Słodki obłęd - rozdział 3

Słodki obłęd - rozdział 3



Weronika
            – Idź już – poleciła Karolina, gdy po raz kolejny zerknęłam na zegarek. Była już czwarta po południu.
            – Na pewno dasz sobie radę? – zapytałam, wycierając ręce w fartuch.
            Miałyśmy za sobą pracowity dzień i niewiele już zostało do zrobienia, ale nie lubiłam zostawiać Karoliny z niedokończoną robotą. Trzeba było ozdobić jeszcze jeden tort, który był do odbioru jutro z samego rana. Mąż przyjaciółki Karoliny obchodził okrągłe czterdzieste urodziny, więc miał być na wypasie. Na przyjęcie przygotowywałyśmy też babeczki i to w takiej ilości, że ręce mnie bolały od szprycy.
            – Na pewno – zapewniła, uśmiechając się szeroko. – Nie możesz iść na randkę prosto po pracy.
            – Niby czemu? – zapytałam, poprawiając odruchowo włosy.
            – Bo masz mąkę we włosach i przyszłaś dzisiaj do pracy ubrana jak ekskluzywny menel. Weź załóż jakąś sukienkę albo coś… – zasugerowała, machając obrazowo rękami. – Zrób dobre wrażenie.
            – Ty to potrafisz pocieszyć człowieka… – mruknęłam, choć pewnie miała trochę racji. Rano się śpieszyłam i ubrałam w pierwsze ciuchy z brzegu. Prawdopodobnie nie zaszkodziłby mi też prysznic po całym dniu spędzonym w pracowni.
            Karolina życzyła mi powodzenia i prawie wypchnęła z cukierni, żebym pojechała już do domu. Przy dobrych wiatrach, będę miała nieco jakąś godzinę na wyszykowanie się. Samo dotarcie z Bielan na Włochy o tej porze w piątkowe popołudnie zajmowało wieki, a musiałam też wyjść odpowiednio wcześnie, żeby dotrzeć na czas na Stare Miasto. Gdy teraz o tym myślałam, żałowałam, że nie wyszłam z cukierni godzinę wcześniej, gdy Karola mnie namawiała.
            Po drodze jak zwykle utknęłam w korku na S8. Dwa wypadki, stało więc wszystko i zanim udało mi się zjechać z trasy na wysokości Konotopa, zdążyłam się już nakląć i swoje odstać, a czas uciekał. Żałowałam, że nie wybrałam innej drogi, ale teraz było już za późno. Zaparkowałam przed domem tuż przed piątą.
            Wzięłam szybki prysznic i zaczęłam przeglądać zawartość szafy. Wieki nie byłam na randce, nie miałam pojęcia, w co się ubrać.
            – Modlisz się czy co? – Usłyszałam za sobą głos mojej młodszej siostry. Odwróciłam się i zobaczyłam Magdę stojącą w progu. W ręce trzymała babeczkę z kremem z wasabi, efekt moich ostatnich eksperymentów. Była jedyną osobą w tym domu, której smakowały, ale Magda na ogół miała dziwne nawyki żywieniowe.
            – Mniej więcej – przyznałam. – Mam dzisiaj randkę.
            – Randkę? – zdziwiła się. – Z Filipem?
            Przytaknęłam.
            – Załóż jakąś sukienkę – powiedziała i zaraz wpakowała sobie do ust resztę babeczki.
            – Z Karolą się umówiłaś?
            Magda parsknęła śmiechem i podeszła do mojej szafy. W większości były w niej dżinsy i zwykłe koszulki, bo to nosiłam na co dzień. Siostrze udało się jednak wygrzebać z niej błękitną sukienkę, którą kupiłyśmy razem w zeszłe wakacje i zdążyłam ją założyć może ze dwa razy. Była dosyć prosta, ale zwiewna i prawdopodobnie najładniejsza ze wszystkiego, co miałam w szafie. Cóż, musiała wystarczyć.
            Na co dzień niewiele robiłam z włosami. Specjalnie ich nie zapuszczałam, by mieć z nimi jak najmniej zachodu, ale tym razem pieczołowicie je ułożyłam z pomocą Magdy. Przez to omal się nie spóźniłam na autobus, a potem denerwowałam się całą drogę, czy uda mi się dotrzeć na czas. Ostatecznie jednak wysiadłam z tramwaju chwilę przed umówioną godziną i gdy wspinałam się po schodach, zerknęłam jeszcze na telefon. Czekał na mnie jeszcze jeden śmieszny gif od siostry na rozluźnienie.
            Rozejrzałam się po placu Zamkowym, mrużąc oczy w zmierzchającym słońcu. Przy kolumnie Zygmunta kręciła się masa ludzi. Taka pora roku, a do tego było to jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w Warszawie. Ze znajomymi zwykle umawiałam się albo na Patelni, albo właśnie tutaj. W końcu dostrzegłam Filipa i uśmiechnęłam się. Dzisiaj obyło się bez koszulki z nadrukiem z kreskówki, co wywołało mój lekki zawód. Miał na sobie zwykły biały t-shirt, powycierane, sprane dżinsy i czerwone trampki. Wyglądał całkiem smakowicie, jak ujęłaby to Karola. W sumie… Sama bym to tak ujęła.
***
Filip
            Tak bardzo nie chciałem się spóźnić, że pod kolumną Zygmunta byłem piętnaście minut przed czasem. Przysiadłem na schodkach i czekałem. Starówka tętniła życiem, jak zawsze o tej porze roku. Chwilę temu Weronika napisała, że jedzie tramwajem, więc mogłem się domyślić, z której strony przyjdzie. Denerwowałem się. Propozycja spotkania była spontaniczna. Nie miałem jakiegoś spektakularnego planu. W zasadzie nie miałem żadnego.
            Od razu ją zauważyłem. Krótkie, blond włosy miała rozpuszczone jak tego dnia, kiedy ją poznałem. Jasnoniebieska sukienka sięgała jej do połowy uda i odsłaniała zgrabne nogi. Weronika niepewnie rozejrzała się wokół i uśmiechnęła się, gdy mnie zauważyła. Wyglądała… ślicznie.
            – Długo czekasz? – zapytała i pocałowała mnie w policzek. Pachniała brzoskwinią i czymś jeszcze, co przywodziło mi na myśl cukiernię.
            – Nie, dopiero przyszedłem – skłamałem gładko. – Przejdziemy się?
            Weronika przytaknęła i ruszyliśmy w stronę Nowego Światu. Zapytałem ją, jak minął jej dzień i opowiedziała mi o babeczkach, które robiła dzisiaj na przyjęcie urodzinowe znajomego właścicielki cukierni. Wspomniała też o takich z kremem z  białej czekolady z dodatkiem wasabi, które wczoraj upiekła w przypływie weny twórczej.
            – Z wasabi? – upewniłem się, bo w pierwszej chwili byłem pewien, że się przesłyszałem.
            Przytaknęła.
            – Widziałam to w jednym z programów cukierniczych i chciałam spróbować. – Wzruszyła ramionami, uśmiechając się niewinnie.
            Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Ta dziewczyna była szurnięta. Co dziwne, chyba to mi się w niej najbardziej spodobało, gdy zobaczyłem ją skaczącą na kluczu do kół.
            – Ktoś oprócz ciebie tego próbował? Poważnie?
            Nie potrafiłem połączyć w głowie kremu na babeczce z ostrym chrzanem wasabi.
            – I to nawet z zadowalającym efektem – odparła, nie ukrywając dumy. Zauważyłem, że gdy mówi o pieczeniu, mruży oczy w uśmiechu. Bez dwóch zdań to uwielbiała. – Zresztą chyba nie wyszły źle, mojej siostrze smakują.
            – Młodsza czy starsza?
            – Młodsza. Pisze maturę w przyszłym roku.
            – Też lubi piec? – zapytałem. Jeśli obie piekły tak dobrze, rozważałem wprowadzenie się do Werki. Ewentualnie niewolnictwo. Przystałbym w tym momencie na obie opcje.
            – Magda? Nie, zdecydowanie nie. Ma dwie lewe ręce w kuchni. A ty? Masz jakieś rodzeństwo?
            Starówka o tej porze tętniła życiem. Tłumy ludzi, wszechobecny zapach jedzenia, muzyka, drinki, głośne śmiechy… Zwykle stroniłem od ścisłego Śródmieścia, jeśli nie byłem zmuszony się tu pojawić, ale tym razem całkiem mi się podobało.
            – Dwóch braci. Starszego i młodszego.
            – A więc jesteś tym średnim? – upewniła się Weronika, odgarniając włosy, które przez podmuch wiatru opadły jej na twarz.
            – W zasadzie tak. – Wzruszyłem ramionami.
            Bycie średnim z braci było czasem nieszczególnie fajne. Starszy wiadomo, syn pierworodny, na nim była największa presja. Wobec Artura rodzice mieli określone wymagania, których jako barman i aspirujący muzyk nie spełniał, nawet gdy poszedł na studia prawnicze wedle życzenia ojca. Adam jako najmłodszy miał natomiast taryfę ulgową. Uchodził za małego geniusza i cóż, korzystał z przywilejów swojej pozycji. Wobec mnie nie było ani wygórowanych oczekiwań, ani ulgi. Po prostu musiałem sobie radzić i to moim rodzicom wystarczało.
            – Duża jest między wami różnica wieku? – dociekała Weronika, chwytając mnie jednocześnie pod rękę, gdy przechodziliśmy między grupkami turystów z zagranicy. Myślałem, że się odsunie, gdy zrobi się wokół nas nieco puściej, ale nie. Kwiatowa woń jej perfum niemal się do mnie przykleiła, maskując wszystkie inne zapachy.
            – Adam jest prawie cztery lata młodszy, a Artur tylko rok starszy – odpowiedziałem.
            – Jesteś pewnie bliżej ze starszym bratem? – zgadywała i cóż, zgadła.
Z Artkiem zawsze lepiej się dogadywałem i też myśleliśmy podobnie o wielu rzeczach. Obaj też wyrwaliśmy się z domu rodzinnego przy pierwszej okazji, a Adam wciąż mieszkał z rodzicami i jakoś się nie śpieszył do usamodzielnienia się. Miałem wrażenie, że będzie takim wiecznym dzieckiem, dokładnie takim, jakim widzą go rodzice.
– Pamiętasz tę grafikę, którą ci wczoraj wysłałem? – Poczekałem aż przytaknie. – Wydruk zawiśnie w pubie, w którym pracuje Artek.
– Poważnie? Będziesz musiał mi pokazać, gdy już się to stanie, bo nie uwierzę dopóki nie zobaczę!
Roześmiałem się i już miałem jej odpowiedzieć, gdy nagle pociągnęła mnie za rękę i zaczęła niemal ciągnąć w tylko sobie znanym kierunku. Kompletnie zdezorientowany, ale podążyłem za nią.
– Słyszysz? – zapytała, rozglądając się za czymś. Cholera wie za czym.
Zacząłem nasłuchiwać. Piosenka była znajoma, gdzieś musiałem ją wcześniej słyszeć. Najpewniej w radiu, bo sam z siebie nigdy bym czegoś takiego nie włączył. Brzmiało jednak nie jak coś puszczone z radia, a na żywo. Perkusja bardziej się wybijała i nie brzmiała jak nagranie.
– Słyszę… – potwierdziłem, szukając wzrokiem sprawców zamieszania. Wokalista był naprawdę dobry. Na tyle dobry, że w pierwszej chwili byłem pewien, że to playback, ale nie.
W końcu zobaczyłem ludzi gromadzących się pod Bierhalle. Weronika też ich zauważyła i ruszyła w ich kierunku tanecznym krokiem, kołysząc się w rytm muzyki, nie puszczając jednocześnie mojej dłoni. Uniosłem rękę, zmuszając ją do zrobienia obrotu. Wyszło nam to trochę niezgrabnie, bo Werka omal nie wyrżnęła przy tym o krawężnik, ale zamiast mi to wypomnieć, parsknęła śmiechem.
Przesłuchaliśmy jeszcze dwie piosenki i ruszyliśmy dalej, najpierw docierając do Nowego Światu, a potem kierując się w stronę Chmielnej. Gdy dowiedziałem się, że Weronika nie zdążyła nic zjeść po pracy, zacząłem mieć wyrzuty sumienia, że od razu nie zabrałem ją do jakiejś restauracji, ale teraz było za późno. Mogłem tylko naprawić swój błąd i weszliśmy do pierwszego lokalu, który wyglądał zachęcająco i na dodatek mieli jeszcze wolny stolik. Musieli się otworzyć jakoś niedawno, bo zupełnie go nie kojarzyłem. Pachniało pysznie, więc miałem nadzieję, że będzie równie smacznie.
Zamówiliśmy po burgerze i wypiliśmy po kilka drinków. Rozmawialiśmy o wszystkim, jakbyśmy się znali lata, a nie dni. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tak się wyluzowałem. Szczególnie w towarzystwie nowopoznanej dziewczyny. Weronika miała w sobie coś świeżego, co przyciągało mnie jak ćmę do światła. Najstraszniejsze było to, że wcale nie chciałem się temu światłu opierać.


Słodki obłęd - rozdział 2

Słodki obłęd - rozdział 2


Rozdział 2


Weronika
            Poprzedniego dnia siedziałyśmy z Karoliną do późna, dopieszczając tort i dzisiaj mocno to odczuwałam. Słaniałam się na nogach ze zmęczenia, a po powrocie z pracy musiałam siąść do rozdziału magisterki, żeby w przyszłym tygodniu mieć co pokazać na seminarium. Na samą myśl chciało mi się rzygać. Najchętniej zaległabym na resztę weekendu w łóżku, z kieliszkiem wina i Netflixem.
            Ze złością zgniotłam kawałek plastycznej czekolady. To zdecydowanie nie był mój dzień na robienie dekoracji, a miałyśmy z Karolą do zrobienia tort urodzinowy dla jej pięcioletniego bratanka. Gdybym tak bardzo nie lubiła swojej szefowej, zadzwoniłabym do niej rano i oznajmiłabym, że nie przyjdę. Była jednak nie mniej zmęczona ode mnie i to mnie odrobinę pocieszało.
            Po raz enty próbowałam wyrzeźbić pszczółkę, gdy zawołała mnie Ola.
            – Werka, jakiś koleś o ciebie pyta.
            – Jak wygląda? – zapytałam. Gdy proponowałam nieznajomemu rewanż, nie do końca wierzyłam, że może się pojawić. Ale może to ktoś inny? Jakiś dawny klient? Robiłam sobie pewnie tylko złudne nadzieje.
            – Ciemne włosy, ciemne oczy, wysoki… – zaczęła wymieniać. – Przystojny całkiem. I ma na sobie koszulkę ze SpongeBobem.
            Cholera, chyba to jednak on. Pośpiesznie wytarłam ręce w fartuszek, ale niewiele poza tym mogłam zrobić. Nie malowałam się do pracy, bo i po co? Nie wychodziłam do klientów, a do pracy dojeżdżałam samochodem. Teraz jednak zaczęłam żałować, że nie poświęciłam dodatkowych piętnastu minut na makijaż. Przed wyjściem z domu pomalowałam tylko rzęsy i nałożyłam balsam na usta. Na dodatek dojrzałam na spodniach plamę z czekolady. Świetnie.
            – Karola, zaraz wrócę. Daj mi pięć minut – poprosiłam, a szefowa posłała mi wszystkowiedzące spojrzenie.
            – Dam ci piętnaście. – Puściła oko i wypędziła mnie z pracowni.
            Chłopak w koszulce ze SpongeBobem uśmiechnął się na mój widok. Wyglądał tak samo dobrze jak wczoraj, a może nawet lepiej. Nie sądziłam, że przyjdzie, ale gdzieś w głębi na to liczyłam.
– Cześć – odezwałam się pierwsza, mając nadzieję, że się nie czerwienię.
– Cześć – odpowiedział. Chyba nie wiedział, co zrobić z rękami, bo najpierw schował je do kieszeni, potem wyjął i wyciągnął prawą w moją stronę. – Nie przedstawiłem się wczoraj. Jestem Filip.
– Weronika, ale to już wiesz. – Chwyciłam jego dłoń. Miał długie, szczupłe palce. – Na co masz ochotę? – zapytałam.
Ciemne oczy Filipa przybrały barwę czekoladowego ganache. Chwilę przyglądał się mojej twarzy, a potem zerknął na witrynę. Zlustrował ją kilkukrotnie wzrokiem i uśmiechnął się rozbrajająco.
– Który z nich to twój ulubiony? – zapytał.
Otworzyłam szeroko oczy, ale momentalnie się zreflektowałam i spojrzałam na witrynę.
– Petit gateau z marakują jest pyszne – wskazałam palcem deser z żółtą, lśniącą polewą. Nie tylko był smaczny, ale też lubiłam go robić.
– Tak mówisz? – Filip uniósł brwi, jakby rzucał mi wyzwanie. Uśmiech nie schodził z jego twarzy.
– Sam spróbuj. – Wyjęłam ciasto z witryny i naszykowałam do podania. Normalnie robiła to Ola, bardzo rzadko stawałam na sklepie, ale wiedziałam, że Karola zatrzyma ją jeszcze chwilę na zapleczu ze względu na Filipa. Musiałam pamiętać, żeby wpisać potem deser na swoją listę do spłacenia.
– Możesz ze mną usiąść na chwilę, czy masz bardzo dużo pracy?
Obejrzałam się na przejście do pracowni. Karola by mnie zabiła, gdybym tak szybko wróciła.
– Myślę, że dziewczyny sobie beze mnie poradzą. – Kątem oka dostrzegłam Olę czającą się tuż za kotarą.
Filip wybrał mój ulubiony stolik przy oknie. Był z niego widok na ratusz bielański i zielone drzewa przed cukiernią.
– Od dawna to robisz? – Kiwnął widelczykiem na ciastko na talerzu. Bacznie go obserwowałam, gdy odkroił pierwszy kawałek i wsunął go do ust.
– Pracuję tu od ponad roku, ale piekę odkąd mama mi pokazała, jak się obsługuje mikser.
Filip oblizał wargi z resztek musu z marakują i jęknął z uznaniem. Zabrzmiało to... seksownie, choć przyznałam to przed sobą z trudem. To był dla mnie obcy facet, nawet nie powinnam o nim myśleć w tych kategoriach.
– To jest boskie… – stwierdził. – Sama robiłaś?
Przytaknęłam.
– Masz męża? – zapytał Filip, a ja mogłam tylko parsknąć śmiechem.
– Nie… Chłopaka też nie – dodałam, zanim zdążyłam się powstrzymać. W zasadzie nie byłam pewna, czemu to powiedziałam. Filipa zdawała się jednak zadowolić ta odpowiedź. Kształtne wargi drgnęły w uśmiechu.
– Okej, czyli mogę się czuć bezpieczny, prosząc cię o numer?
Nie mogłam sobie przypomnieć ostatniego razu, kiedy dawałam jakiemuś facetowi numer. Może Karola miała rację i serio nie miałam życia poza cukiernią i studiami?
– Na to wygląda – odparłam, a Filip podał mi swój telefon. Kiedyś w jednym poradniku randkowym, który pożyczyłam od koleżanki z liceum, przeczytałam, że dając swój numer facetowi powinno się wpisać jakąś flirciarską nazwę kontaktu. Nie byłam jednak ani na tyle kreatywna, ani na tyle pewna siebie. Wpisałam mu swój numer, podpisując się imieniem i nazwiskiem. Ani flirciarsko, ani oryginalne, ale musiało wystarczyć.
Chwilę jeszcze porozmawialiśmy. Filip zapytał mnie o studia i nie wydawał się szczególnie zaskoczony, że wybrałam kierunek nijak związany z tym, co robiłam tutaj. Sam był na ostatnim roku budownictwa, ale jak przyznał, bardziej kręciła go grafika i to z tego się teraz utrzymywał. Wzbudził tym moją ciekawość i w zwykłych okolicznościach z chęcią poprosiłabym go o pokazanie jakichś swoich projektów, ale miałam też świadomość, że mimo wszystko wciąż byłam w pracy.
Na pożegnanie pocałował mnie w policzek. Teraz już z pewnością miałam na twarzy krwiste rumieńce. Filip nijak tego nie skomentował. Obiecał za to napisać i wywiązał się z obietnicy, choć miałam chwilę zwątpienia. Odezwał się jednak dopiero wieczorem. Zdążyłam wrócić z pracy i wziąć prysznic. Położyłam się na wznak na łóżku, kompletnie wykończona i właśnie wtedy zawibrował telefon, oznajmiając nową wiadomość z nieznanego numeru.
            Nieznany: Mam nadzieję, że zdążyłaś już wrócić do domu. Nie chciałem Ci znów zawracać głowy w pracy. Nie miałaś przez to problemów? :) - Filip
            Zanim odpisałam, zapisałam sobie w telefonie jego numer. W ciągu dnia żałowałam, że nie wymieniliśmy się nimi w dwie strony, ale miał słuszność w tym, że napisał do mnie dopiero teraz. Było to nawet miłe z jego strony, że nie chciał mnie odrywać od pracy. Co nie zmieniało faktu, że obsesyjnie o nim myślałam, licząc, że odezwie się szybciej.
            Ja: Trafiłeś, jestem już w domu :) I nie, mam naprawdę spoko szefową. Nie czepiała się ;) Wspomniałeś, że musisz dzisiaj skończyć projekt dla klienta. Udało Ci się?
            Filip: Niby tak, ale sam nie wiem, czy efekt końcowy mi się podoba… Nie wysłałem jeszcze go jeszcze, choć pewnie powinienem to zrobić.
            Ja: A coś Ci się w nim nie podoba?
            Chwilę czekałam na odpowiedź, obracając telefon w dłoniach, ale w końcu nadeszła.
            Filip: W sumie chyba nic konkretnego… Czekaj…
            Zmarszczyłam brwi, ale postanowiłam cierpliwie czekać. Nagle dostałam wiadomość multimedialną i gdy powiększyłam zdjęcie, zobaczyłam feerię barw. Z kłębów kolorowego dymu wynurzały się kontury kobiecego profilu z włosami jak u Gorgony, gdzie węże zastąpiły rozmyte języki mgły. Mogłabym coś takiego powiesić w swoim pokoju. Na znaku wodnym było imię i nazwisko, Filip Iskra. Wahałam się przez krótki moment, zanim kliknęłam na słuchawkę w rogu ekranu. Odebrał po dwóch sygnałach.
            – Ty tak na poważnie, że nie jesteś pewny, czy ci się to podoba? – zapytałam, pomijając jakiekolwiek powitanie.
            – Ymm, no tak? – W jego głosie usłyszałam cień rozbawienia.
            – Jesteś nienormalny – wypaliłam, wywołując głośny śmiech Filipa.
            – Może odrobinę – przyznał. – Dobrze wnioskuję, że projekt ci się spodobał?
            Przymknęłam oczy i pod powiekami zobaczyłam te wszystkie kolory, które chwilę wcześniej widziałam na ekranie telefonu.
            – Nawet bardzo – odpowiedziałam, uśmiechając się pod nosem.
            W słuchawce zapadła cisza przerwana głębokim westchnieniem Filipa.
            – Co robisz jutro wieczorem? – zapytał, zupełnie zbijając mnie na moment z tropu. Zawahałam się, ale zaraz przypomniałam sobie wykład Karoli po tym, jak Filip wyszedł z cukierni. Może miała rację…
            – Planowałam wyłącznie wieczorny romans z Matthew McConaugheyem, ale twoja propozycja oznacza chyba zmianę planów, nie mylę się?
            – Zgadłaś. O siódmej pod kolumną Zygmunta, może być?
            – Pewnie – zgodziłam się na wydechu.
Nie takiego obrotu spraw się spodziewałam, gdy pod wpływem impulsu zadzwoniłam do Filipa. Nie oznaczało to jednak, że mi się on nie podobał.
Filip mi się podobał.
           



Copyright © Anna Bellon - blog autorski , Blogger