Słodki obłęd - rozdział 2
Rozdział 2
Weronika
Poprzedniego
dnia siedziałyśmy z Karoliną do późna, dopieszczając tort i dzisiaj mocno to
odczuwałam. Słaniałam się na nogach ze zmęczenia, a po powrocie z pracy musiałam
siąść do rozdziału magisterki, żeby w przyszłym tygodniu mieć co pokazać na
seminarium. Na samą myśl chciało mi się rzygać. Najchętniej zaległabym na
resztę weekendu w łóżku, z kieliszkiem wina i Netflixem.
Ze
złością zgniotłam kawałek plastycznej czekolady. To zdecydowanie nie był mój
dzień na robienie dekoracji, a miałyśmy z Karolą do zrobienia tort urodzinowy
dla jej pięcioletniego bratanka. Gdybym tak bardzo nie lubiła swojej szefowej,
zadzwoniłabym do niej rano i oznajmiłabym, że nie przyjdę. Była jednak nie
mniej zmęczona ode mnie i to mnie odrobinę pocieszało.
Po
raz enty próbowałam wyrzeźbić pszczółkę, gdy zawołała mnie Ola.
–
Werka, jakiś koleś o ciebie pyta.
–
Jak wygląda? – zapytałam. Gdy proponowałam nieznajomemu rewanż, nie do końca
wierzyłam, że może się pojawić. Ale może to ktoś inny? Jakiś dawny klient?
Robiłam sobie pewnie tylko złudne nadzieje.
–
Ciemne włosy, ciemne oczy, wysoki… – zaczęła wymieniać. – Przystojny całkiem. I
ma na sobie koszulkę ze SpongeBobem.
Cholera,
chyba to jednak on. Pośpiesznie wytarłam ręce w fartuszek, ale niewiele poza
tym mogłam zrobić. Nie malowałam się do pracy, bo i po co? Nie wychodziłam do
klientów, a do pracy dojeżdżałam samochodem. Teraz jednak zaczęłam żałować, że
nie poświęciłam dodatkowych piętnastu minut na makijaż. Przed wyjściem z domu
pomalowałam tylko rzęsy i nałożyłam balsam na usta. Na dodatek dojrzałam na
spodniach plamę z czekolady. Świetnie.
–
Karola, zaraz wrócę. Daj mi pięć minut – poprosiłam, a szefowa posłała mi
wszystkowiedzące spojrzenie.
–
Dam ci piętnaście. – Puściła oko i wypędziła mnie z pracowni.
Chłopak
w koszulce ze SpongeBobem uśmiechnął się na mój widok. Wyglądał tak samo dobrze
jak wczoraj, a może nawet lepiej. Nie sądziłam, że przyjdzie, ale gdzieś w
głębi na to liczyłam.
– Cześć –
odezwałam się pierwsza, mając nadzieję, że się nie czerwienię.
– Cześć –
odpowiedział. Chyba nie wiedział, co zrobić z rękami, bo najpierw schował je do
kieszeni, potem wyjął i wyciągnął prawą w moją stronę. – Nie przedstawiłem się
wczoraj. Jestem Filip.
– Weronika, ale
to już wiesz. – Chwyciłam jego dłoń. Miał długie, szczupłe palce. – Na co masz
ochotę? – zapytałam.
Ciemne oczy
Filipa przybrały barwę czekoladowego ganache. Chwilę przyglądał się mojej
twarzy, a potem zerknął na witrynę. Zlustrował ją kilkukrotnie wzrokiem i
uśmiechnął się rozbrajająco.
– Który z nich
to twój ulubiony? – zapytał.
Otworzyłam
szeroko oczy, ale momentalnie się zreflektowałam i spojrzałam na witrynę.
– Petit gateau z
marakują jest pyszne – wskazałam palcem deser z żółtą, lśniącą polewą. Nie
tylko był smaczny, ale też lubiłam go robić.
– Tak mówisz? –
Filip uniósł brwi, jakby rzucał mi wyzwanie. Uśmiech nie schodził z jego
twarzy.
– Sam spróbuj. –
Wyjęłam ciasto z witryny i naszykowałam do podania. Normalnie robiła to Ola,
bardzo rzadko stawałam na sklepie, ale wiedziałam, że Karola zatrzyma ją
jeszcze chwilę na zapleczu ze względu na Filipa. Musiałam pamiętać, żeby wpisać
potem deser na swoją listę do spłacenia.
– Możesz ze mną
usiąść na chwilę, czy masz bardzo dużo pracy?
Obejrzałam się
na przejście do pracowni. Karola by mnie zabiła, gdybym tak szybko wróciła.
– Myślę, że
dziewczyny sobie beze mnie poradzą. – Kątem oka dostrzegłam Olę czającą się tuż
za kotarą.
Filip wybrał mój
ulubiony stolik przy oknie. Był z niego widok na ratusz bielański i zielone
drzewa przed cukiernią.
– Od dawna to
robisz? – Kiwnął widelczykiem na ciastko na talerzu. Bacznie go obserwowałam,
gdy odkroił pierwszy kawałek i wsunął go do ust.
– Pracuję tu od
ponad roku, ale piekę odkąd mama mi pokazała, jak się obsługuje mikser.
Filip oblizał
wargi z resztek musu z marakują i jęknął z uznaniem. Zabrzmiało to...
seksownie, choć przyznałam to przed sobą z trudem. To był dla mnie obcy facet,
nawet nie powinnam o nim myśleć w tych kategoriach.
– To jest
boskie… – stwierdził. – Sama robiłaś?
Przytaknęłam.
– Masz męża? –
zapytał Filip, a ja mogłam tylko parsknąć śmiechem.
– Nie… Chłopaka
też nie – dodałam, zanim zdążyłam się powstrzymać. W zasadzie nie byłam pewna,
czemu to powiedziałam. Filipa zdawała się jednak zadowolić ta odpowiedź.
Kształtne wargi drgnęły w uśmiechu.
– Okej, czyli
mogę się czuć bezpieczny, prosząc cię o numer?
Nie mogłam sobie
przypomnieć ostatniego razu, kiedy dawałam jakiemuś facetowi numer. Może Karola
miała rację i serio nie miałam życia poza cukiernią i studiami?
– Na to wygląda
– odparłam, a Filip podał mi swój telefon. Kiedyś w jednym poradniku randkowym,
który pożyczyłam od koleżanki z liceum, przeczytałam, że dając swój numer
facetowi powinno się wpisać jakąś flirciarską nazwę kontaktu. Nie byłam jednak
ani na tyle kreatywna, ani na tyle pewna siebie. Wpisałam mu swój numer,
podpisując się imieniem i nazwiskiem. Ani flirciarsko, ani oryginalne, ale
musiało wystarczyć.
Chwilę jeszcze
porozmawialiśmy. Filip zapytał mnie o studia i nie wydawał się szczególnie
zaskoczony, że wybrałam kierunek nijak związany z tym, co robiłam tutaj. Sam był
na ostatnim roku budownictwa, ale jak przyznał, bardziej kręciła
go grafika i to z tego się teraz utrzymywał. Wzbudził tym moją ciekawość i w
zwykłych okolicznościach z chęcią poprosiłabym go o pokazanie jakichś swoich
projektów, ale miałam też świadomość, że mimo wszystko wciąż byłam w pracy.
Na pożegnanie
pocałował mnie w policzek. Teraz już z pewnością miałam na twarzy krwiste
rumieńce. Filip nijak tego nie skomentował. Obiecał za to napisać i wywiązał
się z obietnicy, choć miałam chwilę zwątpienia. Odezwał się jednak dopiero
wieczorem. Zdążyłam wrócić z pracy i wziąć prysznic. Położyłam się na wznak na
łóżku, kompletnie wykończona i właśnie wtedy zawibrował telefon, oznajmiając
nową wiadomość z nieznanego numeru.
Nieznany:
Mam nadzieję, że zdążyłaś już wrócić do domu. Nie chciałem Ci znów zawracać
głowy w pracy. Nie miałaś przez to problemów? :) - Filip
Zanim
odpisałam, zapisałam sobie w telefonie jego numer. W ciągu dnia żałowałam, że
nie wymieniliśmy się nimi w dwie strony, ale miał słuszność w tym, że napisał
do mnie dopiero teraz. Było to nawet miłe z jego strony, że nie chciał mnie
odrywać od pracy. Co nie zmieniało faktu, że obsesyjnie o nim myślałam, licząc,
że odezwie się szybciej.
Ja:
Trafiłeś, jestem już w domu :) I nie, mam naprawdę spoko szefową. Nie czepiała
się ;) Wspomniałeś, że musisz dzisiaj skończyć projekt dla klienta. Udało Ci
się?
Filip:
Niby tak, ale sam nie wiem, czy efekt końcowy mi się podoba… Nie wysłałem
jeszcze go jeszcze, choć pewnie powinienem to zrobić.
Ja:
A coś Ci się w nim nie podoba?
Chwilę
czekałam na odpowiedź, obracając telefon w dłoniach, ale w końcu nadeszła.
Filip:
W sumie chyba nic konkretnego… Czekaj…
Zmarszczyłam
brwi, ale postanowiłam cierpliwie czekać. Nagle dostałam wiadomość multimedialną
i gdy powiększyłam zdjęcie, zobaczyłam feerię barw. Z kłębów kolorowego dymu
wynurzały się kontury kobiecego profilu z włosami jak u Gorgony, gdzie węże
zastąpiły rozmyte języki mgły. Mogłabym coś takiego powiesić w swoim pokoju. Na
znaku wodnym było imię i nazwisko, Filip Iskra. Wahałam się przez krótki
moment, zanim kliknęłam na słuchawkę w rogu ekranu. Odebrał po dwóch sygnałach.
–
Ty tak na poważnie, że nie jesteś pewny, czy ci się to podoba? – zapytałam,
pomijając jakiekolwiek powitanie.
–
Ymm, no tak? – W jego głosie usłyszałam cień rozbawienia.
–
Jesteś nienormalny – wypaliłam, wywołując głośny śmiech Filipa.
–
Może odrobinę – przyznał. – Dobrze wnioskuję, że projekt ci się spodobał?
Przymknęłam
oczy i pod powiekami zobaczyłam te wszystkie kolory, które chwilę wcześniej
widziałam na ekranie telefonu.
–
Nawet bardzo – odpowiedziałam, uśmiechając się pod nosem.
W
słuchawce zapadła cisza przerwana głębokim westchnieniem Filipa.
–
Co robisz jutro wieczorem? – zapytał, zupełnie zbijając mnie na moment z tropu.
Zawahałam się, ale zaraz przypomniałam sobie wykład Karoli po tym, jak Filip
wyszedł z cukierni. Może miała rację…
–
Planowałam wyłącznie wieczorny romans z Matthew McConaugheyem, ale twoja
propozycja oznacza chyba zmianę planów, nie mylę się?
–
Zgadłaś. O siódmej pod kolumną Zygmunta, może być?
–
Pewnie – zgodziłam się na wydechu.
Nie takiego
obrotu spraw się spodziewałam, gdy pod wpływem impulsu zadzwoniłam do Filipa.
Nie oznaczało to jednak, że mi się on nie podobał.
Filip mi się
podobał.


Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy:)
OdpowiedzUsuń45 years old Programmer III Standford Ferraron, hailing from Whistler enjoys watching movies like Godzilla and Genealogy. Took a trip to Monastery of Batalha and Environs and drives a Expedition. kliknij tutaj, aby dowiedziec sie wiecej
OdpowiedzUsuń