serwetkę.
–
Możemy obejrzeć Czas na miłość? – zaproponowałam, a ona zawahała się przez
moment, zanim skinęła głową.
–
Okej – zgodziła się i zaczęła szukać filmu na Netflixie.
Wiedziałam,
że jeśli chciałam czegoś prawdziwego z Filipem, musiałam się w końcu pożegnać z
przeszłością, na każdy możliwy sposób. Nawet jeśli oznaczało to rozdrapanie
starych ran.
***
Następnego
dnia od rana piekłam. Cieszyłam się, że mam się czym zająć, bo ubiegłej nocy
prawie nie zmrużyłam oka. Nie jechałam dzisiaj do pracowni, bo świętowaliśmy
wieczorem pięćdziesiąte urodziny taty. Musiałam upiec tort i naszykować mały
słodki bufet. Na szczęście Magda zgłosiła się na ochotnika, bo sama nie
ogarnęłabym tego w jeden dzień, nawet stercząc w kuchni od świtu. O ósmej
studziły mi się już blaty z biszkoptu, ale czekała mnie jeszcze masa pracy.
Po
dziesiątej wstawiałam właśnie drugą blachę babeczek, gdy zadzwonił Filip.
Odebrałam i włączyłam go na głośnik.
–
Halo?
–
Cześć, zastanawiałem się właśnie co robisz i czy mogę cię gdzieś porwać –
oznajmił wprost swoje zamiary.
–
Dzisiaj nie dam rady… - westchnęłam, szczerze rozczarowana. – Z Magdą szykujemy
słodkości na urodziny taty, więc nie prędko wyjdę z kuchni. Chyba że masz
ochotę nam pomóc? – wypaliłam, zanim
zdążyłam ugryźć się w język i nie byłam pewna, kogo bardziej zaszokowałam tą
propozycją - siebie, czy Filipa, bo odpowiedziało mi przedłużające się
milczenie. Magda, która była świadkiem całej rozmowy, wpatrywała się we mnie z wyrazem szoku na twarzy.
–
Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – zapytał w końcu. Serce omal nie wyskoczyło
mi z piersi. Postanowiłam jednak nie tchórzyć.
–
Płacę w babeczkach – odpowiedziałam, skubiąc rąbek fartuszka.
–
Będę za pół godziny – obiecał, rozłączając się, zanim którekolwiek z nas
zdążyło się wycofać. Odłożyłam telefon na bok i spojrzałam na zegarek.
–
Oszalałam, prawda? – zwróciłam się do Magdy, która wciąż nie odezwała się nawet
słowem.
–
Odrobinę – zgodziła się i ścisnęła moje ramię. – Idź się ogarnąć, a ja przypilnuję
babeczek.
Przytaknęłam,
odwiązując fartuszek. Gdy wstałam, przebrałam się jedynie z piżamy i umyłam zęby.
Nawet nie rozczesałam włosów, tylko od razu spięłam je w kitkę. W zasadzie nie
wyglądałam wiele bardziej wyjściowo niż tuż po przebudzeniu.
–
Okej, tak zrobię, dzięki. – Odetchnęłam głęboko, zerkając jeszcze raz na
zegarek. Doprawdy oszalałam.
–
Werka, jeszcze jedno! – zawołała za mną siostra, gdy już wychodziłam z kuchni i
obróciłam się przez ramię. – Ma naprawdę seksowny głos.
Parsknęłam
śmiechem, potrząsając głową, choć miała stuprocentową rację, czy tego chciałam,
czy nie. Poszłam do swojego pokoju i nastawiłam w smartwatchu minutnik na
kwadrans. Wolałam nie ryzykować. Od razu się przebrałam w sprane dżinsy i
koszulkę, która dla odmiany nie miała plam z czekolady. Przypudrowałam twarz,
umalowałam rzęsy, nałożyłam błyszczyk do ust i już miałam wyjść z łazienki
dumna, że wyrobiłam w dziesięć minut, gdy dostrzegłam gniazdo na swojej głowie.
Zdecydowanie powinnam się uczesać. I chociaż pościelić łóżko, choć szczerze
wątpiłam, że Filip miałby zobaczyć mój pokój. Przynajmniej nie teraz. A może? Jęknęłam
i uporządkowałam jeszcze bałagan na biurku. Tak w razie czego.
Zanim
skończyłam, już dawno minął kwadrans i ledwo zeszłam na dół, gdy usłyszałam
dźwięk silnika. Nie miałam wątpliwości, że to volvo Filipa. Przystanęłam przy
schodach i musiałam zaczekać tylko krótką chwilę, zanim rozległ się dźwięk
dzwonka. Wolnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi wejściowych, żeby nie wydało
się, że czatowałam zaledwie kilka metrów od nich. Otworzyłam je i zobaczyłam w
progu Filipa. A zaraz potem spojrzałam na jego koszulkę i parsknęłam śmiechem.
– Ta koszulka to
przypadek? – zapytałam rozbawiona.
Nadruk z Krzykiem
Muncha i napisem „Do not panic” były aż nazbyt wymowne, by być przypadkowe, co
do tego nie miałam za bardzo wątpliwości.
– Nie, w
zasadzie to nie – odpowiedział szczerze. – Pomyślałem, że nastroje mogą zrobić
się nerwowe, skoro przed nami tyle pracy, a ja prawdopodobnie będę bardziej
przeszkadzał niż pomagał. Powinienem cię wcześniej uprzedzić, że raz próbowałem
upiec babeczki z gotowej mieszanki i mi nie wyszły?
– Mogłeś, ale
skoro już tu jesteś… – Wzruszyłam ramionami i wpuściłam go do środka. – Jakoś
damy sobie radę. Zobaczymy, co z ciebie będzie, Iskra.
Uśmiechnął się
szeroko i nachylił się, żeby pocałować mnie policzek. Świeży, lekko ostry
zapach jego wody po goleniu popieścił moje nozdrza i z miejsca przypomniał mi
się wczorajszy wieczór. Wnętrze jego samochodu pachniało dokładnie tak samo.
W tle leciała
playlista, którą Magda dla mnie stworzyła. Puszczałam ją, ile razy piekłam coś
w domu. Moja siostra miała specyficzny gust muzyczny, było więc tam dosłownie
wszystko. Od starych hitów w stylu Depeche Mode, przez In This Moment, aż po jakieś
mniej znane zespoły. Gdy usłyszeliśmy początek Firelight Within
Temptation, wymieliśmy z Filipem spojrzenia, zanim weszliśmy do kuchni. Magda
podniosła na nas wzrok, ledwo przekroczyliśmy próg i uśmiechnęła się szeroko na
widok Filipa. Byłam niemal pewna, że nigdy nie zareagowała tak na mnie.
– Magda, to jest
właśnie Filip – przedstawiłam ich sobie, lekko zdenerwowana. Od pięciu lat nie
przyprowadziłam do domu żadnego faceta, a tego znalazłam zaledwie kilka dni. –
Filip, to moja młodsza siostra, Magda.
Magda automatycznie
chciała uścisnąć jego wyciągniętą dłoń na powitanie, ale spojrzała na swoje dłonie
umazane w cieście i zrezygnowała z tego pomysłu.
– Miło cię
poznać, ale podawanie ci ręki to zły pomysł – zaśmiała się. – Mam nadzieję, że
nie jesteś zbyt przywiązany do tych ciuchów, bo nie obiecujemy, że wyjdziesz z
tego czysty.
– W razie czego
będę miał pamiątkę – stwierdził rozbawiony. – Jakieś zasady, których powinienem
przestrzegać?
– Tylko jednej.
– Siostra kiwnęła głową w moją stronę. – Ona rządzi.
Filip spojrzał
na mnie i jego usta drgnęły w uśmiechu.
– Tak jest, prze
pani – odpowiedział. – To co mam robić?
***
Filip
Kuchnia
nigdy nie była moim ulubionym miejscem w domu. Nauczyłem się gotować, gdy
zamieszkałem sam, ale zazwyczaj były to mało skomplikowane dania, które nie
zajmowały dużo czasu. Do pieczenia miałem kilka podejść, ale nie skłamałem mówiąc,
że spieprzyłem nawet babeczki z gotowej mieszanki. Obserwowanie więc Weroniki przy
pracy było dla mnie na swój sposób fascynujące. Łapałem się na tym, że zamiast
robić to, o co mnie poprosiła, zdarzało mi się zagapić, na czym nawet zostałem
kilka razy przyłapany. Wywoływało to jednak rumieńce na twarzy Werki i przez to
jeszcze trudniej było mi oderwać od niej wzrok. Jak teraz. Odchrząknęła i
podeszła do mnie, żeby sprawdzić konsystencje ganache’u, którego mieliśmy użyć jako
dripa do tortu. Uczyłem się dzisiaj także wielu nowych słów.
Zanurzyła
łopatkę w masie i przez chwilę patrzyła jak spływa z powrotem do miski.
–
Jeszcze będą z ciebie ludzie – stwierdziła i nic nie mogłem na to poradzić, poczułem
odrobinę dumy. – Chcesz mi pomóc z tynkowaniem tortu?
Zrobiłem
wielkie oczy i spojrzałem najpierw na Werkę, a potem na stos biszkoptów
przełożonych dwoma rodzajami kremów oraz wiśniową frużeliną. Już teraz
wyglądało to dobrze.
–
A czy można to w razie czego potem poprawić? – upewniłem się, a Weronika
przytaknęła.
–
Chociaż spróbuj, ja w razie czego poprawię.
Wzięła
sobie dzisiaj za punkt honoru, żeby nauczyć mnie jak najwięcej i musiałem
przyznać, nie oszczędzała mnie. Nie żebym miał coś przeciwko byciu
wykorzystywanym przez Weronikę. Po wyciągnięciu jej do Exodusu uznawałem to za
pewny rodzaj rewanżu z jej strony. Wciąż jednak nie spodziewałem się, że tak
szybko poznam jej siostrę. Były do siebie podobne pod wieloma względami, ale to
Magda okazała się być totalną gadułą. Przy pracy dużo żartowaliśmy i
rozmawialiśmy na różne luźne tematy. A czasem też śpiewaliśmy, okropnie
fałszując. Naszą wersję Strangelove Depeche Mode słyszało pewnie pół
dzielnicy. Niestety nie odziedziczyłem nawet grama talentu, który posiadał mój
starszy brat.
Tynkowanie
tortu. To nie mogło być chyba takie trudne, pomyślałem, biorąc do ręki
szpatułkę do nakładania kremu. Nabrałem trochę, nałożyłem na wierzchni blat i zacząłem
rozprowadzać pod czujnym okiem Weroniki. Lekko drżały mi ręce. Naprawdę
chciałem zrobić to dobrze. Odetchnąłem głęboko dopiero, gdy się wyprostowałem i
uznałem, że chyba już.
–
Całkiem nieźle jak na pierwszy raz – pochwaliła mnie, obracając deskę, na której
stał tort. – Daj, poprawię w jednym miejscu, bo jest prześwit. – Wyciągnęła
rękę po szpatułkę i musnęła palcami wnętrze mojej dłoni. Spojrzeliśmy na siebie
i zaraz każde z nas skierowało wzrok w inną stronę, a Weronika poprawiła
tynkowanie tortu. Kończyła właśnie dekorację, gdy usłyszeliśmy, że ktoś parkuje
na podjeździe.
–
To moi rodzice. – Weronika zerknęła w stronę okna. – Możesz wyjść od strony
ogrodu, jeśli chcesz – zwróciła się do mnie i zawahałem się tylko przez krótką
chwilę. Jeśli chciałem od Weroniki czegoś więcej, jak tylko przelotnej
znajomości, a podskórnie czułem, że to nie wchodziło w opcję, nie mogłem teraz
tchórzyć. Czasem po prostu się wie, że to może być to.
–
Nie – zaprzeczyłem. – Pewnie i tak widzieli już mój samochód pod waszym domem.
Przytaknęła
i minęła może minuta, zanim rozległ się szczęk zamka w drzwiach. Po chwili w
progu kuchni stanęli rodzice Weroniki obładowani zakupami, które zaraz z braku
miejsca na blacie, odstawili na podłogę. Jej tata był postawnym mężczyzną o
szerokich barkach. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, służył w straży pożarnej.
Sam jego zawód budził we mnie pewien rodzaj respektu. Pani Adamczyk natomiast wydawała
się być straszą wersją swojej młodszej córki. Weronika także odziedziczyła po
niej sporo cech wyglądu, ale szare oczy miała po tacie.
Weronika
wytarła ręce w ścierkę i przedstawiła mnie swoim rodzicom. Nie określała przy
tym w żaden sposób charakteru naszej znajomości, przez co byłem skłonny
przypuszczać, że musiała im wcześniej o mnie wspominać. Mile połechtało to moje
ego.
Uścisk
dłoni pana Adamczyka był tak silny, jak się tego spodziewałem. Niemal miażdżył kości,
ale nie dałem po sobie nic znać. Nie miałem wątpliwości, że miałbym przerąbane,
jeśli skrzywdziłbym jego córkę, nawet jeśli w tym konkretny momencie się do
mnie uśmiechał.
–
Filip, zostaniesz na obiad? – Mama Weroniki zupełnie zaskoczyła mnie tą
propozycją. W zasadzie miałem w planach prędko się ewakuować. Wymieniłem
spojrzenia z Werką, która nieznacznie skinęła głową na znak, że powinienem się
zgodzić. Zrobiłem to więc.
–
Chętnie – odpowiedziałem.
–
Świetnie – odparła pani Adamczyk z uśmiechem. – Jak znam Nikę, nieźle cię
wymęczyła przy tym wszystkim. – Wskazała na blat zastawiony górą słodkości.
–
Tylko odrobinę – zaśmiałem się.
– Całkiem dobrze to zniosłeś – pochwaliła mnie, przelotnie dotykając mojego ramienia. – Co na obiad?


